Autorka tymi gadającymi owadami płynnie wprowadza czytelnika w klimat powieści, która jest trochę burtonowska, trochę szekspirowska (myślę tu o filmowej adaptacji "Romea i Julii" z Leonardem Di Caprio), ale przede wszystkim zwariowana jak Kapelusznik. Nastolatka od lat ignoruje sygnały świadczące o tym, że z Alicją Liddell łączą ją nie tylko więzy krwi. Kiedy dowiaduje się, że życie jej matki zawisło na włosku, decyduje się zrobić jeden odważny krok i wskakuje do nory za Białym Królikiem. Tuż za nią wskakuje Jeb, chłopak, do którego Alyssa żywi uczucia zgoła nie siostrzane (tylko się do nich nie przyznaje).
Razem wędrują po Krainie Czarów, za przewodnika mając a to treść książki Carrolla, a to własną intuicję, a to... Morpheusa. W końcu dotarłam do Morpheusa, postaci tak zagadkowej i niejednoznacznej, że kradnie całe show. Wyszło to powieści na dobre, inaczej byłoby nudno, nawet uwzględniając wysiłki autorki, żeby jak najbardziej skomplikować akcję i zaskakiwać czytelnika na każdym kroku.
Wiecie, gdy się weźmie "Alicję z Krainy Czarów", tylko zamiast Królika da się biały szkielecik, pozmienia się scenografię, doczepi dziewczynie skrzydła i wprowadzi sporo zakrętasów w fabule, to i tak będzie to "Alicja z Krainy Czarów", tyle że wersja reżyserska.
Ale Morpheus to zupełnie co innego. Morpheus jest szalony, dba o własne interesy, uwodzi Alyssę, oszukuje ją, manipuluje, po czym poświęca się dla niej i jej chłopaka. Nie da się za nim trafić. Nie można mu wierzyć ani ufać. Dzięki niemu cała powieść nabiera pazura, bez tego byłaby to jeszcze jedna wariacja na temat Krainy Czarów po Drugiej Stronie Lustra, zmiksowana z młodzieżowym romansem (akurat to romantyczne fiu-bździu bardzo mnie irytowało, ale to tylko dlatego, że z tego wyrosłam).
Czytajcie, jeśli lubicie Alicję i romanse paranormalne! Ja spełniam pierwszy warunek.
Książka przeczytana dzięki uprzejmości wydawnictwa Urboros.
"Alyssa i czary" A.G. Howard, tłumaczenie Janusz Maćczak, Uroboros, Warszawa, 2018.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz