Przepadam za sytuacjami, gdy pisarze zawierają w książkach pewne smaczki dotyczące ich własnej pracy. Bohaterką tej powieści jest Susan Ryeland, redaktorka, a cała intryga osnuta jest wokół pisarza właśnie piszącego książkę (Susan ją redaguje). Żeby było ciekawiej, ta książka jest wprawdzie pisarza, ale bohater już nie jest jego, bo wymyślił go inny pisarz, z którym wcześniej Susan współpracowała, a który już nie żyje (patrz poprzednie "Morderstwa", linki na końcu wpisu). Ta książka oczywiście jest zawarta w powieści i jest świetna.
Susan jest osobą "przejmującą się", toteż gdy tylko nad pisarzem zbierają się chmury, rzuca się jak lwica, byle tylko wyjaśnić niewyjaśnione, odkryć nieodkryte i co tylko jej do głowy przyjdzie. Energiczna i odważna kobieta, choć czasem narwana i lekkomyślna.
" Bardzo wielu słynnych artystów miało podły charakter. Spójrz chociażby jak Charles Dickens traktował swoją żonę! Tołstoj? To samo. Przyjrzyj się innym twórcom literatury dziecięcej. Roald Dahl miał niezwykle oryginalne poglądy na temat Żydów. Enid Blyton romansowała bez pamięci, a Lewis Carroll... Cóż, lepiej nie mówmy o nim i małych dziewczynkach. To samo można powiedzieć o setce popularnych muzyków, malarzy, filmowców... Trzeba więc oddzielać ich życie prywatne od zawodowego, bo jeśli tego nie zrobimy, nagle się okaże, że nie zobaczymy niczego w telewizji, na ścianach naszych domów, na półkach przeznaczonych na książki". [s. 257]
Trudno mi to oddzielić. Przestaję czytać takich autorów, nie palę ich książek na stosie, odkładam na wieczne zapomnienie.
No dobrze, ale wróćmy do książki. Susan właściwie jest już pełnokrwistą śledczą (miejcie świadomość, że w poprzednich książkach z jej udziałem było tak samo), na całe jej szczęście na jej drodze staje prawdziwy śledczy detektyw inspektor Ian Blakeney (przy okazji: jak to jest znakomicie napisana postać!) i tylko dlatego Susan uchodzi z życiem.
To się świetnie czyta, zapewniam was.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz