piątek, 30 maja 2014

"Romantyzm" Gawronkiewicz i Janusz - seta z zagrychą!


"Esencja" tak mi się spodobała, że musiałam, po prostu musiałam dokupić sobie drugą część przygód Ottona i Watsona. A co w niej?

Ta sama Warszawa, obdrapana i zaśmiecona, ten sam Otto, zarośnięty i w wymiętym prochowcu, ten sam Aptekarz, czy też jego wspomnienie (zaraz do niego wrócę), ten sam Watson... a nie, stop, wróć, Watson jest na wycieczce i Otton z nową sprawą musi sobie radzić sam, przynajmniej na początku.

Co to za nowa sprawa? Znika przyjaciel Ottona, właściwie znajomy, no, tak naprawdę to sąsiad, człowiek wykształcony, humanista i romantyk. Jego zniknięcie (i nie tylko jego, ginie więcej osób) wiąże się jakoś z wskrzeszeniem Trzech Mistrzów, przeprowadzonym z wielką pompą przez ministra kultury. Phi, jakie tam wskrzeszenie, to zwykłe zombiaki są, może tylko przez duże Z. Do tego krwiożercze i paskudne. Rozprawić się z nimi trudno, Otto ma twardy orzech do zgryzienia, dobrze, że Watson wraca w samą porę, by pomóc detektywowi.

Miałam wrócić do Aptekarza. Otóż żaden z wymyślonych przeze mnie tytułów nie pojawił się w drugiej części. Są za to min.  "Kwiaty zła" w wazonie, "Piana złudzeń" w szamponowym opakowaniu (ale na to opakowanie wpadłam, ha!) i "451 Fahrenheita" w kanistrze (boskie!).

Źródło - http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/otto_bohater/2

Mnie ten pomysł zachwyca, ale sąsiad Ottona jest konserwatystą:
"Powiem panu szczerze, że nie lubię tych skroplonych książek. A gdzie zapach papieru i druku, gdzie szelest przewracanych stron?
Wypić skroploną książkę to tak, jakby zamiast poznać człowieka wyssać jego krew... Kazałbym całą tę literaturę w płynie do kanałów wylać!! Nie można przyswajać sztuki bez wysiłku, tak jak nie można jej tworzyć bez wysiłku!!! Sztuka wymaga poświęceń!!!"*
No, no, nie unoś się tak, drogi sąsiedzie. Ta skłonność do poświęceń (własnych czy cudzych?) może cię drogo kosztować. I będzie.

Notabene, kiedy przepisywałam ten cytat, zdałam sobie sprawę, że w tekście zaszyte są malutkie wskazóweczki albo raczej odniesienia do zwrotów akcji czy wątków i ich rozwinięć. Wynika z tego, że komiks trzeba czytać albo bardzo uważnie albo kilka razy. To "wyssanie" będzie miało potem swoje parę minut, "poświęcenie" również. Istotne będzie to, że Bohater strasząc gołębie strzela ślepakami, że męczony głodem nikotynowym wiecznie gryzie zapałkę...

Sporo tu takich malutkich, ale świetnych drobiazgów i to zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej. Wyszukiwanie ich to czysta radość. Na przykład: Otto mieszka pod numerem "13f", a jego sąsiad, mieszkanie obok, na tym samym piętrze, na drzwiach ma tabliczkę z numerem "44" (a imię jego...). Albo: jak można dostać się do zamkniętego na kłódkę pomieszczenia? Trzeba wyciągnąć z kieszeni malutką olejarkę z etykietką "Zamek", otrzymaną od Aptekarza. Lub też wszechobecne znaki zakazu: przekreślone oko, trąbka, aparat, książka wpadająca do kibla...

Same smaczki. Chociaż całość  nie przypomina smacznego dania, tylko setę z zagrychą, to jest to tego rodzaju seta z zagrychą, po której robi się jasno w głowie i ciepło w żołądku. Czego i wam serdecznie życzę.

---
[*]"Romantyzm", scenariusz Grzegorz Janusz, rysunek i kolor Krzysztof Gawronkiewicz, Mandragora, Warszawa 2007, s.10

środa, 28 maja 2014

"Lilka i spółka" Magdalena Witkiewicz - chcę być Lilką i znów mieć naście lat


Całkiem niedawno rozpływałam się w zachwytach nad "Wakacyjnym koncertem" Agnieszki Sikorskiej-Celejewskiej - "Lilka i spółka" to ta sama tematyka, czyli dzieci na wakacjach. Tu się rozpływać nie będę, a to dlatego, że autorka umieściła dzieci w środowisku bliżej mi nieznanym z dzieciństwa i żadne struny sentymentalne w duszy mi się nie rozdźwięczały.

Mogę za to całkiem szczerze powiedzieć, że strasznie, ale to strasznie chciałabym na takie wakacje jechać. Do domku w Jastarni, do miejsca, gdzie z jednej strony jest woda, a z drugiej... też woda! Do ciotki, która jest może i surowa, ale dba o dzieci i koty (no jasne, kolejna zakocona, patrz poprzednia notka). I do kotów. Jechać trzeba by koniecznie z rodzeństwem, co to jak trzej muszkieterowie skaczą za sobą w ogień. I jeszcze chciałabym mieć jakieś dziesięć, góra dwanaście lat - w takim wieku najlepiej rozwiązuje się zagadki kryminalne i tropi przestępczość zorganizowaną (nawet jeśli ta przestępczość jest mało szkodliwa społecznie). Chciałabym uczestniczyć w naradach produkcyjnych, tfu, wojennych, uruchamiać wyobraźnię, śledzić, dedukować i mieć mnóstwo frajdy.

Absolutnie nieważne jest to, że wątek podobnego rzekomego przestępstwa gdzieś już widziałam (pan Samochodzik?), bo tu potraktowany jest nieco inaczej.

Całość świetnie napisana, potoczyście, czytało mi się znakomicie. Krzysiu i Marianko, rośnijcie szybko, tak sobie myślę, że wam się spodoba.

Bardzo dziękuję Magdalenie Witkiewicz za książkę :)

O rany, zapomniałabym: ilustracje boskie! A fryzura ciotki Franki jako żywo przypomina loki Idy Borejko.

"Lilka i spółka" Magdalena Witkiewicz, ilustrowała Joanna Zagner-Kołat, Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.
Lilka i spółka [Magdalena Witkiewicz]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 27 maja 2014

"Mały słownik wyrazów kocich i kociojęzycznych" Przemysław Wechterowicz, Marta Ludwiszewska


Znam kilka wybitnie "zakoconych" osób, takich, co to nie tylko mają kota (bądź kilka) w domu, ale zbierają kocie zakładki, poduchy, broszki, kolczyki, bluzki i przyciski do papieru. Do tego wspierają różnorakie fundacje, schroniska oraz służą domem tymczasowym dla futrzaka w razie potrzeby.


Ten słownik jest właśnie dla nich (no dobra, dobra, też mam kota w domu i kolczyki z kotami, więc dla mnie też), bo trzeba mieć w pewien sposób przeprogramowany mózg. Taki mózg ma człowiek wtedy, gdy spogląda w kubek świeżo zaparzonej herbaty, nie znajduje kociego włosa i czuje się nieswojo. Z takim nastawieniem można się już brać za czytanie słownika.

Wiadomo, co to jest KOTURN, prawda? Dla wszystkich, ale nie dla zakoconego. Bo to cmentarz dla kotów. Proste!
A KOTLINA jest sporym dołkiem w krajobrazie, to fakt, ale tylko dla zwykłych ludzi. Zakocony człowiek czyta, że to:
"Głęboka depresja spowodowana brakiem kociej sierści na twarzy, między zębami, w jelitach cienkim i grubym, żołądku, na ubraniu, pościeli oraz talerzu".*
Ha! No właśnie o tym pisałam.

Podziwiam wyobraźnię autora, niektóre hasła wspinają się na wyżyny abstrakcji. Tym większa frajda z rozszyfrowania takiego kociojęzycznego wyrazu. Niektóre hasła pozostały dla mnie nierozszyfrowane. Pewnie tak miało być. No bo kto by tam zrozumiał kota?

Do każdego hasła w słowniku dopasowana jest ilustracja, czasem równie zakręcona i niejednoznaczna jak omawiane słowo. Nie do końca podoba mi się ta kreska, wiadomo, rzecz gustu. Ciekawa jest za to struktura tła.

Niszowa książka? Zważywszy na ilość filmików z kociakami krążących po internecie, to chyba jednak nie. Świetny prezent dla kota, świetny prezent dla zakoconego. Mnie się podobało (oprócz ilustracji).


Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za książkę! Wydajecie ciekawe, niebanalne pozycje.
A znacie bloga autora? Powyższa ilustracja pochodzi właśnie stamtąd - http://wechterowicz.blogspot.com/. Zaglądajcie!


* - "Mały słownik wyrazów kocich i kociojęzycznych" Przemysław Wechterowicz, ilustracje Marta Ludwiszewska, Media Rodzina, Poznań 2014, s. 26.

niedziela, 25 maja 2014

"Sprawa szczęśliwego hazardzisty" E.S. Gardner - właściwie sprawa wiecznego pióra


Perry Mason w tę sprawę został wprowadzony niejako tylnymi drzwiami. Najpierw odbiera telefon od tajemniczej kobiety, która chce mu zapłacić za siedzenie na sali sądowej w charakterze widza, a zaraz potem zostaje wynajęty jako obrońca dopiero co obserwowanego oskarżonego. Oskarżony to miły, nieco bezbarwny birbant, który przez większą część powieści jest oszołomiony i nie wie, co się z nim dzieje. Daleko bardziej interesująca jest jego rodzina: śmiertelnie chory, kostyczny stryj - potentat finansowy, drugi stryj archeolog amator oraz jego żona, wyjątkowo reprezentacyjna babka.
"Krótko mówiąc, jest typową drugą żoną milionera, kosztowną zabawką. Ale przyznaję, że pan Guthrie Balfour musiał długo oglądać wystawy sklepów, zanim kazał ją sobie zapakować".[1]

Sprawa, której podjął się Mason, czyli sprawa zabójstwa upozorowanego na nieszczęśliwy wypadek, jest wyjątkowo trudna, a to za sprawą jednego ze świadków. Kłamie gość przed sądem bezczelnie i ze znawstwem, trudno podważyć jego zeznania. Na szczęście adwokat ma swoje źródła informacji, czyli nieocenionego Paula Drake'a. Oprócz tego:
"-Mam w ręku jedną broń - odparł Mason. - Jest to broń bardzo skuteczna. Ale trudno się nią niekiedy posługiwać, bo po prostu nie wiadomo, za który koniec ją złapać. 
- Jaka to broń? - spytała Della Street.
- Prawda - odrzekł Mason".[2]
Prawda nas wyzwoli!

Z ciekawostek (ponieważ lubię pisać wiecznym piórem) wydłubałam sobie dla siebie historię o tym, jak pewna kobieta, jadąc za zataczającym się pijacko samochodem, zapaliła sobie światełko w samochodzie, wyciągnęła notes z torebki i otworzyła do na ostatniej zapisanej stronie, następnie wyciągnęła wieczne pióro, takie z odkręcaną skuwką, odkręciła je, starannie zapisała równiutkim pismem numer rejestracyjny samochodu w notesie położonym na kolanach, po czym zakręciła pióro i schowała je wraz z notesem do torebki. To wszystko jedną ręką, prawą, lewa spoczywała na kierownicy, zaś kobieta cały czas jechała za tym samochodem. Gigantka, nie?




"Sprawa szczęśliwego hazardzisty" E.S. Gardner, przełożył Michał Ronikier, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996. Tom 53. cyklu o Masonie, [1]- s. 55, [2] - s. 187

sobota, 24 maja 2014

"Niewidczni Akademicy" Terry Pratchett - wątłe barki Myślaka


Fanom Pratchetta nie trzeba jakoś specjalnie rekomendować jego książek. A niefanom trzeba? Pewnie! Bo Pratchetta warto czytać! Tylko niekoniecznie akurat ten tom - bo jak zaczynać przygodę ze Światem Dysku, to nie od tego tomu, tylko gdzieś od początku.

"Niewidoczni Akademicy" to trzydziesty trzeci tom serii. Pod względem pratchettopodobania się plasuje się gdzieś w dolnej strefie stanów średnich. To pewnie dlatego, że piłka nożna nie jest moją ulubioną dyscypliną sportową. A właśnie ten sport bierze autor pod lupę i rozbiera na czynniki pierwsze. Kopanie, faulowanie i dryblowanie, kibicowanie i takie tam bzdety. Przyznam się szczerze, że nigdy nie pojęłam do końca idei spalonego, to znaczy wiem, co to jest, ale nie mam tego we krwi, tylko muszę z niejakim wysiłkiem sobie to przypomnieć, lekko zwizualizować i dopiero wtedy mam to jakoś ogarnięte. Nie, stanowczo, kibic ze mnie żaden. Pewnie dlatego jakoś mnie ten temat nie poruszył do głębi.

Jest jeszcze drugi wątek - Kopciuszka zamienionego w Księżniczkę w wersji Top Model. No też jakoś nie moje klimaty. Trzeci wątek to historia straszliwego stwora, który wcale nie jest straszliwy, a i stworem jest jakoś nie bardzo.  Zamotane? Jak zwykle u Pratchetta :)

Sytuację i książkę nieco ratuje Myślak Stibbons, który na wątłych barkach dźwiga sporo i najwyraźniej mu się to podoba; oraz lord Vetinari, zawsze tak samo chłodny, zabójczo precyzyjny i beznamiętny. Działa na mnie kojąco fakt, że Vetinari jest zawsze taki sam.

Tak narzekam i kręcę nosem, a czy mi się źle czytało? Gdzież tam, dobrze się czytało, Pratchett to Pratchett.

Niewidoczni Akademicy [Terry Pratchett]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

"Niewidczni Akademicy" Terry Pratchett, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński Media, 2013.

piątek, 23 maja 2014

Spotkanie autorskie z Waldemarem Cichoniem w przedszkolu w Piekarach Śląskich

22 maja 2014 w Przedszkolu Miejskim nr 17 odbyło się spotkanie autorskie z Waldemarem Cichoniem, autorem książek dla dzieci o kocie Cukierku.

Spotkanie wymyśliłam i zorganizowałam osobiście. Zaczęło się od tego, że dość często przychodziłam do przedszkola, do grupy Krzysia, czytać (bo dzieci to lubią). A potem było spotkanie autorskie z Magdaleną Witkiewicz zorganizowane przez ŚBK i "Victorię", po którym zaczęło mi kiełkować w głowie, że to nie może być jakiś niesamowicie trudny projekt i żeby spróbować samemu coś takiego przedsięwziąć.

Skonsultowałam się z wychowawczynią w przedszkolu, panią Anią  i uzyskałam pełne poparcie. Nawiązałam więc kontakt z Waldemarem Cichoniem, a on zgodził się przyjechać, ustaliliśmy datę i wszelkie szczegóły.

Spotkanie było oczywiście dla wszystkich dzieci w przedszkolu, nie tylko dla grupy Krzysia.
Krzyś z zapałem szczerzy się do aparatu
Pan Waldemar przedstawił się, opowiedział kim jest, co robi, skąd się wziął pomysł na książkę, potem przeczytał dzieciom fragmenty o Cukierku. Następnie odpowiedział na kilka pytań, na przykład:
 "Dlaczego koty lubią mleko?" czy "Dlaczego psy nie lubią kotów", a także wysłuchał szczerych wyznań "A ja też mam kotka!".
Grzecznie słuchają

Potem dzieci zaprezentowały pisarzowi piosenkę o kotku (urocza), a na koniec wręczyły samodzielnie wykonaną, narysowaną i pomalowaną książeczkę (aż mi szkoda, że nie podejrzałam, jak wygląda w środku).
Zdjęcie ze strony Miejskiego Przedszkola nr 17
Dzieci powędrowały na trawkę (a pogoda piękna!), a pan Waldemar zasiadł do podpisywania książek. Rodzice mogli sobie wcześniej zamówić egzemplarz. Każdy tom został opatrzony dedykacją i ostemplowany świetną pieczątką :)

Pieczątka z kocią łapką - ładna, prawda?
Na koniec pozowaliśmy do zdjęć - dzieci będą miały świetną pamiątkę oprócz książki.
Waldemar Cichoń, Krzyś, Marianka i ja

Udało się znakomicie. Cieszę się bardzo :) Dziękuję, panie Waldemarze!
Pani Aniu, dziękuję również!

Więcej zdjęć można obejrzeć na stronie przedszkola Miejskie Przedszkole nr 17

czwartek, 22 maja 2014

"Czerwony buk" Maeve Binchy - ku pokrzepieniu serc


Binchy znam już z "Nocy deszczu i gwiazd", miłej i mocno emocjonalnej powieści. Toteż bez obaw sięgnęłam po audiobooka "Czerwony buk". Hm, dziwnym trafem słuchanie początkowo zupełnie mi nie szło, wkradały się przerwy, krótkie, długie, jeszcze dłuższe... Po dłuższych przerwach trudno było na powrót wejść w powieściowy świat. Ale przypilnowałam sama siebie i dokończyłam powieść.

"Czerwony buk" to opowieść o ludziach z małego irlandzkiego miasteczka Shancarrig. Autorka kreśli wątki: a to księdza świeżo przybyłego na probostwo i jego romansu, a to zakochanej w nim nauczycielce, a to grupki uczniów (każdego oddzielnie), którzy właśnie skończyli szkołę w Shancarrig i wydrapali swoje imiona na korze czerwonego buku rosnącego na dziedzińcu szkoły (już wiadomo, skąd tytuł).

Wątki się splatają, rozplatają, słuchałam sobie o smutkach i radościach dnia powszedniego, a także o wielkich życiowych dramatach. Śluby, pogrzeby, narodziny, choroby, tajemnice. Binchy z tych wątków tka obraz Shancarrig, początkowo realny, pod koniec już mniej, bo wszystkie historie kończą się szczęśliwie - co w prawdziwym życiu po prostu się nie zdarza, ot statystyka. Krzepi serca znakomicie. Do tego Irlandczycy zdają mi się bardzo podobni do Polaków w usposobieniu, zaletach i przywarach.

Czyta Blanka Kutyłowska, bardzo miły głos. 

Podobało mi się i polecam.

środa, 21 maja 2014

Mój rok z ŚBK


Dziś ŚBK przedstawia kolejny - i już ostatni - post tematyczny. Ostatni, ale to to wcale nie znaczy, że grupa się rozwiązuje czy coś takiego, o nie, NIE. Po prostu zakończył się ten cykl. Post jest z gatunku podsumowujących.
Zastanawiałam się, jak zgrabnie wyrazić moje odczucia na temat ŚBK. Zgrabnie nie umiem, będzie zgrubnie.

OTÓŻ GRUPA ŚBK JEST ZAJEDWABISTA!

I na tym można by właściwie zakończyć, ale palce mnie świerzbią, by pochwalić się osiągnięciami.

Wyjątkowo dobrze oceniam to, że mieliśmy swój kawałek podłogi na Targach Książki w Katowicach, czyli panele dyskusyjne.


Kolejny wystrzałowy pomysł to nawiązanie współpracy z księgarnią Victoria w Zabrzu (zrujnuje mnie ta księgarnia kiedyś, nic tylko składam zamówienia), zaowocowało to całą masą imprez.


Wymiana książkowa - znakomity pomysł i należy to powtórzyć.


Spotkanie autorskie z Magdaleną Witkiewicz - to spotkanie pociągnęło za sobą szereg zdarzeń superprzyjemnych, nawiązałam bliższy kontakt z autorką, dostałam od niej dwie książki, a teraz obserwuję, jak się włóczy po Wietnamie. Do tego ośmieliło mnie to do zorganizowania na własną rękę spotkania autorskiego w przedszkolu mojego synka, ale to dopiero jutro, więc sza, nie zapeszam.


Jednak najważniejsza jest ta nić porozumienia między członkami grupy, to, że się rozumiemy, wspieramy, podrzucamy wzajemnie książki, wymieniamy pomysłami. Dla mnie to bardzo ważne. I chociaż nie byłam z ŚBK całego roku (rok temu w tym czasie byłam zajęta operacją i rehabilitacją Marianki, dołączyłam nieco później), to jestem z grupą mocno związana i zamierzam dalej działać, angażować się i tak dalej. To dla mnie frajda.


Dziękuję wam, blogerki i blogerzy ze Śląska.

wtorek, 20 maja 2014

Urodziny księgarni "Victoria" - bardzo udana impreza!

W niedzielę księgarnia "Victoria" w Zabrzu obchodziła pierwsze urodziny. Wybraliśmy się całą rodziną, po pierwsze i najważniejsze - żeby odebrać nagrodę konkursową, a po drugie, żeby uatrakcyjnić sobie niedzielę. Bo cóż tam się działo! Głośne czytanie, muzyka na żywo (kapela w sombrerach), quady i motocykle, które można było pomacać, baloniki, malowanie buzi dzieciom, kolorowanki, parada motocykli ulicą Wolności! Sporo, prawda? Zdjęcia można zobaczyć tu. Moje dzieci zaś zawiesiły się dwa piętra wyżej, gdzie można pobawić się zabawkami Playmobile. Do upadłego :)

Jeśli chodzi konkurs, to proszę, jaki stos wygrałam:
Ponieważ już moja mama dzwoniła i pytała, co to za książki, wymieniam:
- "Dziewczyny z Ames" Jeffrey Zaslow
- "Ostatnie kuszenie" Val McDermid
- "Niewidzialny morderca" Lene Kaaberbol, Agneste Friis
- "Zasługa nocy" Mateusz M. Lemberg
- "Kołysanka polskich dziewcząt" Dagmara Dominczyk
- "Suflet" Ask E. Parker
- "Handlarz ksiąg przeklętych" Marcello Simoni
- "Ostre cięcie" Max Allan Collins
- "Trio z Plainview" Edward Kelsey Moore
- "Jak zostałem premierem" Robert Górski

Dzieci moje zaś dostały po misiu, miś Marianki nazywa się Wiktoria, a miś Krzysia to Wiktor.

Ach, nie napisałam, za co ta wygrana! Za zdjęcie w tematyce sleeveface, oto ono:
A jak chcecie zobaczyć więcej zdjęć, to klik na link - bibliotekarki z Piekar Śląskich zrobiły super zdjęcia!

niedziela, 18 maja 2014

"Esencja" Grzegorz Janusz i Krzysztof Gawronkiewicz - CUDO!


Jak ja lubię, gdy znienacka trafiają mi w ręce takie perełki! Komiks przywędrował do mnie z wielką paką komiksów od kolegi kolegi (pisałam o tym tu). Jakoś nie zachęciło mnie to wielkie, przekrwione oko na okładce, ani pokancerowany szczur na ramieniu, ale otworzyłam komiks myśląc sobie - to no zobaczymy, co to jest. Wpadłam jak śliwka w kompot. Autorzy kupili mnie błyskawicznie - na czwartej stronie natknęłam się na rysunek, który jest po prostu genialny i w pomyśle i w wykonaniu. Czołem biję!

Podtytuł komiksu brzmi "Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona". Co to za osoby? Otto Bohater jest detektywem, ma biuro w zapyziałej norze na ulicy Kusej w Warszawie, Watson to jego towarzysz, biały szczur, wyjątkowo inteligentne zwierzątko. Do biura Ottona zgłasza się... nie, nie piękna kobieta (a już myślałam, że będzie jak w klasycznych kryminałach noir), zgłasza się starszy mężczyzna z powodu śmierci brata bliźniaka. I tu kolejne zaskoczenie - klient wcale nie chce wiedzieć, kto zabił, ba, ba nawet nie sugeruje, że śmierć była dziełem osób trzecich. On chce wiedzieć, JAK brat umarł, ponieważ on chce umrzeć w dokładnie taki sam sposób. Otton bierze tę sprawę i rusza w miasto.

Już widać na tych dziesięciu początkowych stronach, że autorzy uwielbiają bawić się gatunkami, schematami, rozwiązaniami fabularnymi. Że, jak w klasycznym kryminale, podrzucają czytelnikowi tropy i poszlaki, ale jednocześnie wodzą go za nos, bo ślady są tak niejasne, że tylko Otton potrafi je  rozszyfrować.

Wszystko to narysowane jest kreską, która w ogóle mi się nie podobała! Jakaś taka rozedrgana, chwiejna, szczurek wyliniały, detektyw skacowany, Warszawa brudna i nieporządna z obdrapanymi murami. Czyli taka odwrotność różowych okularów. Ale to tu pasuje! Kadry pasują do treści i już nie chcę innych, ładniejszych czy wygładzonych, tu wszystko jest dopasowane do siebie i tworzy zamkniętą całość. Idealną. Perfekcyjną.

Szczerze i uczciwie muszę przyznać, że nie wątkiem kryminalnym autorzy mnie przekonali do tej pozycji, tylko postacią Aptekarza:
"Aptekarz był genialnym tłumaczem. Zamieniał związki frazeologiczne na związki chemiczne".[1]

Kadr  ze strony http://www.komiks.gildia.pl/. Napoje to "Ubik", Solaris", "Wehikuł czasu" z terminem ważności na maj 802701r, "Czerwone i czarne" (przed użyciem wstrząsnąć), "Pachnidło" i "Mechaniczna pomarańcza".

"Wypijasz litr literatury i znasz treść. Wielka oszczędność czasu i nerwów".[2]

Sama  wymyśliłam "Akademię pana Kleksa" Brzechwy w gustownym kałamarzu, "Pannę z mokrą głową" Makuszyńskiego w szamponowym opakowaniu, "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Haska w kuflu od piwa, koniecznie z pianką na trzy palce, no i "Lód" Dukaja w termosie. Ktoś coś dorzuci?

---
[1]"Esencja", scenariusz Grzegorz Janusz, rysunek i kolor Krzysztof Gawronkiewicz, Mandragora, Warszawa 2005, s.3
[2] Tamże, s.4