piątek, 31 lipca 2009

Wzięte z podaja

"Alienista" Caleb Carr. Ach, kiedyż ja uporządkuję swój katalog?!

"PiT" Jacek Bierut


Długo szukałam tej książki, oj, długo, ale w końcu udało się.
Przeczytałam szybciutko i okazało się, że dość trudno mi tę powieść zaklasyfikować. Ni to kryminał, ni to powieść współczesna, ni to psychologiczna, zahacza odrobinę o klimaty baśniowe, choć to nie baśń, ale te niezwykłe dzieje bohaterów, tak niezwykłe, że aż nieprawdopodobne.

Główny bohater pierwszej części, pod tytułem „Pau”, Marek, jest zwykłym, szarym człowiekiem, żonatym, dzieciatym, wprzęgniętym w kierat codziennego życia: dom, praca, dom. Wędruje wciąż tymi samymi drogami, spotyka tych samych ludzi. Aż nagle wyskakuje z tej wydeptanej przez siebie ścieżki, bo w drodze do pracy nie spotyka biegacza, którego widział codziennie idąc do pracy. I to był ten kamyczek, który uruchomił całą lawinę. Bo Marek, pchnięty irracjonalnym impulsem, zaczyna biec, chcąc wynagrodzić światu, a może sobie, brak stałego elementu porannego krajobrazu, jakim był biegacz. I od tego wszystko się zaczyna. Wszystko, czyli to, że Marek - podsłuchawszy rozmowę osiedlowych blokersów - próbuje pomóc pewnej dziewczynie imieniem Paulina; to, że trafia do bardzo dziwnego mieszkania, gdzie jest seksualnie wabiony i nęcony; to, że ucieka, ratując zdrowie i życie (kolejność obojętna, on sam nie wie), przez ogródki działkowe Wrocławia; to, że spotyka kolegę z dawnych lat, trochę pomylonego z miłości. Nie, nie zdradzam tu fabuły, gdyż jest ona tak misternie wpleciona w powieść, że nie da się zamknąć w paru słowach, ba, w paru zdaniach nawet bym nie zdołała.

Bo jest jeszcze część druga, pod tytułem „Tony”, a Tony to tenże biegacz właśnie, przez którego Marek wpadł w tak rozliczne tarapaty. To niespełniony muzyk jazzowy, on z kolei chce pomóc innej kobiecie, okazuje się, że ta kobieta jest związana z Markiem, pojawiają się kolejne osoby i nagle uświadamiamy sobie, że to wszystko jest ze sobą ściśle związane jak włóczka w sweterku.

Jacek Bierut bardzo ciekawie wpisał się w światek młodych polskich pisarzy, po swojemu, nie naśladując nikogo (co prawda mogłabym wymienić parę nazwisk, z którymi mi się kojarzą niektóre z elementów powieści, ale tego nie zrobię, bo to by mogła być moja nadinterpretacja, zresztą, on tego nie potrzebuje, naprawdę). Tworzy słowami bardzo specyficzny klimat, doskonale oddaje zarówno język żulerii, bajania chorego z miłości, jak i wewnętrzne przemyślenia – wszystko to jest tak autentyczne i mocne, jak poranny błysk słońca pod powiekami. Wiele razy łapałam się na tym, że jakieś zdanie, jakiś akapit uderzył mnie mocno, aż zatrzymywałam się w rozpędzie czytania i zastanawiałam się chwilę, zanim mogłam czytać dalej.
Bierut jest laureatem nagrody Fundacji Kultury w konkursie „Promocja najnowszej literatury polskiej” - moim zdaniem całkowicie zasłużenie.

No i Wrocław Bieruta jest moim zdaniem dużo ciekawszy niż Wrcoław Krajewskiego.

czwartek, 30 lipca 2009

"Balsam dla duszy miłośnika kotów"


Wyprawa do Empiku w poszukiwaniu „PiTa” Bieruta zaczęła się od tego, że nauczona doświadczeniem podreptałam od razu do punktu informacyjnego, żeby o to zapytać. Pusto. Rozejrzałam się i po chwili bystrym oczkiem wyłowiłam osobę, która wyglądała na przynależną do obsługi, no i miałam rację, tyle że na pytanie o książkę pan zrobił dziwną, nieobecną minę. Aha, ochroniarz. Uprzejmy pan ochroniarz zaoferował się podprowadzić mnie do punktu informacyjnego, wcześniej zeksplorowanego przeze mnie. Dalej nikogo tam nie było. Im bardziej zaglądaliśmy za ladę, tym bardziej nikogo tam nie było. Uprzejmy pan ochroniarz chcąc się wykazać zaciągnął mnie do drugiego punktu informacyjnego, tam za ladą była miła pani, która sprawdzała coś w komputerze dla drugiej miłej pani stojącej przed ladą. Stanęłam za drugą miłą panią i czekam. Uprzejmy pan ochroniarz czekał również, widocznie chciał mieć pewność, że zostanę należycie obsłużona. Czekam. Po dwóch minutach zerknęłam na ochroniarza, on na mnie. Uśmiecham się, on również. Czekam. Po pięciu minutach (miła pani za ladą wciąż coś sprawdzała) znów zerknęłam – ochroniarz twardo czekał razem ze mną, ale uśmiechy oboje mieliśmy już takie jakieś niepewne. Po siedmiu minutach zlitowałam się nad ochroniarzem, który jakoś twardo postawił sobie za punkt honoru czekać na godziwe obsłużenie hipotetycznej klientki i zwolniłam go z posterunku, mówiąc, że ja sobie pójdę do kasy, tam też mają komputery. Uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
Jak było do przewidzenia, komputer w kasie wypluł z siebie bezduszną informację, że „PiTa” nie ma i w ogóle, więc na pocieszenie postanowiłam kupić sobie inną książkę. No dobrze, dział „Nowości”, co tam mają? A! „Dzieci Hurina”! Śliczne wydanie, przekartkowałam, biorę. Ale może by coś jeszcze? Dział „Fantastyka”, co my tu mamy?... Mnóstwo mamy, szybko, brać coś i uciekać, bo majątek stracę, no już, już, Grzędowicz, „Księga jesiennych demonów”, łapię z półki i zmykam, no ale nie dość szybko, bo jeszcze do oczu przykleiła się antologia „Czarnoksiężnicy z krainy osobliwości”, pratchettowa okładka jest wrednym chwytem poniżej pasa, no nieważne, to się okaże później, idę dalej, mimochodem zupełnie ściągam z półki Fforde’a, bo zgubiłam poprzednie egzemplarze. I jakaś kocia mordka na mnie patrzy z okładki, ojej, jaka śliczna. Biorę!
No i okazało się, że to zbiór nawet nie opowiadań, a stronicowych historyjek, pisanych przez posiadaczy kotów, jakie to są śliczne, słodkie, kochane, a czasem nieznośne, a czasem bohaterskie, a czasem takie, siakie i owakie i w ogóle. Sierść mają i łapy, przeważnie cztery; ogon, czasem nie; mruczą, przeważnie śpią na głowie opowiadaczy, no i tyle. Słodki bełkot dla naiwnych.
Stanowczo nie polecam.
Tych „Balsamów” jest więcej, dla psów, dla nastolatków, dla matki i córki, dla kobiety. Będę się starannie wystrzegać i wam też radzę.
ps. Jak już płaciłam (o zgrozo, ten debet) za książki, to miła pani za ladą dalej sprawdzała coś w komputerku dla miłej pani przed ladą.

środa, 29 lipca 2009

Tadeusz Baranowski

Starannie kompletowany zbiorek jego komiksów pożyczyłam chen, bo się zgadałyśmy na spotkaniu biblionetkowym, że lubi, a ja mam. A że nasz wspólny znajomy będzie się z nią widział niebawem, to poprosiłam, żeby podskoczył i zabrał paczuszkę dla niej, te komiksy są idealne na poprawę humoru. W skład paczuszki wchodzą:
- "Antresolka profesorka Nerwosolka" (podwójnie, jeden egzemplarz bez okładki),
- "Ecie-pecie o wszechświecie, wynalazku i komecie" (w dwóch częściach),
- "Podróż smokiem Diplodokiem",
- "Przepraszam, remanent",
- "Orient Men - forever na zawsze".
I powiem wam, że takie kawałki jak ten, że opowiem wam teraz dowcip o gąsce Balbince, czy też "czy słyszysz szczęk tych szczęk?" albo jak Entomologia robi profesorkowi mostek kapitański, to się nie zapomina, mimo sklerozy, na wieki wieków amen.

wtorek, 28 lipca 2009

"Przechodzimur" Marcel Ayme


Zbiór opowiadań dziwnych. Czemu dziwnych? Takie opowiadanka , piszą, że to fantastyka, ale taaaaka wczesna. Nic dziwnego, autor pojawił się na świecie w 1902 roku.

Weźmy sobie niezwykłe jakieś możliwości, ubierzmy w to zwykłego człowieka i zobaczmy, jak się zachowa. Więc i jakieś aspekty psychologiczne się pojawiają.

Takie opowiadanie: "Sabinki" na przykład. Jedna Sabina - ale ma dar wszechobecności, może pojawiać się w wielu osobach w wielu różnych miejscach. Więc, po pierwszych oporach, Sabina upaja się rozdzielaniem, Sabinek jest sześćdziesiąt pięć tysięcy, korzystają (korzysta) z życia do maksimum.

To takie zachęcające, używać życia.

A potem...

Nie. Nieładnie zdradzać zakończenie.

poniedziałek, 27 lipca 2009

"Inny świat" Tad Williams


Swego czasu pochwaliłam się wśród znajomych, że fajną książkę przeczytałam, Tada Williamsa, pod tytułem "Pieśń Łowcy", no i zaraz zostałam znokautowana krótkim pytaniem "a Inny Świat czytałaś"’, "nie" – mówię, "nooooo... Agnes...." - z dezaprobatą.
No i tak właśnie pytający pożyczył mi do przeczytania cykl. Po otrzymaniu przesyłki ugięłam się pod ciężarem – cztery spore tomy, co jeden to grubszy i cięższy i więcej ma stron.
Budowa powieści jest prosta, gdzieś wyczytałam, że to się nazywa budowa szkatułkowa, a może to nie tego dotyczyło? Ach, ta moja skleroza, nieważne, w każdym bądź razie akcja toczy się w VR (czyli Virtual Reality). Weszli, wyszli, pomiędzy jednym a drugim mieli mnóstwo przygód i tyle. Tylko tyle i aż tyle, bo naprawdę powieść jako całość bardzo mnie urzekła. I wciągnęła. Wsysła. Jak bagno, he, he.
Uczciwie się przyznam, że nie wiem, do jakiego gatunku zaliczyć cykl, bo niby cybercośtam, ale jednak nie do końca, bo za dużo epickiego rozmachu. Bohaterów jest tam sporo, całkiem głównych, ale zaczyna się wszystko od Renie, akademickiej nauczycielki, która szuka w sieci odpowiedzi na to, dlaczego jej młodszy brat zapadł w śpiączkę. Pomagają jej znajomi i nieznajomi, ludzie, których poznała w VR. Spotyka tam też wrogów. Przyjaciele się wspierają, ale zdarza się, że wśród grona zdawałoby się zaufanych osób znajdzie się jakaś czarna owca zdrajczyni.
Rzecz cała rozrasta się jak dobrze podlewane dzikie wino – w każdą stronę. Już nie chodzi tylko o małego chłopca w śpiączce, tylko o tysiące dzieci w śpiączce, o ogromny trust potentatów finansowych świata, o zagadkowe śmierci, sieć wirtualną opartą na nieznanym i potężnym systemie... Wątków jest mnóstwo, w książce roi się od przygód i niespodziewanych zwrotów akcji. Podobało mi się bardzo i polecam mocno, z całych sił.

niedziela, 26 lipca 2009

Żeby się nie pogubić

Bo i tak rozgardiasz mam na półkach nieziemski... Oddałam właścicielom: - Firmin - Marten - Tartaren - Piekło pocztowe - Baśnie z 1001 nocy Pożyczyłam do przeczytania komuś: - Bromba i inni - Maciej Wojtyszko - O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i Kucharce Pelasi - Ewa Ostrowska - Więcej niż człowiek - Theodore Sturgeon (było tego więcej, ale w międzyczasie mi oddano) Pożyczyłam do przeczytania od kogoś: - Łups - Nacja

piątek, 24 lipca 2009

"Żmijowa harfa" Anna Brzezińska


Brzezińskiej saga o Twardokęsku jest odrobinę podobna do Malazjańskiej Księgi Poległych. Mamy grupkę bohaterów, miotanych wichrami dziejów (nie, nie namiętności), wędrujących to tu, to tam. Mamy też bogów, którzy są co prawda spersonifikowani, ale niezbyt ludzcy i niezbyt sympatyczni. Mamy wielość miejsc akcji, przeskakujemy na kartach książki od śledzenia losów Szarki noszącej obręcz bogini do klasztoru innej bogini, oglądamy miasta, karnawał, wstawki z losów jakichś pomniejszych postaci, ślub, tortury, rozmyślania Twardokęska i tak dalej. Mamy to wszystko, opisane z wielu perspektyw, coraz to i ktoś inny jest narratorem. Oglądamy ten skomplikowany, zróżnicowany świat z wielu perspektyw.
Opisane jest to pięknym językiem, stylizowanym na staropolski. Trochę się trzeba do niego przyzwyczaić, ale jak już to się stanie, wchodzi jak po maśle.
Niby jest wszystko, co by mogło składać się na dobrą powieść. I bardzo możliwe, że tak jest, ale nie dla mnie. Bardzo mi przykro, ale kompletnie całość do mnie nie przemówiła. Ba, to jest tom drugi sagi, tom pierwszy „Zbójecki gościniec” przeczytałam kiedyś tam i całkiem, ale to całkiem zapomniałam o czym był. W połowie tomu drugiego zaczęłam sobie słabiutko przypominać postać Szarki, a zasadzie bardziej to, co nosiła na głowie...
Nie wiem, co jest nie tak, że pierwsza część sagi tak konsekwentnie nie zapisała się w mojej pamięci, a część druga już zaczyna iść w ślady pierwszej. Naprawdę nie wiem.

Żmijowa harfa [Anna Brzezińska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 23 lipca 2009

Siostrzenice i bratanice

Przy przekładaniu z półek na półki siostrzenice wydłubały sobie: - "Kod Leonarda" i "Cyfrową twierdzę" - "Opowieści z Narnii", wszystkie siedem tomów - "Kobieta za kierownicą" Groszovej - "Przedwiośnie" i "Lalkę" - "Łatwe gotowanie" Ramsay'a - "Pielęgnowanie zdrowia i urody" - kalendarz "Przyjaciółki" z lat '80 - rocznik "Przekroju" Ten "Kod Leonarda" był czytany na bieżąco podczas pobytu i podczas jazdy do domu (mąż odwoził), toteż wrócił prędziutko i zaraz, razem z "Cieniem wiatru" powędrował do bratanicy.

wtorek, 21 lipca 2009

"Lala" Jacek Dehnel


Moje spotkanie z panem Jackiem zaczęło się od Teleekspresu. W któryś dzień tygodnia jest kącik literacki i polecają to i owo oraz tego i owego autora pokazują. Zdarzyło się więc, że zobaczyłam szczupłego, miłego facecika w okularach z książką w ręku. Powiedział kilka słów o swoim dziele sympatycznym głosem i zniknął. Z ekranu, oczywiście, nie na zawsze. No i zapomniałam.
Ale kiedy udałam się od Empiku celem nabycia kilku kilogramów literatury, przypomniałam sobie o miłym faceciku i o dziwo, pamiętałam nawet, jaki tytuł nosiła jego książka. Szast prast, z półki w Empiku na półkę u mnie, sięgnęłam, poczytałam i powiem: fiu fiu.
A teraz tłumaczę czemu fiu fiu. Otóż ja generalnie na tych nowych, młodych, polskich pisarzach nie znam. No, Masłowska i ci od s-f to jeszcze, ale to wyjątek, natomiast tych od literatury pięknej i/lub popularnej no nic, serio. Może się zraziłam, jak mi wpadł Shuty w ręce (zaraz ze wstrętem wypuściłam i z obrzydzeniem wytarłam ręce w spodnie), a może jeszcze co innego. Natomiast książka pana Jacka jest przemiła.
To książka o jego babci – od dzieciństwa zwanej Lalą. Babcia opowiada o życiu, a wnuk słucha (czasem po wielokroć tych samych opowieści), by to potem spisać. Spisać trochę tak, jak babcia mówi, wielowątkowo, dygresyjnie, kwieciście, a trochę próbuje to uporządkować, by czytelnik nie zgubił się jednak w tej chronologii ze szczętem. Tu zaznaczy „jeszcze do tego wrócimy”, potem napomknie „a teraz będzie o tym, co to pisałem, że do tego wrócimy”. Całość opowieści przeplata się z obserwacją schyłku życia babci, i tak to się toczy: tu życie Lali opowiadane, do przodu i do przodu, tu życie Lali przeżywane, do przodu, choć z coraz większym trudem.
To piękna opowieść i pięknie napisana. Wspomnienia kobiety energicznej, pięknej i żyjącej pełnią życia kobiety przefiltrowane przez wnuka pisarza są jak tkany starannie gobelin, kolorowy, bogaty i dopieszczony w każdym calu.
Dehnel naprawdę pięknie pisze. Gładko, nienachalnie, sympatycznie. Jestem pełna uznania dla jego warsztatu.
A tak jeszcze na koniec mi się nasunęło: iluż z nas ma/miało starsze osoby w domu, ze swoimi opowieściami? Póki one były, były i opowieści, częstokroć tak często powtarzane, że aż nużące. Zabrakło osób (babć, dziadków, ciotek, wujków), znikły i ich historie, nigdzie nie spisane, nie uwiecznione, powoli zacierające się w naszej pamięci. Ech, przepadło w mrokach dziejów i czegoś żal. Jacek Dehnel umiał uchwycić to, co już już miało przepaść w tychże mrokach i jemu na pewno nie żal. Podziwiam.

Lala [Jacek Dehnel]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 20 lipca 2009

"Kocia kołyska" Kurt Vonnegut


Gazeta Wyborcza w swej dobroci do kolekcji literatury XX wieku dołożyła również Kurta Vonneguta. Nie wiem, czym się kierowano, wybierając tę właśnie powieść, ale w sumie to mało ważne – nie potrafię wartościować jego powieści i nie umiałabym wybrać tej jednej z wielu i postawić jej na podium.
„Kocia kołyska” jest, jak wszystkie książki Vonneguta, trochę odjechana, trochę surrealistyczna, trochę magiczna.
Zaczyna się od zamiaru napisania książki przez Jonasza - bohatera/narratora (masz ci los, znowu książka w książce! ), zawierającej wspomnienia ludzi z dnia, w którym wybuchła pierwsza bomba atomowa nad Hiroszimą. Wiecie, to coś podobnego, jak dzień, w którym zabito JFK.Żeby zebrać materiały do książki, Jonasz kontaktuje się z dziećmi profesora Felixa Hoenikkera, ojca bomby atomowej. Gdyby książka została napisana, świadectwo jego dzieci miałoby sporą wartość. No, ale akcja powieści tak się toczy, że przestaje to mieć znaczenie.
Nabiera za to znaczenia spuścizna Hoenikkera, wynalazek lodu-9. Nabiera znaczenia wyspa San Lorenzo wraz z jej bogatą historią podbojów i przejęć. Nabierają znaczenia młodzi Hoenikkerowie: Newton, Angela i Frank. Nabiera znaczenia najpiękniejsza dziewczyna świata Mona. Sam narrator też nabiera znaczenia. Wszystko staje się nagle niezwykle ważne, niezwykle istotne, a potem mamy duże BUM i ludzkość przestaje istnieć. Vonnegut uwielbia to robić, unicestwiać ludzi (jako społeczność) z przeróżnych powodów (no dobrze, te powody są dla mnie nieco niejasne) i na najprzeróżniejsze sposoby. Jakby tak przypatrzeć się na zimno, można odnieść wrażenie, ze Vonnegut nie lubi ludzkości jako takiej, nie lubi społeczeństwa, a cały dorobek cywilizacyjny jest dla niego płytki i miałki.
Mówi o tym rozdział księgi Bokonona... no tak, ale aby przytoczyć co nieco, muszę wyjaśnić, że Bokonon to twórca religii panującej niepodzielnie i w tajemnicy na San Lorenzo. To taki zlepek obojętności, wrażliwości, stoicyzmu i cynizmu. Ot, wymyślona religia. Ale autorowi się podoba, a to jest najważniejsze, , bo jak jemu się podoba (w końcu sam ją wymyślił, nie?), to potrafi tak o tym pisać, że i nam się podoba.
Ale o czym to ja?... Prawda, o rozdziale.
Tytuł rozdziału brzmi: Jaką nadzieję na przyszłość może mieć ludzkość w świetle swoich dokonań na przestrzeni ostatniego miliona lat?
Treść: Żadnej.
I taki właśnie jest Kurt. Swoim stylem, krótkimi zdaniami, mocno postawioną kropką czy wykrzyknikiem przekonuje nas, że społeczeństwo jest do bani. Na szczęście po skończeniu książki nie ma się ochoty rzucić w diabły wszystkiego, bo wyczuwa się w tym jego pisaniu porozumiewawcze przymrużenie oka, ironię, autoironię i potężny dystans do świata.
Tak już na koniec: wynalazek lodu-9, skuwającego planetę w mroźny klejnot, przyprawia mnie o dreszcz zachwytu i przerażenia.
Jeszcze jedno: kocia kołyska to ułożenie sznurka na palcach i takie go skrzyżowanie, by powstała kołyska i kot w niej. Miau.Widzieliście kiedyś coś takiego? Widzieliście kołyskę? Widzieliście kota? Czy tylko poplątany sznurek na palcach? Kocia kołyska to blaga. Kropka.

niedziela, 19 lipca 2009

"Gringo wśród dzikich plemion" Wojciech Cejrowski


Do przeczytania tej książki zbierałam się od dawna. To przez telewizję i programy "Podróże z żartem" i "Boso przez świat". Przez pierwszy z nich sięgnęłam po książki Pawlikowskiej, drugi zadecydował o tym, że kupiłam ?Gringo?. Powiem szczerze, że do samej osoby Cejrowskiego podchodziłam z rezerwą, gdzieś tam w pamięci było wspomnienie "WC Kwadransa", człowieka wrzeszczącego i walącego kubkiem o stolik. Jakoś mi to wspomnienie nie podchodziło. Po obejrzeniu paru odcinków "Podróży z żartem" też patrzyłam podejrzliwie - przyszedł na bosaka, w ręku dziwny kubek z Bóg wie czym. Ale po obejrzeniu paru odcinków "Boso przez świat" dowiedziałam się, dlaczego na bosaka. Co jest w kubku, dalej nie wiedziałam.
Dowiedziałam się po przeczytaniu książki. Książki pisanej z werwą, pasją i humorem. Nie oszukujmy się, humor jest wybitnie podobny do pratechettowego, ale do tego się Cejrowski przyznaje bez ogródek w treści, więc już wiemy, skad tyle ponumerownych odsyłaczy, odsyłaczy do odsyłaczy oraz gwiazdek, gdzie swoje trzy grosze wtrąca Tłumacz. Skąd tłumacz, skoro autor jest Polakiem? Ano stąd, że książka powstała na podstawie wspomnień spisywanych na bieżąco, w językach: polskim, angielskim, hiszpańskim. Powiem wam, że historie opisywane w książce naprawdę wciągają (1 dzień mi to zajęło, nawet niecały), tchną autentyzmem, są naprawdę ciekawe, do tego zgrabnie ilustrowane fotografiami (np. jak Cejrowski jadł pędraka, wiecie, taki tłusty biały z czarnym łebkiem, ugh, potworność). Summa summarum, serdecznie polecam, ja z pewnością kiedyś skuszę się na drugą jego książkę podróżniczą "Rio Anaconda".
PS. Aha, w kubku jest yerba mate. PS2. Tłumacz nie istnieje.

sobota, 18 lipca 2009

"Kłania się PRL" Stefania Grodzieńska


Książkę kupiłam sobie właściwie przypadkiem. Wchodzę sobie do księgarni w poszukiwaniu czegoś innego, a tu niebieska książka, a na okładce traktorzystka z twarzą pani Stefanii. Co mi tam, mówię sobie, zajrzę. Zajrzałam - jeden felieton: cudo, uśmiałam się, drugi: to samo. Biorę, jasne, że biorę!
Nie pamiętam dokładnie czasów PRL (ach, pamięć już nie ta), ale klimat wszelkich niedorzeczności charakterystycznych dla tego okresu jest znakomicie oddany. Grodzieńska z humorem opisuje scenki ze sklepów, teatrów, biur i urzędów, wychwytując z talentem wszelkie absurdy życia codziennego. I jest śmiesznie, jest zabawnie... aż w końcu robi się gorzko. Dlaczego? Bo śmieję się z czegoś, co kiedyś było normą, to, co teraz wydaje się zabawne, było trudną codziennością, te wszelkie zakazy, nakazy, idiotyczne przepisy. A jak już się dojdzie do rodziału opisującego relacje "ona i on" - to już nawet kurzu nie ma co zdmuchiwać, bo wiele się pod tym względem nie zmieniło...
Oj, umie pani Grodzieńska trafić do czytelnika.

wtorek, 14 lipca 2009

"Góra duszy" Gao Xingjian


Powiem szczerze - z trudem przebrnęłam przez ww pozycję. W pewnym momencie złapałam się na tym, że czytam już tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy dam radę. Nie chciałam, by książka mnie pokonała. Choć usilnie próbowała - wielokrotnie nad nią zasypiałam. Mąż mnie zapytał - o czym to jest? Wzruszyłam ramionami. Nie zrażony, ciągnął dalej - a jaki gatunek: sensacyjna, obyczajowa, historyczna? Ponownie wzruszyłam ramionami, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Bo to takie niewiadomoco. Urrraaaabuuuraraauummm - jak by powiedział Tygrysek.
Merlin pisze: Góra duszy to odyseja w czasie i przestrzeni poprzez prowincjonalne Chiny, relacja z jedynej w swoim rodzaju wędrówki, w której realność splata się z fikcją, przeszłość z teraźniejszością, a konkret z metaforą. Ta epicka, pikarejska powieść skrzy się olśniewającymi epizodami - historiami z dziejów starożytnych Chin, baśniami ludowymi, wspomnieniami z czasów dzieciństwa i rewolucji kulturalnej, rozważaniami filozoficznymi, pełnymi namiętności scenami erotycznymi - i jak żadna inna oddaje różnorodność i bogactwo życia. W 2000 autor otrzymał literacką Nagrodę Nobla za dzieła o uniwersalnej wartości, gorzkiej wnikliwości i językowym geniuszu, które otworzyły nowe ścieżki dla chińskiej powieści i dramatu.
I nie wiem, czy ta kultura, mentalność chińska jest aż tak odmienna od naszej, że tak trudno znaleźć nić porozumienia? Nie znalazłam, a wzmianka o Noblu zaskoczyła mnie kompletnie. Opowieści, epizody, czasem kompletnie z sobą nie związane, trochę tego, trochę owego. Jakoś nie umiałam wyszukać czegoś dla siebie, no może czasem, jakieś zdanie, jakiś akapit, ale to trochę mało. Dodatkowo autor stosuje dość dziwną technikę rozdzielenia narratora "ja" na "ja", "ty", "ona" i "on". Gubiłam się.
No cóż. Jeśli ktoś chce się się zmierzyć z tak wyrafinowaną lekturą, to proszę bardzo.

poniedziałek, 13 lipca 2009

"Kościarz" Luke Rhinehart


Ten tytuł wykluł mi się z polecanek typu "znajomy znajomemu mówił, że fajne". To historia lekarza psychiatry, który odkrywa, że kości, takie zwykłe, do gry, mogą kierować jego życiem. Kostka ma sześć ścianek, toteż bohater siada, wymyśla sobie sześć różnych działań, jakie ma podjąć, rzuca kostką i spełnia życzenie kości. Prosty i urzekający pomysł - przerzucić odpowiedzialność za wszelkie podejmowane decyzje na bezduszną kostkę z plastiku, a samemu cieszyć się (lub martwić) konsekwencjami tych decyzji. Tylko że z całkiem niezłego pomysłu wyszła lipa. Moim zdaniem, oczywiście. Dlaczego? Gdyż bohater z jakimś niezrozumiałym zadowoleniem rozwala sobie skutecznie życie. Swojej rodzinie również. Przyjaciołom, pacjentom. Wszystko w imię wyższej konieczności, czyli rzutu małymi sześcianami. Coraz więcej zależy od kości, a coraz mniej od niego - a Luke się z tego cieszy, bo odkrywa "doskonalszą formę świadomości" - niezależną od ludzkich pragnień i popędów. Niezależną? To czemu nader często w opcjach, które daje kościom do wyboru, umieszcza czysto ludzkie, przyziemne seksualne pragnienia? Gwałty, trójkąty, czworokąty, orgie, orgietki. Przewija się też motyw zabójstwa...
Kości stają się bogiem, Bogiem Przypadku, a bohater modli się do nich, czci i wielbi. I próbuje do swojej gry wciągnąć też czytelników. Nieudolnie: "Na szczęście jestem pełen wiary, że kości dokonają dobrego wyboru wydarzeń, a jeśli nie, znudzony czytelnik zawsze może potoczyć kości i pozwolić im wskazać inną książkę na tę noc"(1).
Na początku powieści czytamy: "Moją pasją, zarówno jako psychiatry, jak i kościarza, było zmienianie ludzkiej osobowości. Mojej własnej. Innych. Każdego. Dawać ludziom poczucie godności, radość i szczęście. Przywrócić życiu tę samą świeżość przeżyć, jakiej doświadczamy, kiedy nasze bose stopy zetkną się z ziemią o świcie i widzimy jak promienie słońca przebijają się przez korony górskich drzew niby błyskawica; kiedy dziewczyna podaje nam usta do pocałunku; kiedy pomysł nagle, z pełnym impetem wpada nam do głowy, zmieniając w mgnieniu oka porządek całego świata"(2).
No to mu się nie udało. Piękne zdanie, założenie też szczytne, ale wykonanie nie wypaliło. Nie czytać.
---
(1) Luke Rhinehart, "Kościarz", tłum. Dorota Gałczyńska, wyd. EM, 1997, s. 362
(2) Tamże, s. 14

niedziela, 12 lipca 2009

"Mansfield Park" Jane Austen


Powieść wybitnie rodzinna, ponieważ roi się w niej od sióstr i braci. UWAGA: zdradzam fabułę!
Zaczyna się od tego, że bogatsza część rodzeństwa przyjmuje do siebie na wychowanie córkę biedniejszej siostry. Dziewczątko imieniem Fanny kilka ładnych lat spędza w domu wujowstwa, a gdy dorasta, zakochuje się w swoim przyrodnim bracie Edmundzie. Niestety, ten skłania swe serce ku innej kobiecie, światowej damie przybyłej do sąsiedztwa - Mary Crawford. Jej brat Henry najpierw rozkochuje w sobie dwie siostry Edmunda: Marię i Julię, a następnie próbuje zdobyć samą Fanny. Ta się opiera, stała w uczuciach, więc absztyfikant, rozgniewany odtrąceniem, wywołuje skandal, uciekając z Marią, już zamężną w bliżej nieokreślone miejsce.
Rodzina popada w rozpacz, zgnębiona kompromitacją, po czym... dobrze, dobrze, samego końca już nie zdradzę.
Czytało mi się trochę średnio, ale nie mogłam wybrzydzać, bo byłam na urlopie, z dala od półek z książkami. Średnio przez ten język, ciutkę archaiczny, pełen ozdobników, zawijasów i zakrętasów, sztywny, formalny, och i ach.
Ale tak naprawdę, to, na czym zawiesiło mi się oko, to postacie. Słodka Fanny, nasza bohaterka, stworzenie ze wszech miar delikatne i ciche, a przy tym dystyngowane i wierne swoim przekonaniom. Edmund, obiekt jej westchnień - wrażliwy i uduchowiony pastor, prawy i głęboko moralny.Mary, femme fatale, obyta towarzysko, pewna siebie, elegancka dama, ale zepsuta do cna, a przy tym niebywale czarująca. Jej brat, Henry, podobny do siostry w zepsuciu, łamiący serca kobiet na prawo i lewo, samolubny i popędliwy. Głowa rodziny (tej bogatej), sir Thomas, stateczny, dostojny, mimo niewątpliwej surowości budzący sympatię mocnym i sprawiedliwym charakterem. Jego szwagierka, pani Norris, osoba niezwykle skąpa i bardzo umiejętnie to maskująca, znakomicie wprawiona w krytykowaniu wszystkich wokół i uwielbiająca zwracać na siebie uwagę.
Niezła galeria charakterów.

Mansfield Park [Jane Austen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 11 lipca 2009

"Miasta pod Skałą" Marek S. Huberath


793 strony opasłego tomiszcza, pod ciężarem którego aż się ugięłam, jak sięgnęłam. I pomyślałam - jak ja to będę w łóżku czytać, toż ręce mdleją. I w ogóle, kto to jest ten Huberath? Nie znam!
Zaczyna się nieźle, jak kod Leonarda, którego zresztą nie czytałam, hehe, bo jak piszą we wszystkich netowych księgarniach "Lochy Watykanu kryją wielką tajemnicę" albo "Młody profesor odkrywa w Murze Watykańskim wejście do labiryntu, który prowadzi go w ..." Uch, nudne - myślę sobie. Dlaczego znajomy mi to pożyczył?
Po przeczytaniu pierwszych parunastu stron przestałam w ogóle myśleć. Kompletnie. Czytanie pochłonęło mnie tak kompletnie, że czas przestawał istnieć. Nie, skłamałam, nie czytanie - książka. Książka pochłonęła mnie ze szczętem i nie wypuściła z zaborczych szponów, dopóki nie skończyłam. Tylko źle mi, że nie potrafię tak do końca określić, co zdecydowało o tym pochłonięciu. Wyobraźnia autora? Mistyka? Metafizyka? Bogactwo światów zwyczajnych niby, a niezwyczajnych w szczególności? Nie wiem. Złożoność, wielowątkowość, głębokie przemyślenia ubrane w zwyczajne słowa i dziwne obrazy.
Mniam. To lubię.

czwartek, 9 lipca 2009

Zbyłam kilka książek

- "Jaskinie" Ken Kesey (i tak była taka sobie) - "Impuls" Dick Francis - "Żeglarz na koniu" Irving Stone (wybacz, Bazylu, mogłam zachomikować dla Cię) - "Nie drażnić czarownika" Kir Bułyczow (z małych czarnych zeszytów, miałam podwójny egzemplarz) Robię miejsce na półkach. No bo przyszła pocztą tylko jedna książka "Kot, który się publiczności nie kłaniał" pani Braun. PS. Pamiętać, pamiętać, pamiętać - pożyczyć chen komplet Baranowskiego!

"Śalimar klaun" Salman Rushdie


Myślę, że to nazwisko zna mnóstwo osób. „Szatańskie wersety” swego czasu obiegły świat, a w ślad za nimi poleciała fatma ajatollaha Chomeiniego dotycząca autora. Kojarzycie, prawda? Mimo klątwy wiszącej nad jego głową autor ma się dobrze, pisze dalej, dostał tytuł szlachecki od angielskiej królowej i ma śliczną, młodziutką żonę modelkę. Nie, „Szatańskich wersetów” nie czytałam. Może kiedyś.

W prezencie dostałam „Salimara klauna”. Na początku odsuwałam go na bok – duży, ciężki tom w twardej oprawie. Onieśmielał trochę i zniechęcał. W końcu zebrałam się na odwagę i wrzuciłam do torby pakując się na urlop. A nuż widelec przeczytam wszystkie inne i z braku laku zabiorę się i do tego? – pomyślałam.

Faktycznie, przeczytałam wszystkie inne i zabrałam się do „Salimara”. Przeczytałam pierwszą część, potem drugą, a potem to już nie wiedziałam, którą część czytam, tak mnie pochłonęła (tylko ręce bolały od trzymania ciężkiej książki).

Części jest ogółem pięć, tytułem każdej z nich jest imię postaci z kart książki: India, Bunji, Max, Śalimar klaun i Kaszmira; oczywiście treść jest adekwatna do imienia. Te cztery osoby łączą więzy pokrewieństwa (to nie pomyłka, osób jest cztery, nie pięć, Kaszmira to drugie imię Indii). Zaczyna się od mocnego uderzenia, od morderstwa, kaszmirski szofer zabija ambasadora, świadkiem zdarzenia jest córka ambasadora. I mamy już trzy osoby dramatu: Salimara, Maxa i Indię. Jeszcze Bunji, prawda? Poznamy ją ciut później, to matka Indii, to ona ją nazwała Kaszmirą.

Cztery osoby = cztery filary budowli, jaką jest ta powieść. Przepiękna, skomplikowana, niezwykła. Sięgająca w czasy II wojny światowe, by za chwilę (no, nie zaraz tak za chwilę) przenieść się do Kaszmiru, kiedyś spokojnego urokliwego, a obecnie targanego walkami miejsca. Los Angeles też odwiedzamy po drodze. Oczywiście wszędzie wędrujemy za bohaterami – czasem nas oni irytują, czasem im współczujemy, a czasem zazdrościmy. Strona za stroną odkrywamy ich wzajemne relacje, pełne pasji, zazdrości, miłości – mnóstwo emocji!

Powiem wam, że urzekła mnie ta powieść. Odpowiednio wyważone proporcje pomiędzy losami bohaterów a opisami geopolitycznymi pozwalają i przywiązać się do tej czwórki i z pasją śledzić dzieje Kaszmiru. Piękna, po prostu piękna książka.

Śalimar klaun [Salman Rushdie]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 8 lipca 2009

"Operacja «Sodoma» czyli dziewiąty sprawiedliwy" Jerzy Jurandot

Rzecz cała oparta solidnie o opowieść z Biblii: Sodoma - miasto zepsucia, bezprawia i rozpusty, więc Bóg zsyła do niej swoich posłów, aniołów. Jeśli znajdą w mieście dziesięciu sprawiedliwch - miasto ocaleje, jeśli nie - no to wiadomo. Znany schemat, dziesięciu się nie znalazło, miasto spłonęło wraz z mieszkańcami, ocalał tylko Lot z rodziną.

Ale w książce jest to wszystko przedstawione nie po biblijnemu - tylko zwyczajnie, prosto, ludzko. Wysłannicy boscy są owszem, aniołami, tyle że pobyt w "grzesznym" mieście działa na nich nieco... rozluźniająco. Jeden chętnie łypie okiem w stronę ładnych kobiet, drugi nie stroni od dobrego wina. I szukają, szukają, szukają - tych sprawiedliwych. Szukają sami, próbują nakłonić ludzi, by zgłaszali się sami, by zgłaszali innych. A czas nagli, coraz to nowe znaki ich szef zsyła z nieba... I cóż, zbierają tych prawych z trudem, niemalże naginając kryteria "prawości i sprawiedliwości". Dochodzą do dziewięciu i... (dobra, to sobie przeczytacie, co tam dalej było).

Chciałam się skupić na takiej sprawie. No, na dwóch właściwie.

Raz, bo takie świeckie ujęcie spraw biblijnych rzadko się zdarza - jakby ktoś mógł podać przykłady, byłabym wdzięczna. Nie, "Szata" do tego nurtu się nie zalicza, wg mnie. Bo biblijna bardzo, bardzo, to nie to, o co mi chodzi. Jakby ktoś nie do końca wiedział, o co mi chodzi, to proszę dopytać.

Dwa. Dziewiąty sprawiedliwy był znanym w mieście oszustem, hulaką i zabijaką. Przez to, że miał taką, a nie inną opinię, trochę się go bano, z nim częściej niż z innymi ubijano interesy, zapraszano na popijawy, dawano łapówki. Gdzie tu prawość i sprawiedliwość? - zapytacie. Ano w tym, że tak naprawdę to chłopina był zacny do szpiku kości, tak naprawdę nikogo nie oszukał, bo mu to jakoś inaczej wynagradzał, zarobione pieniądze przeznaczał na cele szlachetne, żłobki, przedszkola, jałmużny. Tylko się z tym krył. A żonę swoję (co to w oczach innych uchodziła za jego nałożnicę) obsobaczył, że go wydała, zdradziła jego prawdziwą naturę. Nie chciał uchodzić za szlachetnego - bo uczciwych mają w pogardzie, wykpiwają, nikt z takim nie chce robić interesów... On był załamany, że utracił złą reputację.

No i teraz powiedzcie - czy teraz nie jest podobnie? Czy czasami nie kryjemy się z tym, że postępujemy uczciwie, bo nie chcemy zostać wyśmiani, wydrwieni, wykpieni? No może i wyważam otwarte drzwi i to jest dla każdego oczywiste - ja jednakowoż silnie uzmysłowiłam sobie to dopiero teraz. I jeszcze muszę to przemyśleć - tak już dla siebie, całkiem dla siebie powyciągać wnioski.

wtorek, 7 lipca 2009

"Przeklęta pierwsza linijka" Jean-Marie Laclavetine


"Z pisaniną rzecz ma się tak jak z bronią: zajmują się nią wszyscy. Adwokaci, sekretarki, masoni, piekarze, krytycy literaccy, duchowni, politycy, agronomowie, panienki z dobrych domów, włóczędzy, a nawet kilku pisarzy. Wszyscy mają do przekazania dobrą nowinę, ważną tajemnicę, hołubią w duszy bezcenną perłę, prawdę olśniewającą i rzucającą na kolana, małą apokalipsę, która pewnego dnia obali czytelnika. Ale najpewniej nie mają mu do zaoferowania niczego."

BIP (Biblioteczka Interesującej Prozy) obiecuje, że się nie zawiodę. W tym przypadku była to obietnica bez pokrycia - liczyłam skrycie na powieść typu "książka o książkach", i tak początkowo jest. Zresztą nawet powyższy cytat na to wskazuje. Niestety, w miarę czytania fabuła rozłazi się w szwach, już nie wiem, czy to kryminał, czy sensacja, czy hybryda jakaś, nic już nie wiem i z książki nic nie pamiętam.
Mogłam sobie darować.
---
"Przeklęta pierwsza linijka" Jean-Marie Laclavetine, Prószyński i S-ka, 2000, s.93

poniedziałek, 6 lipca 2009

Gościa dziś miałam

Kolega z pracy przyjechał mnie odwiedzić (dzięki!) i przy okazji oddał kilka pożyczonych książek. - "Gringo wśród dzikich plemion" Cejrowskiego - "Sprawa Oriona" Clancy'ego - "Wezwanie" Grishama.

"Upadek sombrera" Richard Brautigan


Ciekawy pomysł na książkę. Powieść składa się z dwóch przeplatających się z sobą wątków, przy czym jeden wynika z drugiego. W pokoju siedzi pisarz, próbując sklecić jakieś zdanie w nowo tworzonej powieści. Nie wychodzi, więc wyrywa kartkę z maszyny, gniecie w kulkę i wrzuca do kosza. I od tego momentu akcja idzie już dwoma torami: w koszu na śmieci, gdzie bohaterowie właśnie pisanej powieści ożywają, miasteczko przez nich zamieszkane staje się areną przedziwnych wydarzeń, zapoczątkowanych upadkiem z nieba sombrera (skąd się wzięło, dlaczego jest czarne i lodowato zimne?); drugim wątkiem zaś są losy pisarza, przygnębionego odejściem od niego kochanki - plączą się tu wspomnienia o niej z opisami bezsensownnego miotania się autora, nie może on bowiem znaleźć sobie miejsca jako samotny, opuszczony facet. To, co dzieje się w wyimaginowanym miasteczku, poraża rozmachem. Opis rozruchów, strzelanin, potyczek policji z mieszkańcami jest kolorowy, plastyczny, miejscami okrutny, a miejscami wręcz śmieszny.Tragikomedia! Niezwykła wyobraźnia autora wręcz bucha z kart. A to wszystko w koszu na śmieci - choć przyznam, że akcja tak gna do przodu, że o koszu się zapomina, naprawdę. Podobały mi się te kawałki książki, rysowane mocną, nieco karykaturalną kreską.
Ale wątek pisarza, acz niewątpliwie bardzo osobisty, jest chaotyczny, chwiejny i niezbyt dla mnie zrozumiały. Czyżby to jakaś próba aubiograficznego rozliczenia się z przeszłością? Niestety, nie trafiło to do mnie, a może nie zrozumiałam.
Ps. Sombrero było białe.
I jeszcze cytat z książki:
"W odpowiedzi na odstrzelenie ucha kierowniczce biblioteki miejskiej tłum zaatakował policjanta i dosłownie rozerwał go na strzępy. Ponadto wyciągnięto jego kolegę z samochodu i też się z nim rozprawiono, przed śmiercią zdążył wszakże postrzelić trzy osoby, w tym kierowniczkę biblioteki. Strzelano do niej po raz drugi w ciągu ostatnich pięciu minut.Kula odstrzeliła jej drugie ucho.Miasteczko miało obecnie kierowniczkę biblioteki bez uszu. Mało które miasteczko zniosłoby coś takiego - to nie należało do wyjątków."

niedziela, 5 lipca 2009

"Dwie opowieści o miłości okrutnej" Tanizaki Jun'ichirō


Nie wiem, czy ta książka jest typową przedstawicielką prozy japońskiej, ale muszę stwierdzić, że dla mnie to była przyciężkawa lektura, raz - przez styl, a dwa - przez temat. Należą się rozwinięcia obu stwierdzeń.
Styl, w jakim napisana jest ta książka, jest wyjątkowo kwiecisty, obrazowy, bogaty w rozwinięte, wieloczłonowe zdania. Barokowe - zbyt barokowe jak dla mnie. W gąszczu ozdobnych słówek gubi się gdzieś sens - albo inaczej, trzeba go z uwagą wyłuskiwać. Nie jestem przyzwyczajona do takiego pisania i nie umiałam odnaleźć przyjemności w tym "wyłuskiwaniu". Gdzieś tu jakby była zachwiana proporcja pomiędzy treścią a formą. Temat powieści to miłość - ale miłość trudna, dziwna, zachwiana jakby.
Pierwsza opowieść to historia mężczyzny, który ożenił się nie z ukochaną kobietą, ale z jej siostrą. To nie jest znów tak rzadko spotykana konfiguracja, jak mniemam. Tu jednak siostra, małżonka bohatera, wie o tej miłości, akceptuje ją i popiera całym sercem. Małżeństwo proponuje sama, widząc "usychanie z tęknoty" bohatera, potem aranżuje częste spotkania małżonka z heroiną, a szczytem wyrzeczenia się siebie i swoich pragnień jest dobrowolne nie skonsumowanie małżeństwa. Czyż to nie dziwne? Co dziwniejsze, historia cała relacjonowana jest przez syna z tegoż małżeństwa (a więc miłość platoniczna do szwagierki nie trwała wiecznie), a narratorem i słuchaczem tej opowieści jest jeszcze inna osoba, bliżej nam nieznana, ale pojawiajaca się od samego początku jako osoba romantyczna, którą dziwny impuls wyciąga z domu i przeciąga w miejsce, gdzie może obserwować odbicie księżyca w wodzie. Po przeczytaniu tej opowieści brwi podjechały mi wysoko w górę.
Drugie zaś opowiadanie opisuje losy niewidomej nauczycielki muzyki, kobiety pięknej, utalentowanej, a przy tym wyniosłej, zarozumiałej i wyjątkowo (dla czytelnika, czyli mnie) antypatycznej, oraz jej przyjaciela, mentora, sługi, męża, konkubenta czy też mistrza (bo to się zmieniało na przestrzeni lat), który z miłości do niej dobrowolnie się oślepił, przekłuwając źrenice cienką igłą. Brwi podjechały mi jeszcze wyżej.
Książka zaś powędrowała do biblionetkowiczki na spotkaniu w Babim Lecie, która (mam wrażenie) interesuje się kulturą japońską, być może ona doceni kunszt i piękno książki.

sobota, 4 lipca 2009

piątek, 3 lipca 2009

"Miasto Śniących Książek" - cytat


Buchlingi to są małe stworki, kolorowe, jednookie, żyjące w podziemiach Miasta. Opiekują się książkami, żyją dzięki nim i dla nich. Odżywiają się - czytając! Ano tak, poczytają trochę i czują się najedzone. W społeczności buchlingów jest tak, że każdy z nich wybiera jednego z pisarzy i uczy się jego twórczości na pamięć. CAŁEJ! Co w przypadku płodnych autorów przysparza nieco kłopotu (czasem się to czy owo myli), ale są twarde i uczą się do upojenia (albo do upadłego, jak kto woli). Dodać też trzeba, że buchling uczący się dzieł jednego twórcy przybiera tegoż twórcy imię. Wzruszający moment jest na końcu książki, gdy na scenę wchodzi mały buchling (scenę powieściową, oczywiście) i ...
- Chcieliśmy ci jeszcze... kogoś przedstawić - powiedzał Dancelot Dw i skinął w kierunku stojących a tyłu buchlingów.
Między buchlingami zrobiło się poruszenie i wypchnięto do przodu maleńkiego osobnika. Był bladozielonej barwy i przestępował z zakłopotaniem z nogi na nogę.
- Kto to jest?- spytałem.
- To jest... Hildegunst Rzeźbiarz Mitów - wysapał Golgo. - Nasz najmłodszy.
To już było za wiele. Łzy trysnęły mi z oczu.- Ale ja przecież jeszcze niczego nie napisałem - wyszlochałem.
- Zdajemy się... na ciebie - powiedział Golgo. - W największym napięciu będziemy oczekiwać na twoją pierwszą książkę.

czwartek, 2 lipca 2009

Łańcuszek blogowo - książowy

Cytat z bloga założycielki łańcuszka: "Osoba przyjmująca łańcuszek odpowiada na zadane pytania, następnie wymyśla trzy nowe pytania i podaje łańcuszek do trzech nowych osób. Nowe osoby odpowiadają na nowe pytanie, wymyślają kolejne pytania i podają łańcuszek dalej itd..." Czuję się trochę jak wywołana do tablicy. Bazyl zarzucił na mnie koniec łańcuszka i każe mi odpowiadać na pytania! :) Spróbuję zatem, szczerze i bez ogródek. 1. Jak walczysz z niemocą czytelniczą? Nie walczę, nie umiem walczyć z niemocą czytelniczą. Jak nie idzie, to nie idzie - muszę to przeczekać. No, czasem pomaga wzięcie innej książki, ale bywa, że i żadna, niezależnie od gatunku, autora, nie podchodzi. Myślę, że poprzez stan "niemożności czytania" organizm sam reguluje sobie ilość przyjmowanego tekstu w jednostce czasu. Coś jak z ochotą na słodkie/słone - czegoś brakuje, bo organizm się domaga. 2. Co sądzisz o ubikacji jako miejscu zgłębiania tekstów pisanych? Ha, to pytanie z gatunku intymnych! :) Wiem, że ubikacja służy do zupełnie czegoś innego, ale nie wyobrażam sobie zasiąść tam na dłużej bez czegoś do czytania pod ręką. Przecież takie siedzenie jest NUDNE! Jeśli nie mam książki czy gazety, to zaczynam czytać instrucje obsługi na środkach czystości. 3. Jeżeli, jak Thursday Next, mogłabyś wskoczyć w książkę, to w jaką? Z takimi pytaniami zawsze miałam problem. Zdając się jednakże na impuls pierwszej myśli, jaka mi przyszła do głowy po przeczytaniu pytania, byłaby to "Księga Sądu Ostatecznego" Connie Willis. Najprawdopodobniej bym w niej nie przeżyła, ale to nic nie szkodzi. Wymyśliłam dodatkowe pytania, a o odpowiedź na nie proszę: - M z Księgogrodu - Hanyszkę z fotela i spod lampy - Bartsa z Habent sua fata libelli Oto pytania: 1. Czy dedykacja podnosi wartość książki, czy ją obniża? 2. Chciałeś/chciałaś kiedyś napisać własną książkę? 3. Twoim zdaniem komiksy to literatura, czy tylko obrazki (więc bardziej sztuka) okraszone gdzieniegdzie słowem? Można też, jeśli ktoś chce, wykorzystać pytania, na które już ja odpowiedziałam, bądź wymieszać jedne z drugim. To jak, przyjmujecie? :)

środa, 1 lipca 2009

"Robimy rewolucję" antologia s-f


Z okładki czy tam od wydawcy: Dwadzieścia trzy znakomite opowiadania pisarzy związanych z działającą od dwudziestu lat grupą literacką "Klub Tfurcuf". Taka książka musi stanąć na półce każdego miłośnika fantastyki! Proza fantastyczna w najlepszym wydaniu - science fiction, fantasy i horror w jednym tomie!
Dostałam, przeczytałam. I szczerze polecam, choć doczepić się mogę, że brakowało mi w całości motywu przewodniego, jak to w antologiach bywa. Tak, piszą, że Klub Tfurcuf - ale tylko to?
Momentami też miałam wrażenie, że nierówna ta antologia, że wymieszane ciekawe opowiadania z czymś, co zostało napisane na kolanie.Ale ogólnie wrażenie miałam pozytywne (może dlatego, że lubię s-f). Krótkie, dosadne, a może lepiej użyć słowa - dobitne utwory, niektóre z humorem*, niektóre do przemyśleń głębszych**.
* Adam Z. Bański "Książę i król"
- Powiadasz więc królu - rzekł młody książę - że broni jej trójgłowy smok, dwa trolle i banda goblinów? 
- Ależ tak, młodzieńcze. - Król się uśmiechnął. Wypilii po kielichu przedniego wina. 
- I że od skóry tego smoka odbijają się strzały? 
- Nigdy jeszcze twardszej nie widziałem. Wychylił kolejny puchar.[...] 
- I że złodzieje też już tam byli? I krasnoludy? 
- I owszem - odparł król z lekka pijanym głosem, ponownie pociągając ze swojego pucharu - rozumiesz, tego, na samym początku. 
- I że smok porwał ją przed piętnastu laty? 
- No, chyba, tego, mi wierzysz. [...] Służba wniosła nowe dzbany z winem. 
- A królewna? Ile wtedy miała lat? - przypomniał sobie ni stąd, ni zowąd książę. 
- Ano, osiem... - zająknął się król - osiem... osiemnaście. Cudo nie, tego, nie dziewczyna. 

** - Tomasz Kołodziejczak "Wstań i idź" Tu cytatu nie będzie, ale opowiadanie znakomite, przedstawiony problem eutanazji w niedalekim całkiem świecie, nic to, że pomysł nienowy (bo już wcześniej czytałam podobne w zamyśle w antologii "Rakietowe dzieci"), ale warto. Bardzo warto.

Wyprowadziłam z domu koty

- "Kot, który się włączał i wyłączał" - "Kot, który wąchał klej" - "Kot, któy zszedł pod podłogę" - "Kot, który rozmawiał z duchami" - "Kot, który poruszył górę" - "Kot, który patrzył w gwiazdy" - "Kot, którego nurtował strumień" Pojechały do biblionetkowiczki. A "Przeklęta pierwsza linijka" Laclavetine'a pojechała do podajanina.