czwartek, 15 stycznia 2015

"Australia" Barbara Dmochowska


Australia jest strasznie daleko, prawda? Gdzieś po drugiej stronie kuli ziemskiej  i zapewne ludzie chodzą tam do góry nogami. Czy tak jest chodzą, postanowiła sprawdzić autorka książki i wybrała się z chłopakiem do Australii. Brzmi to bardzo prosto: uzbierali trochę pieniędzy, załatwili formalności i polecieli. Na miejscu znaleźli znajomych, pracę, mieszkanie, czyli taka mała stabilizacja. Ale to przestało im wystarczać, Sydney zrobiło się za ciasne.
Kupili więc samochód po przejściach, skompletowali ekwipunek, po czym ruszyli: na przełaj przez całą Australię. Co im się przydarzyło, autorka zamieściła w książce. Dzień po dniu, biwak po biwaku, miejscowość po miejscowości.

Dam głowę, że autorka prowadziła dziennik podróży i na podstawie tych zapisków napisała książkę. Dlaczego tak sądzę? Właśnie przez tę drobiazgowość. W książce zawarte jest wszystko: jaka była pogoda, co jedli, którędy jechali, kogo spotkali na drodze i która z opon szwankowała. Także gdzie rozbijali namiot, jak długo spali i jak wyglądała okolica.

Zapiski pozbawione są tego dobroczynnego filtru, jaki daje czas, wymazując rzeczy mało istotne, a pozostawiając te, które mocno zapisały się w pamięci. Nie ma selekcji, zupełnie jakby wszystko było tak samo ważne. Ale czy tak rzeczywiście jest? Przecież wiemy, co nam pozostaje w pamięci z podróży, na pewno nie wszystko...

Mam wrażenie, że dla kogoś, kto marzy o takiej podróży na antypody, ta relacja będzie źródłem niezwykle cennych informacji. Jednak dla kogo, kto chciałby poczytać o Australii, to tej Australii jest nieco za mało. Bo to nie jest książka o tym kontynencie, tylko o podróży przez kontynent. Kraj widać w nim z okien samochodu i z namiotu rozbitego przy drodze. Może tak się właśnie dogłębnie poznaje kraj, jeżdżąc po nim wzdłuż i wszerz? A ja marudzę, że czegoś mi zabrakło, maruda ze mnie jedna.

Wiem, czemu marudzę. Przez Aborygenów, których w książce nie ma prawie wcale, oprócz kilku  pijanych osobników. Powie ktoś - Australia nie składa się z Aborygenów. Wiem. Myślę jednak, że to bardzo istotny element tamtejszego świata. Dla porównania - Marek Tomalik napisał o nich szerzej i to mi się podobało.
A Ros Moriarty sprawiła, że bardzo emocjonalnie podchodzę do ludności tubylczej Australii.

Reasumując: chcecie poczytać o tym, jak dwójka studentów jeździ po Australii, to książka idealna dla Was. Ale niczego głębszego tam nie oczekujcie.Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przeżyli zachwycającą przygodę. Czego dowodzą takie zdania:

"Było cudnie. Nie słyszeliśmy już ptaków, tylko cykady i szum liści"[1].
"Mieliśmy znowu trochę światła i gorącą herbatę. Czegóż więcej potrzeba do szczęścia? Pięknie"[2].
"Ludzi jak zwykle brak. To miłe"[3].
"Samochód był dzielny, więc spokojnie mogliśmy rozkoszować się widokami"[4].

Książka jest znakomicie wydana, kredowy papier, twarda oprawa, mapa na wyklejce z trasą (świetna rzecz!) i mnogość ciekawych zdjęć. W końcu seria "Poznaj świat" to porządna seria. Ale błąd się zdarzył: fotka na stronach 24-25 jest odbita jak w lustrze (napisy na wieżowcach zdradziły). Pana od składu zdjęć proszę o więcej uwagi!

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Bernardinum za książkę!
---
[1] "Australia" Barbara Dmochowska, Wydawnictwo "Bernardinum", Pelplin 2014, s. 59.
[2] Tamże, s. 62.
[3] Tamże, s. 95.
[4] Tamże, s. 214.


niedziela, 11 stycznia 2015

"Baśnie" Bill Willingham - czy Królewna Śnieżka ożeni się z Wilkiem?


Janek pożyczył mi komiks "Baśnie", trzy tomy, a że dziś nadarza się okazja, by mu przeczytane oddać, siadam szybciutko, żeby skrobnąć parę słów na ich temat. Inaczej zapomnę, jak mi się podobało.

Bo podobało mi się, że hej. Przepadam za książkami, które wykorzystują w jakiś sposób historie znane z innych książek, mitów czy bajek. Lubię, jak autorzy bawią się znanymi motywami, ale piszą je na nowo, piszą po swojemu, od drugiej strony czy od końca. Z grubsza można to nazwać intertekstualnością (właśnie znalazłam to pojęcie w wikipedii, wiecie, że są aż cztery koncepcje intertekstualności?). Związki i rozwiązki między tekstami, to naprawdę ciekawe!

Powracając do Billa Willinghama: wziął bohaterów z popularnych bajek dla dzieci i stworzył komiks, gdzie ci bohaterowie mieszkają w Baśniogrodzie, ale też w świecie zwykłych ludzi - oczywiście ci, którzy ludzi przypominają (królewna Śnieżka, Sinobrody czy Jaś od magicznej fasoli. Ci zwierzokształtni przebywają poza miastem, ale o tym potem.

Miałam okazję przeczytać początek serii, czyli "Na wygnaniu", "Folwark zwierzęcy" oraz "Kroniki miłosne".
Pierwszy tom to wstęp, ale z niezłym przytupem, bo leje się masa krwi i ginie gdzieś siostra królewny Śnieżki. Hm, właściwie to ledwo pamiętałam, że ona miała siostrę (zresztą mało kto pamięta i to właśnie zapomnienie też autor skrzętnie wykorzystał). Śnieżka zleca przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie detektywowi Wilkowi (tak, temu od Czerwonego Kapturka). Śledztwo to jest to, co lubię, a Wilk przypomina nieco Blacksada, którego uwielbiam.

Tom drugi trochę bardziej przybliżył mi historię tego, jak to się stało, że baśniowcy zamieszkali w Nowym Jorku i okolicach - po prostu musieli uciekać przed najeźdźcą, Adwersarzem, który bezpardonowo podbił baśniowe ziemie. Ci, którzy upodobnić się do ludzi nie byli w stanie, zamieszkali na Farmie i żyją tam sobie jak u Pana Boga za piecem. Właśnie tak myśli Śnieżka, która, jako prawa ręka Burmistrza, co jakiś czas wizytuje Farmę i właśnie przyszedł czas kolejnej wizytacji. Myli się okrutnie, bo zamiast sielanki jest rebelia. Tak, skojarzenia z Orwellem jak najbardziej prawidłowe, zresztą, z takim tytułem nie mogłoby być inaczej.

Trzeci tom jakoś mniej gładko mi wszedł niż poprzednie, bo to tom mocno romansowy. Ten z tamtą, on i ona, takie trochę fiu bździu. Niby się czubią, ale się lubią. To kilka odrębnych opowieści. Myślę, że ten służy bardziej zapoznaniu się czytelnika ze światem Baśniowców i jego mieszkańcami niż czemukolwiek innemu. Miło było, nic ponadto.

Kreska świetna. Baśniowcy są bogato przedstawieni, tło pełne szczegółów, jest akcja - jest ekspresja. Zachwyca mnie fizys Wilka, która płynnie przechodzi od człowieczej do bardzo wilczej  - pamiętacie "Wilkołaka" z Nicholsonem? To właśnie tak.

Jedno mnie tylko nieco irytowało. W każdym dymku (dotyczy pierwszego i drugiego tomu) pogrubiono jedno, dwa lub trzy słowa. Pogrubienie w piśmie traktuję jako sygnał, że coś jest szczególnie ważne, bardzo istotne, powiedziane z naciskiem. Ale jak na takie ważne rzeczy natykam się co rusz, to mi zgrzyta, bo niemożliwe, żeby aż tyle słów było niezwykle istotnych. Przy czym te słowa wcale nie są ważne. Pogrubiono po prostu jakieś losowe słowa. Po jaką cholerę, nie wiem.

Panie Willingham, szacuneczek za pomysł na serię!

- "Baśnie: Na wygnaniu" scenariusz Bill Willingham, rysunki Lan Medina, tusz Steve Leialoha i Craig Hamilton, kolory Sherilyn van Valkenburgh, okładki James Jean i Alex Maleev, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2007.
- "Baśnie: Folwark zwierzęcy" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, tusz Steve Leialoha, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.
- "Baśnie: Kroniki miłosne" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, Lan Medina, Bryan Talbot i Linda Medley, tusz Steve Leialoha, Craig Hamilton, Bryan Talbot i Linda Medley, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean i Aron Wiesenfield, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.

czwartek, 8 stycznia 2015

"Żółte kółka" Eliza Piotrowska - nie wytykajmy palcami niepełnosprawnych


Niepełnosprawni. Ten temat jest mi bliski, bo przecież mam niepełnosprawną, niesłyszącą córkę. Dlatego chętnie sięgam po literaturę dotyczącą tego zagadnienia.

"Żółte kółka" to opowieść o Ninie,  o dziewczynce z zespołem Downa, która zaczyna uczęszczać do szkoły masowej; a właściwie o tym, jak dziewczynkę postrzegają koledzy i koleżanki z klasy. Na początku jest cudnie, urok nowości. Potem są zgrzyty, gdy okazuje się, że zachowanie Iny odbiega od oczekiwań dzieci. Tu wkraczają dorośli: tłumaczą, z czego wynika odmienność dziewczynki, wyjaśniają, jak z nią postępować, jak się opiekować - bo Ina wymaga opieki. Nie ma się co oszukiwać, wymaga specjalnego traktowania, taka jest specyfika jej choroby.
W końcu dziewczynka przenosi się do szkoły specjalnej, bo tak trzeba. Z pewnością jednak skorzystała z tego, że miała całą klasę koleżanek i kolegów. Mam jednak wrażenie, że daleko bardziej skorzystały dzieci. Dowiedziały się sporo o tej chorobie, dzięki mądrym dorosłym, i chyba im to zostanie na przyszłość.

Taką książkę warto zabrać do przedszkola i przeczytać całej grupie. Do szkoły i przeczytać klasie. Żeby potem dzieci nie wytykały palcami osoby na wózku, z białą laską czy z zespołem Downa. Nikt nie lubi być wytykany palcem.

Książka "Żółte kółka" powstała z inicjatywy Stowarzyszenia Rodzin i Przyjaciół Dzieci z zespołem Downa "Iskierka" ze Szczecina.

"Żółte kółka" Eliza Piotrowska, Czarna Owieczka, Warszawa 2011.

Żółte kółka [Eliza Piotrowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 4 stycznia 2015

Bloguję już całe sześć lat

Z zaskoczeniem to stwierdziłam, a zorientowałam się przez zacofanego, bo też obchodzi rocznicę, nawiasem mówiąc, wszystkiego najlepszego!

Początkowo wcale nie to nie był blog książkowy, stał się nim po pewnym czasie. I tak się jakoś dzieje, że wciąż i wciąż nim  jest.

Tak naprawdę jednak chciałam pochwalić się nie kolejnym rokiem, a tym, że w 2014 roku przeczytałam więcej książek niż przybyło mi na półkach! No dobra, o jedną więcej, przeczytałam 134, a przybyło 133, jednak jest to całkiem pozytywna tendencja, prawda? A do tego z półek mi wywędrowało 199 książek!

Cieszę się więc, bo to pierwszy krok do odgrzebania się spod stosów literatury.

Takich na przykład:


środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie czytelnicze roku 2014

Jak co roku podsumowanie! Nie za długie, chciałam tylko zwrócić Waszą uwagę na kilka książek.

W 2014 roku przeczytałam 134 książki, co w porównaniu do 2013 roku daje dokładnie ten sam wynik. Audiobooków było w tym pięć.

Na szóstkę zasłużyło osiemnaście książek, pogrupowałam je tak:




Książki dla dorosłych:
„Na południe od Brazos” Larry MacMartry
„Ciemny Eden” Chris Beckett
„Przedksiężycowi III” Anna Kańtoch 

Książki dla dzieci:
„O czym szumią wierzby” Kenneth Grahame 
„Królowa Śniegu” H. Ch. Andersen
„Opowiem ci mamo co robią żaby” Katarzyna Bajerowicz, Marcin Brykczyński
„Wakacyjny koncert” Agnieszka Sikorska-Celejewska

Komiksy i książki graficzne:
„Habibi” Craig Thompson 
„Kroniki jerozolimskie” Guy Delisle 
„Paryż” Sempe 
„Dwoje ludzi” Iwona Chmielewska
„Pamiętnik Blumki” Iwona Chmielewska 
„O tych, którzy się rozwijali” Iwona Chmielewska
"Cztery strony czasu" Iwona Chmielewska
„Esencja” Gawronkiewicz, Janusz 
„Romantyzm” Gawronkiewicz, Janusz 
„Achtung Zelig. Druga wojna” Gawronkiewicz, Rosenberg 
„Jaś Ciekawski” Matthias Pickard 


Jest jeszcze jedna książka, która w sześciostopniowej skali ocen dostała u mnie siódemkę. To:



„Magiczne lata” Robert McCammon 

Niniejszym uznaję ją za książkę roku 2014. Nie ma recenzji, bo książka mnie przerasta o głowę. Może kiedyś uda mi się o niej coś napisać, na razie pożyczam ją, komu się da i cieszę się, gdy wraca do mnie coraz bardziej zaczytana i z ciepłymi słowami pochwały. 


Plany jakieś na kolejny rok? Ależ oczywiście. Czytać i mieć z tego frajdę.

niedziela, 28 grudnia 2014

"O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame - Vesper robi mi dobrze


Wydawnictwo Vesper robi mi dobrze. Naprawdę. Wydaje Flawię, którą uwielbiam, a teraz wydało "O czym szumią wierzby", co mnie nadzwyczajnie ucieszyło - brakowało mi tego na półce.

Powieść Kennetha Grahame'a to nie nowość, to klasyka literatury dziecięcej. Wydawana wielokrotnie, ekranizowana, animowana, wałkowana na różne sposoby. Mimo tych wszystkich zabiegów powieść pochodząca z 1908 roku wciąż jest chętnie czytana. Czy się zestarzała? Odrobinkę, dyskretnie i z godnością.  To chyba tylko dodaje jej uroku.

"O czym szumią wierzby" to zapis przygód przyjaciół: Kreta, Szczura, Ropucha i Borsuka. Kret jest dobroduszny i nieco naiwny, Szczur energiczny, Ropuch wyjątkowo lekkomyślny, a Borsuk poważny i surowy. Krecik i Szczur trzymają się razem, stanowiąc dobraną parę (niczym Sherlock Holmes i doktor Watson) i znakomicie się uzupełniając: czy to podczas wspólnych wycieczek i pikników czy też w trakcie wypraw ratunkowych. Trzymają też wspólny front, jeśli chodzi o Ropucha.
Och, ten Ropuch. Bogaty, nonszalancki, z milionem pomysłów na sekundę. Najnowszy z nich, czyli namiętność do samochodów, spędza Kretowi i Szczurowi sen z powiek. Wkraczają, zanim Ropuch całkiem się zatraci, ale czy można powstrzymać tajfun namiętności?

Te wszystkie historie były mi już wcześniej przecież znane, ale mimo to z przyjemnością czytałam, żeby sobie przypomnieć, jak to Ropuch poradził sobie z ograniczeniem wolności, jak Borsuk obmyślał strategię odbicia Ropuszego Dworu, czy też jak Krecik odnalazł swój stary domek.

Te historie są stworzone do czytania. Wszystko w nich jest takie akuratne, właściwe, prawe (jakże rzadko używamy dzisiaj tego słowa). Mam taką spokojną pewność, że jeśli nawet Kret zagubił się w lesie, to znajdzie się ktoś, kto mu pomoże. Jeśli nawet Łasice zajęły dom Ropucha, to można z nimi wygrać w uczciwej walce, nie ma podstępów, łajdactw i strzelania w plecy.
To takie... odprężające. Nie muszę obawiać się, że zza węgła wyskoczy na mnie jakaś tragedia, coś nieodwracalnego, złe Zło. To jeden z powodów, dla których tak dobrze mi się czytało tę powieść. Kolejnym powodem jest to, że autor tak idealnie, bez szwów, połączył świat zwierzęcy (czyli np. Borsukową norkę czy Szczurkowe polowania) ze światem ludzkim, gdzie towary kupuje się w sklepie i można trafić do więzienia za kradzież. To jest po prostu cudowne.

Całość tego świata umieszczona jest w realiach angielskiej wsi, tej sielskiej anielskiej, bez niespodzianek, solidnej i niewzruszonej jak angielski policjant. Uwielbiam ten świat. Wyjątkowo zręcznie podkreślił wymowę powieści autor ilustracji, Ernest Howard Shepard, rysując zwierzątka w swoich domach, jako żywo przypominających ludzkie, wiejskie domki czy posiadłości. Ale moje ulubione ilustracje to te, gdzie widać jednocześnie ludzi i zwierzęta.

Ludzie są więksi, oczywiście, ale nie tak, jak to bywa w naturze. Shepard stara się dopasować te dwa światy, zgodnie z zamysłem Grahame'a i moim zdaniem wyszło mu to znakomicie.
Zresztą, to przecież Shepard, autor ilustracji do Kubusia Puchatka! Przyznam się, że gdy otworzyłam książkę na wyklejce, gdzie jest mapa, przez chwilę myślałam, że jestem w Stumilowym Lesie. Ale tylko przez chwilę, dalej jest wierzbowo, nie kubusiowo.


Mnóstwo jest tych ilustracji i z przyjemnością je oglądałam, zwłaszcza że książka jest wydrukowana na solidnym papierze i obrazki świetnie się prezentują.

Jeszcze jedna uwaga: powieść oczywiście, że nadaje się dla dzieci, ale są w niej fragmenty, które może docenić tylko dorosły. To te fragmenty, które mówią o wielkiej tęsknocie, nostalgii, melancholii...  Szczur marzy o podróżach, Krecik o swoim starym domku, a obaj przez chwilę są zaczarowani magiczną fletnią Pana. Sama poczułam się zaczarowana.

Nie ma co, robi mi dobrze to wydawnictwo. Takie powieści warto mieć na półce, obok "Dzieci z Bullerbyn", "Ani z Zielonego Wzgórza", "Kubusia Puchatka" czy "Alicji z Krainy Czarów". Zwłaszcza w tak znakomitym, dopracowanym wydaniu.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Vesper za książkę!

 "O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame, z angielskiego przełożył Maciej Płaza, z oryginalnymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak, 2014.

O czym szumią wierzby [Kenneth Grahame]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 25 grudnia 2014

"O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame - Boże Narodzenie



- Co tam się dzieje? - spytał Szczur, zastygając nad puszką.
- To pewnie myszy polne - odparł Kret z nutką dumy. - O tej porze roku regularnie kolędują. To ważny zwyczaj w tych stronach. O mnie też nie zapominają, zawsze na końcu odwiedzają Kreci Zakątek. Jeśli akurat mam coś w domu, częstuję je gorącymi napojami, czasem zapraszam na kolację. Miło będzie je usłyszeć, zupełnie jak za dawnych czasów.
- Popatrzmy na nie! - Szczur zerwał się od stołu i popędził do wyjścia.
Kiedy otworzyli drzwi, ich oczom ukazał się piękny widok stosowny do tej pory roku. Pośrodku dziedzińca, w słabym świetle rogowej latarni, stało w półkolu osiem, może dziesięć myszy polnych. Na szyjach miały czerwone włóczkowe szaliki, przednie łapki wcisnęły głęboko w kieszenie i przytupywały dla rozgrzewki. Zerkały nieśmiało po sobie jasnymi paciorkowatymi oczyma, chichotały cichutko, pociągały nosami i wycierały je w rękawy płaszczy. Na widok gospodarzy tak, która trzymała latarnię, powiedziała: "Trzy!-czte!-ry!", i dziedziniec wypełnił się piskliwymi głosikami. Myszki śpiewały jedną z prastarych kolęd, które ich przodkowie układali na skutych lodem polach lub przy kominku, gdy za oknem sypał śnieg, i przekazywali młodszym, by w porze święta Jul śpiewali je na błotnistych dróżkach pod rozświetlonymi oknami:

KOLĘDA

Słuchajcie, mieszkańcy wiosek i miast,
Otwórzcie drzwi swoich domów i chat.
Choć śnieg zacina i świszcze wiatr,
Bądźcie dla nas gościnni jak brat,
   Radość spotka was o poranku!

Patrzcie, stoimy zziębnięci na kość,
Chuchania w dłonie mamy już dość.
Przed ciepły kominek nas zaproście, 
Bo z daleka do was przyszliśmy w gości
   Życzyć wam radości o poranku!

Zimową ciemność rozjaśnił blask
Gwiazdy złocistej, jasnej jak brzask.
Przez śnieżną noc prowadził nas, 
Obdarzył szczodrze bezmiarem łask
   I radością na każdy poranek!

Brnął Józef przez śnieg ze Świętą Panienką
I ujrzał gwiazdę tuż nad stajenką;
"Popatrz, Maryjo, jaką wyręką
Jest dla nas żłobek z przytulną wnęką!".
   Radosny mieli poranek!

Wkrótce usłyszeli aniołów pieśń:
"Kto pierwszy ogłosił radosną wieść?
I kto ją w świat będzie dalej nieść?
Stajenne zwierzęta - niech będzie im cześć!
   Radować się będą o poranku!".


"O czym szumią wierzby" Kenneth Grahame, przełożył Maciej Płaza, Wydawnictwo Vesper, s.96-98

sobota, 20 grudnia 2014

"Yans" Grzegorz Rosiński, André-Paul Duchâteau


Okładka, okładka, konia i królestwo za okładkę! Nie, że proszę, tylko że się należą. Zachwycałam się okładką z Pietą  w wykonaniu Thorgala i ktoś mi wtedy zwrócił uwagę, że na okładce Yansa jest podobny motyw.  Zapamiętałam.
Potem Janek zachwycał się Yansem. Zapamiętałam. Kiedy z dobroci serca zaproponował pożyczkę, nie mogłam się oprzeć. Pożyczyłam, przeczytałam, przeoglądałam. Kawał porządnego komiksu.

Kim jest Grzegorz Rosiński, miłośnikom komiksu nie muszę przybliżać, a dla reszty krótkie info: polski rysownik, wyjątkowy, utalentowany, z bogatym dorobkiem. Thorgala już poznałam, czas na inne jego dzieła.

Kim jest Yans? Bohaterem komiksu, badaczem, podróżnikiem w czasie, przystojnym facetem (no co, pisze to kobieta!). Ma wroga, imperatora Valsary'ego, ma też dziewczynę, Orchidęę. Yans (który miał być Hansem, ale w Polsce to imię kojarzy się raczej negatywnie), jest człowiekiem szlachetnym, odważnym i zdolnym do poświęceń.

W jakim świecie żyje nasz bohater? W przyszłości, która nie wygląda zbyt zachęcająco. Świat po katastrofie, skuty lodem, żeby znaleźć oazę zieleni, trzeba lecieć na inną planetę. Ludzie żyją w miastach, w cieple, ale mocno ściśnięci okowami rządów imperatora. Nie głodują, nie marzną, ale karków wyprostować nie mogą. Poza miastem żyją Zewnętrzni. To ich wybór, wolą trudzić się o wiele bardziej niż miastowi, ale za to mają niebo wysoko nad głową. Z tego właśnie ludu pochodzi Orchidea.

Przygody Yansa opierają się na schemacie: ma szefa wroga w postaci imperatora Valsary'ego, a ten wysyła go w przeróżne, najpodlejsze miejsca na niebezpieczne misje. Środki przymusu to szantaż i zastraszanie. Valsary ma bowiem haka na Yansa - to Orchidea, kobieta cudownej urody i szlachetnego serca. Imperator łamie Orchidei paluszek (to przenośnia, oczywiście) i już Yans jest miękki niczym wosk. Po co i dlaczego to wszystko? Proste - władza boi się utraty władzy, a Yans w pewien sposób zagraża ustalonej hierarchii.
Prawdę mówiąc, ta animozja zdaje mi się tylko pretekstem autora, by głównych bohaterów co i rusz wysyłać w coraz to inne miejsca i fundować cudaczne perypetie.
Coś jak tępienie Królewny Śnieżki przez Złą Królową, jak nie grzebieniem, to jabłkiem.  Yans jest gnębiony walką z królową Ardelią, kąpielami w błocie, więzieniem w kotlinie, gęstą dżunglą, podróżami w czasie. Sporo tego, na szczęście nuda przy czytaniu nie grozi.

Ale (ach, to nieszczęsne słówko "ale", zapowiadające coś typu "operacja się udała, ale pacjent zmarł") mimo wszelkich przymiotów, jakie Yans posiada i tych wszystkich przygód, jakie mu się przydarzają - nie jest to facet, z którym mogłabym pójść na koniec galaktyki. Czegoś mu brak - pazura, wyrazu... A może Thorgal skradł moje serce i nie ma już w nim miejsca na innego faceta?
" - Co za pułapka, Yansie... Co za pułapka!... Czy to się nigdy nie skończy?
- Cha, cha! Nie bądź naiwna! Któż zdoła pokierować własnym losem?"[1]
No cóż, Yansie. Niektórzy mogą, a ty taki zrezygnowany?
"- Dokąd lecimy? Czego od nas oczekują? Co się z nami stanie? Mamy chwilę wytchnienia...
- Ludzkie życie składa się z tych nielicznych chwil wytchnienia, które czasami nazywamy szczęściem, Orchideo..."[2]
No nie, co za odpowiedź! Wybitnie melancholiczna i wyjątkowo niekonkretna. Błagam, tak mówi energiczny bohater?

Jeśli chodzi o wydanie, to absolutnym strzałem w dziesiątkę jest zamieszczenie obszernej opowieści - wstępu o tym jak Yans powstawał, bogato ilustrowany planszami, artykułami, listami. Historia bardzo wciągająca.
W zbiorczym tomie nr 1 zamieszczone są opowiadania:
- Wieża rozpaczy
- Ostatnia wyspa
- Więzień wieczności
- Mutanci z Hanai (Rosiński super narysował mutantów!)
- Gladiatorzy

Janku, dziękuję za pożyczenie!  Janka opinia jest tutaj,  a giery tutaj. Warto zajrzeć.

---
[1] "Yans" wydanie zbiorcze tom 1, Scenariusz André-Paul Duchâteau, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład Wojciech Birek, Egmont, 2014, s. 103
[2] Tamże, s. 137

czwartek, 18 grudnia 2014

"Henryk V" William Szekspir


Jako że dopiero co wysłuchałam świetnej powieści "Pieśń łuków. Azincourt" Cornwella, to jasnym jest, że zaraz po niej sięgnęłam po Szekspira.I tu właśnie pogratulowałam sobie zakupu swego czasu dwóch ogromniastych tomów z dziełami Szekspira, "Komedie" oraz "Tragedie i kroniki" były pod ręką i można było sięgać.

Masę rzeczy Cornwell podjął z angielskiego dramatopisarza, ale przecież to historia (a nawet Historia), więc inaczej być nie mogło.
Henryk jest waleczny i bogobojny, jego armia walczy chętnie, zarozumiali Francuzi z ledwością mogą uwierzyć w swoją porażkę. Głównymi postaciami w sztuce są królowie i arystokraci, ale są też i prości ludkowie, którzy ku uciesze gawiedzi albo charakterystycznie mówią, kalecząc nieco angielski (brawo panie Barańczak!), albo też mają swoje za uszami, bo to łobuzy, rabusie i oczajduszy. Mają ubarwiać sztukę, widzowie sobie tego życzą i tak ma być.

Zastanawia mnie jedynie brak wzmianek o łucznikach, tak mocno wyeksponowanych przez Cornwella. Ale jest za to wątek zalotów Henryka do Katarzyny (córki francuskiego króla), dość zabawnych. On słabo mówi po francusku, ona prawie nic nie rozumie po angielsku, gadają jak gęś z prosięciem. Do tego on, zapewniając, że ma za nic słodkie słówka, bo jest rycerzem, a nie bawidamkiem, jednocześnie zasypuje Katarzynę gradem namiętnych zapewnień o miłości.

Wynotowałam sobie trochę cytatów:

Król Henryk: Co jest w koszyku?
Exeter:          Piłki tenisowe
Król Henryk: Miło, że Delfin sobie z nas żartuje;
                     Dzięki za prezent i za wasze trudy
                     Gdy dobierzemy rakiety do piłek,
                     Z Bożą pomocą zagramy we Francji
                     Takiego seta, że piłką strącimy
                     Koronę z głowy francuskiego króla. [1]

I tu mnie lekko zatkało, to gra w tenisa ma tak długie korzenie? No no no. Jestem pod wrażeniem.

Król Henryk: Idź, powiedz swemu panu, że tu jestem:
                     Cały mój okup - to kruche i marne
                     Ciało; osłoną jest mi armia chorych;
                     Powiedz mu jednak: Bóg nas poprowadzi,
                     Choćby na drodze stanęła nam cała
                     Potęga Francji wraz z jej sąsiadami. [2]

To jest to, o czym pisałam w notce o powieści Cornwella - król mocno wierzył w zwycięstwo.

Książę Orleanu: Jest druga; o dziesiątej z krwi otrzemy miecze
                         Każdy z nas stu Anglików przez ten czas usiecze. [3]

Cóż, Francuzi byli bardzo pewni siebie, nieprawdaż?

Kolejnym etapem zafascynowania tym kawałkiem historii było obejrzenie filmu "Henryk V" w reżyserii Kennetha Branagha, a jeszcze dalszym lektura książki "Oblubienica z Azincourt". W niezły ciąg wpadłam.

---
[1] "Tragedie i kroniki" William Shakespeare, przekład Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s. 1326-1327
[2] Tamże, s. 1370
[3] Tamże, s. 1377

środa, 17 grudnia 2014

Wielki Konkurs Przedświąteczny


Konkurs ŚBK i Księgarni "Victoria" rozpocznie się JUTRO, ale dzisiaj zaprezentuję dla przypomnienia, jego przebieg i zasady, na jakich będzie się opierał.

Dzisiaj na kilkunastu blogach ŚBK ukaże się podobny post z zapowiedzią konkursu. Zapamiętajcie dobrze te blogi, bo to na tych stronach, JUTRO musicie szukać wskazówek do odgadnięcia konkursowego hasła.

Ale po kolei:
Wielki Konkurs Przedświąteczny Śląskich Blogerów Książkowych i Księgarni "Victoria" będzie polegał na tym, aby odnaleźć w JUTRZEJSZYCH wpisach, na blogach ŚBK słowa - klucze, które ułożą się w hasło konkursowe. Hasło to i odpowiedź na pytanie: ile blogów wzięło udział w zabawie, trzeba będzie wysłać na podany adres mailowy Księgarni - victoria@ksiaznica.pl
Nie powiemy Wam, ilu blogerów będzie w zabawę zaangażowanych i jakich słów trzeba szukać, nie martwcie się jednak, słowo - klucz będzie bardzo wyraźnie zaznaczone i łatwe do znalezienia. Idąc po śladach, klikając na odpowiednie słowa, będziecie przechodzić od bloga do bloga, aż w końcu traficie na fp "Victorii" na FB. To będzie dla Was sygnał, że ułożyliście całe hasło.
Następnym krokiem będzie wysłanie hasła i podanie liczby Śląskich Blogerów, którzy wzięli udział w zabawie, na adres mailowy Księgarni "Victoria", podany powyżej.
Dla ułatwienia konkursu, proponujemy zacząć poszukiwania na blogu SARDEGNY. Potem powinno pójść Wam, jak z płatka.

Regulamin
1. Wielki Konkurs Przedświąteczny organizowany jest przez grupę ŚBK oraz Księgarnię "Victoria" Zabrze
2. Sponsorem nagród są Śląscy Blogerzy Książkowi
3. Nagrodą w konkursie jest pakiet - niespodzianka, podobny do tego, jaki otrzymali blogerzy na panelu dyskusyjnym na Targach Książki w Katowicach
4. Konkurs trwa od 18 do 21.12.2014.
5. Wyniki zostaną ogłoszone dnia następnego, czyli 22.12.2014.
6. Odpowiedzi na zadania konkursowe proszę wysyłać na adres: victoria@ksiaznica.pl
7. O wygranej w konkursie decyduje kolejność zgłoszeń. Wygrywa SIÓDMA(7) i SIÓDMA (7) od KOŃCA osoba.
8. Pod uwagę brane będą tylko prawidłowe odpowiedzi wysłane drogą mailową, sygnowane własnym imieniem i nazwiskiem
9. Nagrodę będzie można odebrać osobiście w Księgarni Victoria (Galeria Zabrze, ul. Wolności 273-275, 41-800 Zabrze) bądź zostanie ona przesłana na adres podany przez zwycięzcę. W przypadku nieodebrania nagrody organizatorzy konkursu mogą wyłonić innego zwycięzcę lub przeznaczyć nagrodę na inne cele.
10. Biorąc udział w konkursie, zgadzają się Państwo na przetwarzanie podanych przez siebie danych osobowych przez organizatora Grupę ŚBK oraz Księgarnię Victoria, zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 r (Dz. U. nr 133 poz. 883) - które zostaną wykorzystane jednorazowo.
11. Wysyłka tylko na terenie Polski


Zadanie konkursowe:
Ze słów - kluczy, podanych na blogach ŚBK ułóż hasło konkursowe
Podaj liczbę blogów, które wzięły udział w Wielkim Przedświątecznym Konkursie.