niedziela, 29 marca 2015

Stos marcowy, wysoki i kolorowy

Stosiki publikuję jakby coraz rzadziej, ostatni był z okazji Targów Książki w Katowicach. Ale marzec tego roku był tak dla mnie łaskawy, że aż zachciało mi się wyciągnąć te książki, poukładać w stos i zrobić zdjęcie.
Proszę:




Od dołu:
1. Rok z Findusem - spodziewałam się opowieści, a tu coś zupełnie innego! Porady i triki, ogród, narzędzia, majsterkowanie i sianie. No no!
2. Tintin! Poznałam Tintina, w ramach odkrywania tego, co wszyscy już dawno mieli odkryte.
3. W kieszonce - cudowna książka pani Chmielewskiej. Po wyciągnięciu z koperty czytałam dzieciom migiem dwa razy. Musiałam.
4. Kroniki Amberu - wygrana na szortalu. Tłuściutki, solidny tom, czasem go sobie poklepuję po grzbiecie i dobrze mi to robi.
5. Calvin i Hobbes. KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM.
6. Mój pierwszy dzienniczek - kupiłam Mariance zaraz po tym, jak na szkoleniu z metody krakowskiej usłyszałam, że dzieci bez języka nie mają wspomnień. No to teraz piszemy sobie wspomnienia.
7. Nowa w przedszkolu z serii Poczytajki pomagajki, powinna tu być jeszcze druga z tej serii, 8. Dokuczalska, ale zaniosłam do przedszkola. Pewnie będę to tam czytać.
9. Łzy diabła - Janek z tramwaju kusił, to wzięłam udział w konkursie wydawnictwa na FB i uśmiechnęło się szczęście! A jak przyszło, to o matko, jakie to obszerne! Hoho!
10. Futu.re - również  z tego konkursu. To jest książka zakontraktowana dwukrotnie, zaraz po otrzymaniu wiadomości o wygranej koleżanka zapytała, czy pożyczę do przeczytania (no pewnie), a potem odezwał się kolega zafiksowany tym autorem i zapytał, czy... no właśnie. Oczywiście. A jeszcze wcześniej ja też chciałabym przeczytać, tyle że muszę poczekać, aż mój mąż skończy. No co za kolejka! I ciekawa okładka, trójwymiarowa, tylko trzeba mieć okulary (nie dołączone w zestawie).
11. Grzeczne dziecko - tytuł mnie zainteresował. O rany, przeczytam i będę miała grzeczne dzieci!
12. Ukojenie, 13. Ujarzmienie, 14. Unicestwienie - ha, znów wygrana w konursie na FB. Przyznam się po cichu, że tom pierwszy już czytałam, ale to było dawno temu i to była książka na tyle niejednoznaczna, że do niej wrócę i jeszcze sobie przemyślę (aczkolwiek porównania do Strefy z Pikniku uważam za nietrafione).
15. Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują? - świetne połączenie książki z komiksem! Przeczytane już dawno i jeszcze to będę czytać, bo nieszczęściem w piątek odkryto Krzysiowi w zębie dziurę, a ten spanikował i nie dał sobie jej zaplombować. Odszukam fragmenty motywacyjne i będę czytać synowi. I znów pojedziemy do dentysty.
16. Kotek Mamrotek - znacie? Fajne! Będę jeszcze o tym pisać.

Teraz idę szperać na półkach, żeby wystawić coś na fintę - trzeba zwolnić miejsce na półkach...

sobota, 28 marca 2015

"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" Adam Jaromir, Gabriela Cichowska


Traf chciał, że  w moje ręce wpadły prawie jednocześnie dwie książki graficzne stanowiące jakby parę: dzień  i noc, lewa i prawa ręka, radość i smutek.
Pierwszy był "Pamiętnik Blumki" Iwony Chmielewskiej. Druga książka to "Ostatnie przedstawienie panny Esterki".

Bohaterami są wychowankowie Domu Sierot,  ich wychowawcy oraz sam Stary Doktor. Tylko czas nieco inny. Maj 142 - getto jest zamknięte, żydowskie dzieci też, nie ma wyjazdów na wakacje, nie ma wypraw nad rzekę, nie ma spacerów. Jest za to obawa o przyszłość, jest głód, brak lekarstw, apatia, choroby... Alr to nie jest opowieść o tym, jak tam w getcie było źle, choć oczywiście możemy to wyczytać między wierszami. To opowieść o tym, co można zrobić, by nie myśleć o tym, jak jest źle, by nie oddać się beznadziei i rozpaczy. Jedna z wychowawczyń, panna Esterka, przychodzi do Doktora
" - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, Doktorze.
- Ależ nie, proszę wejść.
- Chodzi o przedstawienie teatralne.
- Przedstawienie teatralne?
- Dzieciom brak nadziei.
Krążą bez celu, są apatyczne...
- To prawda... Nasz sierociniec
coraz bardziej przypomina dom starców.
Ale proszę opowiedzieć o swoim pomyśle.
- Znam pewną indyjską bajkę.
Może dodałaby im otuchy.
Moglibyśmy ją wystawić."

Bajkę wystawiono, zaproszono gości. Dzieci były przejęte - na jakiś czas przeniosły się w zupełnie inny świat. Zapomniały o wojnie. Tak, to był dobry pomysł. Zresztą, nie tylko dzieci zapomniały.
"Kiedy zapaliły się światła,
wszyscy siedzieli w milczeniu."
To chyba największy hołd złożony artystom i sztuce.

Ponieważ mam na półce "Korczaka. Próbę biografii", zajrzałam, by sprawdzić, czy piszą o tym przedstawieniu. Piszą, a jakże. Z rozpędu czytałam dalej, a dalej to już likwidacja getta. Zamknęłam biografię. Też chciałam przez chwilę posiedzieć w milczeniu.
"Jego plan się powiódł.
Dzieci pełne wigoru - 
takie nie były już od lat.
W ich oczach osobliwy błysk, 
radość mieszająca się z gorączką."

Chwilo, trwaj.

-------------------------------------------------------------------------------------------
Wizualnie ta książka jest ciężka. Ciemne, buro-brązowe strony. Dzieci i Doktor szkicowane ołówkiem. Wklejone kartki na żywność, kartki z kalendarza, fragmenty gazet, ogłoszeń, niemieckich obwieszczeń, zdjęcia. Pocztówki, papierki po cukierkach - wszystko autentyczne. Przejmujące świadectwo pamięci. Wspominałam o "Pamiętniku Blumki", prawda? Jest na końcu książki podziękowanie dla pani Iwony, za inspiracje.

Ja zaś dziękuję autorom: wspólnie stworzyliście piękną i mądrą książkę.

Dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za egzemplarz powieści.

"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" Adam Jaromir, ilustracje Gabriela Cichowska, Media Rodzina, 2014.

czwartek, 26 marca 2015

"Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?" Rafał Skarżycki, Tomasz Lew Leśniak


Kiedy dostałam książkę do ręki, mój sześciolatek akurat był chory, siedział od tygodnia w domu z bolącym gardłem i trudno go już było czymś zająć. Pomyślałam, że lektura nowej książki poprawi mu samopoczucie. Bardzo dobrze pomyślałam. Bo gdy już zaczęłam czytać "Jędrka", Krzyś nie pozwolił mi przestać, dopóki nie dotarłam do ostatniej strony! Nie mam nic przeciwko lekturze, ale głośne dwugodzinne czytanie nieco dało mi do wiwatu. Ale co tam, to super, że dzieci chcą słuchać, bo to procentuje. Już widzę zwiększone zainteresowanie literkami mojego starszego dziecięcia.

Wracając do tematu, czyli do książki. Jędrek to bystry i rezolutny dziesięciolatek, z wysoką samooceną, namiętnością do komiksów i żyłką detektywistyczną. Ach, no i silną awersją do dentysty. Ta awersja mocno przyczyni się do tego, że chłopak będzie miał okazję uczestniczyć w wyjątkowym dochodzeniu, wykazać się męstwem, odwagą, pomysłowością i osiągnąć spektakularny sukces. Czujecie dydaktyczny smrodek? Jeśli tak, to wam się tylko zdaje. Jędrek wcale nie jest ideałem - wiecznie skłócony z siostrą, z nauką na bakier (podręcznik to dla niego terra incognita) i pogardliwie odnoszący się do dziewczyn. Słowem - Jędrek to zwyczajny chłopiec, ani patologia, ani ideał. Może dlatego moje dziecko tak się zasłuchało w jego historię?

Dobrze, a o czym jest ta książka? O tym, jak dokonano w mieście zuchwałej kradzieży diamentów, jak Jędrek przeżywa fascynację nową dentystką, jak popada w tarapaty przez ściąganie na sprawdzianie z matematyki oraz jak rozwiązuje (nie sam, oczywiście) zagadkę olbrzymiej ilości borowanych zębów w szkole. Pomagają mu w tym przyjaciele, a także Karolina, dziewczyna o wyjątkowej inteligencji i całkiem niebrzydkim profilu. W międzyczasie chłopak wplątuje się też w konflikt ze szkolnymi neandertalczykami, zostaje zawieszony w prawach ucznia, a w domu ma przekichane. Jest o czym czytać.

Więcej nie napisze, kto ciekaw, sam sobie sięgnie. Twierdzę, że warto. To znakomicie napisana książka, z prostym, a jednocześnie pełnym zawijasów językiem i z dynamiczną narracją. Cały czas coś się dzieje! Do tego bardzo fajne jest połączenie książki z komiksem, czyli w tekst wplatane są komiksowe kadry. Świetny pomysł. Sposób rysowania Tomka Leśniaka znam już z "Tymka i Mistrza" (swoją drogą bardzo udany komiks) i fajnie było sobie to przypomnieć.

Mam malutkie zastrzeżenie jedynie do dwóch rzeczy. Do jednej aż wstyd się przyznać. Mianowicie papier, na którym książkę wydrukowano, ma paskudny, żółtawo-makulaturowy odcień. Nie powinnam wybrzydzać, bo to jakiś eco-papier*, szanujmy środowisko, chrońmy drzewa i tak dalej. A mnie się nie podoba.
Drugie zastrzeżenie dotyczy nonszalanckiego podejścia do ilości diamentów skradzionych i odnalezionych.

Na koniec - pozytywna rekomendacja nie tylko ode mnie, ale i  od Krzysia! Patrzcie, jaki "zaczytany". Właściwie to zaoglądany :) A od czasu pierwszego czytania po książkę sięgaliśmy jeszcze parę razy, tym razem czytałam na głos pojedyncze rozdziały ze środka, tak losowo, jak mi się książka otworzyła.
 * Doczytałam, papier to nie eco, tylko Ecco Papier. Rodzaj pulchnego papieru.

Bardzo dziękuję Wydawnictwo Nasza Księgarnia za książkę!

"Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?" tekst Rafał Skarżycki, rysunki Tomasz Lew Leśniak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

poniedziałek, 23 marca 2015

[Thorgal] "Korona Ogotaia" - Jolan, skaczemy!


Zaczyna się drętwo, jakby sama siebie czytała "Thorgal wciąż nic nie pamięta, a Kriss wciąż wredna".

Na szczęście scenarzysta postanowił nieco urozmaicić opowieść o rodzinie łucznika - no i zafundował mi jazdę bez trzymanki. Znów bawi się w podróże w czasie, jak we "Władcy gór". Tyle, że tym razem podróżnikiem jest Jolan i to nie sam, a ze Strażnikiem przybyłym z przyszłości odległej o trzydzieści tysięcy lat. Strażnikowi chodzi tak naprawdę o koronę Ogotaia, czyli hełm energetyczny gwiezdnych ludzi, a Jolan ma mu pomóc w zdobyciu tego artefaktu. Przybysz w zamian ma dołożyć wszelkich starań, by uratować Aaricię, Thorgala i Louve. I co? Podły kłamca ten Strażnik i tyle. Dorośli to świnie, naprawdę. Nie wolno oszukiwać dzieci!

Jolan jednak nie jest w ciemię bity, skacze między czasami z coraz większą wprawą, rozdwaja się nawet (jak Tichy poniedziałkowy i środowy) i ostatecznie osiąga cel, dając ludziom z przyszłości niezłego prztyczka w nos. Tak trzymaj, chłopcze!

P.S. Dorosły Jolan jest bardzo przystojnym facetem, mrau.

"Korona Ogotaia", tom dwudziesty pierwszy serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek, Egmont Polska, 1999.

sobota, 21 marca 2015

ŚBK: Czytamy poza domem

Kiedy w naszej grupie Śląskich Blogerów Książkowych wykrystalizował się temat  kolejnego postu tematycznego, zakłopotałam się nieco. Nie czytam poza domem, nie czytam w kolejkach do lekarza, na ławce w parku, w miejskiej bibliotece. O czym tu pisać?

Aż wreszcie palnęłam się w czółko - przecież non stop czytam poza domem, tylko że nieco inaczej, bo uszami. Kiedy tylko wsiadam do samochodu, włączam audiobooka. Ileż ja już książek w ten sposób przesłuchałam! A jak książka potrafi wciągnąć, mówię wam!

Zdarzało mi się, że robiłam dodatkowe kółko po mieście, bo został mi dosłownie jeden rozdział i musiałam, po prostu musiałam dowiedzieć się, jak powieść się skończy. Zdarzało mi się wpadać w panikę, gdy w długiej trasie kończyła mi się jedna książka, a nie miałam drugiej. Uwielbiam słuchać.

No proszę, a podczas pisania powyższego przypomniały mi się jeszcze zeszłe wakacje na wsi. Szarpnęłam się na hamak ogrodowy - absolutnie trafiony zakup, jeśli chodzi o miejsce do czytania. Jak tylko, oczywiście, dzieci nie było w pobliżu. Bo przeważnie, niestety, były ;)






A jak to jest z Wami, czytacie poza domem?

piątek, 20 marca 2015

"Cztery strony czasu" Iwona Chmielewska


O Iwonie Chmielewskiej wielokrotnie już tu pisałam. Uważam, że to wyjątkowa artystka - w mistrzowski sposób potrafi wyrazić całą gamę uczuć, wrażeń, pojęć, posługując się oszczędnie słowem i bogato obrazem.

"Cztery strony czasu" tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że jest genialna. Pani Chmielewska przedstawiła mi swoje miasto, Toruń. Jednak w przeciwieństwie do typowych przewodników (ale tych ludzkich, nie takich książeczek w formacie kieszonkowym), którzy wskazują, że w centrum rynek, na prawo zamek, na lewo rzeka - rozciągnęła swoją opowieść nie w przestrzeni, a w czasie. Miejsce jest zawsze to samo, a raczej cztery miejsca, czyli cztery mieszkania, jak cztery strony świata.

Zaglądam do tych mieszkań, przedstawionych przez autorkę pięćset lat temu, potem czterysta , znów skok o sto lat. Czasy się zmieniają, a pewne rzeczy pozostają niezmienne od setek  czy tysięcy lat. Ludzie rodzą się i umierają, kochają i nienawidzą. Troszczą się o swoje rodziny, pracują, z radością celebrują święta. Bardzo lubię, gdy mam możliwość spojrzenia wstecz, na życie naszych przodków, toteż ta książka bardzo przypadła mi do serca (wiecie, zaczynam po troszeczku interesować się genealogią). Cenię pamięć i przeszłość, pani Iwona też.

Wisienką na torcie jest rysunek przedstawiający warsztat autorki, a raczej jego fragmencik. Pudełeczko z
szufladkami, a każda opisana nazwą mieszkania. Z szufladek wyglądają obrazki, z innego pudełka wychylają się głowy i ręce. To świadczy o starannym i długim przygotowywaniu się do pracy.

Wspaniała książka. Trafiła na podium w 2014 roku, pisałam o tym tutaj - jak chyba każda książka Iwony Chmielewskiej, jaką miałam okazję przeczytać.

A na koniec fragmencik:
"W tym samym czasie w pracowni autorki książek obrazkowych zza zamkniętego okna słychać huk petard. Przed chwilą przyszedł mejl z życzeniami noworocznymi z kraju, gdzie Nowy Rok trwa już od siedmiu godzin, a także z kraju, w którym Nowy Rok dopiero za siedem godzin nadejdzie. Mały piesek, który boi się wybuchów i błysku petard, co roku bardzo przeżywa sylwestra. Książka, którą jego pani właśnie kończy, musi jeszcze poczekać... Autorka nie wie, że książka ta będzie kiedyś wydana w dalekim kraju, a dzieci z tego kraju po raz pierwszy usłyszą nazwę jej miasta."
"Cztery strony czasu" zostały wydane najpierw w Korei, a dopiero po trzech latach w Polsce - dodam gwoli wyjaśnienia. Ale chciałam zwrócić uwagę na coś innego. Oto kawałek ilustracji z pracowni autorki.
Stół, a na nim herbata, zeszyt z wycinkami, nożyczki, klej, kredki i pudełko. Wiecie, co jest w pudełku? Nie wiedziałam, ale pogrzebałam w pamięci i trafiłam na wspomnienie z Targów Książki w Krakowie, kiedy to pani Iwona podpisywała mi książkę. Sami zobaczcie:
Jest zeszyt z wycinkami, klej  i pudełko. W pudełku mieszczą się długopisy, kredki, ołówki, mazaki - taki miniwarsztat pracy grafika.


Bardzo dziękuję za egzemplarz wydawnictwu Media Rodzina.

"Cztery strony czasu" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2013.

czwartek, 19 marca 2015

"Wieczór Trzech Króli" William Szekspir - geje i lesbijki?


Kolejna recenzja wyzwaniowa (wiecie, bo my się wyzywamy na pojedynki). Tym razem padło na Szekspira, czytanie to pikuś, wiecie, ale co napisać o książce autora, którego dzieła świat już przemielił wzdłuż i wszerz? No nic, spróbuję.

"Wieczór Trzech Króli" to typowa komedia pomyłek, oparta na przebierankach, czasowej zmianie płci oraz dozgonnej miłości trwającej pięć aktów.

Przybliżam: 

Książę kocha Oliwię, ale ona go nie chce.
Oliwia chce Violę (nie, Oliwia nie jest  lesbijką, Viola po prostu przebiera się za chłopca).
Viola nie chce Oliwii (też nie jest lesbijką), chce za to Księcia.
Książę nie chce Violi (nic dziwnego, przecież nie jest gejem).
Oliwię chce jeszcze pan Andrzejek (taki birbancik) oraz Malvolio (sługa Oliwii), żaden z nich nie jest gejem.

Całą sytuację ratuje pojawienie się brata bliźniaka Violi, Sebastiana.

Uwaga, teraz na scenę wkracza tragiczna postać!

Wraz z pojawieniem się Sebastiana pojawia się też Antonio, kapitan, który go niegdyś wyratował z morskiej toni. Antonio to postać tragiczna, choć przecież "Wieczór..." to komedia. Antonio jest tajemniczy, brawurowy, wybuchowy i uczuciowy. Tylko że te uczucia lokuje... o nieba! W Sebastianie?

Najpierw spędził z nim trzy miesiące:
"ANTONIO: [...] poprzednie trzy miesiące spędził
                           Bez chwili przerwy w moim towarzystwie".[1]

A gdy Sebastian postanawia się oderwać od Antonia, ten błyskawicznie wyrusza w ślad za nim:
"ANTONIO: Coś mi kazało ruszyć w ślad za tobą,
                     Kłując mnie niczym wyostrzona stal:
                     Nie tylko chęć ujrzenia ciebie (chociaż
                     W tym celu ruszyłbym i w dalszą podróż)."[2]

Pilnuje chłopaka, daje mu kasę na przyjemności:
"SEBASTIAN: A po co dajesz mi sakiewkę?
    ANTONIO:                                   Może
                        Wzrok twój przyciągnie jakiś ładny drobiazg,
                        A nie przypuszczam, żebyś miał w nadmiarze
                        Środków na takie wydatki".[3]

I co mam o nich myśleć? Ale już nie muszę gubić się w domysłach, Antonio przyznaje się bez żenady:
"ANTONIO: Kochałem go jak boga prawie,
                     Czciłem to wszystko w nim, co się zdawało,
                     Zapowiedziami najpiękniejszych zalet".[4]

Pojmany przez Księcia, ze smutkiem opowiada:
"ANTONIO: Ściągnął mnie tutaj swoją magią chłopak [...]
                     Któregom niegdyś uchronił od zguby [...]
                     Wracając życiu i przydając miłość
Viola i Oliwia
                     Bezbrzeżną i pełną oddania".[5]

Och, jak tragiczną postacią wydaje mi się teraz Antonio! Kocha Sebastiana, a ten co prawda żywiołowo wykrzykuje:
"SEBASTIAN: Antonio! Tutaj więc jesteś, mój drogi!
                        Jaką torturą była każda chwila,
                        Odkąd straciłem cię z oczu!"[6]

Ale jednocześnie tych chwil nie marnuje, błyskawicznie żeniąc się  z Oliwią.

Biedny Antonio. Żal mi go. Ma prawo czuć się wykorzystany.
                    
----
[1] "Komedie" William Shakespeare, przekład Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013, s.1036
[2] Tamże, s. 1003
[3] Tamże, s. 1104-1105
[4] Tamże, s. 1020
[5] Tamże, s. 1036
[6] Tamże, s. 1041

wtorek, 17 marca 2015

Wieczór pełen gier

Niedzielę spędziłam (choć chora, zakatarzona i z bolącymi zatokami) dość aktywnie - przed południem z dziećmi w bawilandii, gdzie dodatkową atrakcją był król Julian w trzech osobach. Po południu natomiast pojechałam z Magdą do herbaciarni w Bytomiu, tam spotkałyśmy się z Kasią i jej mamą. Cel spotkania był jeden - pograć sobie!

Nie mam zbyt dużo okazji, by grać w planszówki albo karcianki, więc jak już się napatoczy okazja, skwapliwie korzystam. Święta Bożego Narodzenia przeznaczone były na scrabble, raz udało mi się pojawić u Janka Oka w antykwariacie i zagrać, a teraz Kasia przywiozła gry z własnych zapasów.

Na pierwszy ogień poszły "Duszki w kąpieli". 


Na stół wykłada się: duszka, żabę, wannę, ręcznik i szczotkę, każda rzecz jest w innym kolorze. Na kartach są obrazki przedstawiające te rekwizyty w różnych konfiguracjach. Z kupki kart po kolei odkrywa się karty i pokazuje ogółowi graczy, ogół analizuje, co widzi na obrazku, po czym chyżo sięga po jedyny słuszny rekwizyt. Liczy się szybkość, liczy się refleks, pach, sprzątnąć komuś spod ręki, oto, to się liczy!
Sromotnie przegrałam. Ale serio, taki miałam opóźniony zapłon, że przegrywałam wszelkie starcia. :) Wtedy na stół wjechały herbaty w czajniczkach, czarki, łyżeczki, miody i inne takie, miejsca zrobiło się mało, więc gra ewoluowała. Nie było szaleńczego rzucania się, było przewidywanie. Każdy brał do ręki upatrzony rekwizyt i czekał na odkrycie karty. Wtedy uzbierałam trochę punktów, ale niestety, gra traci na dynamice i już nie jest tak fajnie.
Zastrzeżenie mam jedno: że myli się kolor szary z niebieskim

Druga gra to "Kajko i Kokosz. Przygody wojów". 

Ech, że też jeszcze nie znam tego komiksu, może kiedyś... Gra z grubsza polega na zdobywaniu łupów (czyli kart ze stołu) o jak największej wartości oraz chomikowaniu ich w porę (zanim przyjdą rozbójnicy i nam je zajumią) do grodu. W wersji rozszerzonej można też łupić współgraczy i to zdecydowanie uatrakcyjnia grę.  Co prawda też sromotnie przegrywałam, ale bawiłam się znakomicie.
Bardzo fajne są rysunki na kartach, jasne zasady, niezbyt skomplikowana, ale wymagająca myślenia zabawa.
Bardzo polecam!

Trzecia gra to "Pan tu nie stał! Demoludy". 

Tym razem przeniosłyśmy się do głębokiego PRL-u i zajęłyśmy się zdobywaniem towarów. Uwaga: zdobywaniem, nie kupowaniem! Wiecie, tak kiedyś było... woziło się za granicę kremy Nivea, a przywoziło tureckie ciuchy.
Toteż proszę: mamy pięć grup towarowych, każda oznaczona innym kolorem, należy zdobyć po jednym towarze z czterech grup (więcej się nie zmieści w samochodzie). Zdobywa się poprzez licytację, stawiając z dostępnych nam kart co się da: wódkę, kryształy, butle gazowe, kryształy czy dolary. Skąd ta wódka? Ano, każdy gracz dostaje na wejście pięć kart, a potem ciągnie z kupki jedną kartę po każdym ruchu. Kto da najwięcej, wygrywa i zgarnia towar, upychając go do samochodu (maluch, trabant, polonez, syrena, do wyboru, do koloru!).
Grę uatrakcyjniają karty akcji - można na przykład komuś zabrać dolary czy wyczyścić stół z wódki.
Znów mam zastrzeżenia do kolorów: zielony i niebieski są tak przydymione, że się zlewają, zwłaszcza że w herbaciarni światło było przyćmione. 

Na tyle gier starczyło nam czasu, bawiłam się znakomicie, mimo marnej kondycji zdrowotnej. Napiłam się dobrej herbaty i zjadłam przeraźliwie słodkie ciastko z herbatą :)

niedziela, 15 marca 2015

"Zobaczyć Sorrento i umrzeć" Katarzyna Kwiatkowska


Autorce zawdzięczam wdrukowanie w mózg informacji, że w XIX wieku na porządnie prowadzonych ziemiańskich dworach robiło się konfitury z drylowanych czerwonych porzeczek. Podejrzewam, że do śmierci to będę pamiętać. Mimochodem wdrukowało mi się też w mózg nazwisko autorki - Katarzyna Kwiatkowska.  Kiedy w ręce mi wpadła najnowsza powieść pani Katarzyny, aż podskoczyłam z radości.
Ach, znów poczytam o tym bystrzaku, Janie Morawskim i jego intrygującym kamerdynerze! Ach, będzie się działo!

Po kilku stronach okazało się, że autorka mnie zaskoczyła, w ogóle nie umieszczając Jana w powieści! A to ci, autorko, figielek wyszedł ;)

Dobrze więc, jak nie Jan, to kto? 

Komu będę sekundować, by szybko rozwiązał kryminalną zagadkę? To Konstancja Radolińska. Panna, której Jan Morawski okazuje swe względy, na razie niezobowiązująco. Konstancja właśnie płynie z ciotką przyzwoitką do Amalfi, by się spotkać z Janem. Na statku udaje jej się podsłuchać wyjątkowo interesującą rozmowę - jej brat oraz angielski pułkownik omawiają sytuację polityczną w Europie, dzieląc się przy tym sekretami wagi państwowej czy wręcz międzypaństwowej. Wywiad, kontrwywiad, szpiedzy, spiski i tajemnice - nic dziwnego, że młodej pannie w oku zaiskrzyło i siedziała jak myszka, byle jej nie odkryto. Jednak największą rewelacją, która wpadła we wścibskie ucho panienki, była ta dotycząca Jana. Zrezygnował on właśnie ze wspólnych wakacji z Konstancją, by rozwiązywać problemy międzynarodowe w Mediolanie, do tego sprawy te w sporej części dotyczą pięknej Francuzki Eleanor, którą kiedyś łączyły z Janem mocne więzy!

Tu Konstancję trafia jasny szlag. 

Niestety, nie ma faceta pod ręką, żeby mu zrobić scenę (zresztą o co: o sekrety państwowe, o pracę czy o byłą flamę?), więc wymyśla coś zupełnie innego. Postanawia, że wykaże się olbrzymim opanowaniem, wyjątkową bystrością umysłu i umiejętnością dedukcji. Czyli sama zaangażuje się w kombinacje wywiadowczo-polityczne, rozwiąże zagadkę, o której rozmawiali podsłuchani panowie, a to wszystko po to, by pokazać Morawskiemu, że nie jest głupią gęsią i potrafi dorównać w przebiegłości światowej Eleanor. Wtedy on otworzy szeroko oczy z podziwu i będzie kochał ją i tylko ją.

Trzeba przyznać, że dziewczyna realizuje swój plan konsekwentnie i z uporem. Jedzie do Sorrento, gdzie splatają się nici międzynarodowej intrygi, obserwuje, wypytuje (czasem topornie, ale przecież dopiero się uczy), próbuje wyciągać wnioski. A że w Sorrento zostaje popełnione morderstwo, do listy zadań Konstancja dopisuje znalezienie mordercy.

W przeciwieństwie do opanowanego i nieomylnego Jana Konstancja często się myli.

Brak jej doświadczenia w sztuce dedukcji, czasem zdobyte informacje przytłaczają ją swą ilością, wszystko jej się miesza i plącze. Ale to bardzo uparta osoba, do tego inteligentna. Daje sobie radę, chociaż  w pewnych sprawach musi polegać na pomocniku. Dlaczego? W tamtych czasach (przypominam: długie suknie, kapelusze, parasolki od słońca) istniały bowiem rzeczy, których damie nie wypadało robić. Na przykład rozmawiać z kimś, kto nie został jej przedstawiony. Ech, konwenanse.

Jak kończy się książka? Jak przystało na kryminał, osoba zabójcy została odkryta. Sieci spiskowe rozplątane. Tajemnice wyjaśnione. Wszystko zgodnie z regułami gatunku. Natomiast, co uważam za wyjątkowy plus, osoba głównej bohaterki przeszła wewnętrzną przemianę z okazji całego tego śledztwa. Nabrała pewności siebie, spojrzała na Jana (i ogólnie mężczyzn) z dystansu, przekonała się, że mężczyźni nie są do życia niezbędni. A także dowiedziała się, co tak naprawdę chce robić w życiu. To super odkrycie i każdemu takiego życzę.

Jeszcze słowo o tle - polskie posiadłości były ciekawe, teraz akcja wypływa na szerokie europejskie wody, czyli miasta. Owszem, pięknie przedstawione, owszem, te wszystkie miejscowości, kurorty, wyspy, statki, ruiny - bardzo to światowe, ale porzeczek nie przebiło. Może dlatego, że kryminałów dziejących się w Polsce w XIX wieku jest tak mało?

Poproszę o kolejną książkę z Konstancją!

Jeśli ma powstać kolejny kryminał autorstwa pani Katarzyny, gorąco życzę sobie, by to właśnie Konstancja była główną bohaterką. Jan niech jej pomaga. Albo niech się za nią ugania. Albo jedno i drugie.

Jedyny minus książki to drobna czcionka, musiałam się przeprosić z okularami (zakładam tylko w niesprzyjających warunkach, te takie były).

Bardzo dziękuję autorce za udostępnienie egzemplarza powieści!

Zobaczyć Sorrento i umrzeć [Katarzyna Kwiatkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

"Zobaczyć Sorrento i umrzeć" Katarzyna Kwiatkowska, Rozpisani.pl, Warszawa 2014.

piątek, 13 marca 2015

"Mnich. Romans grozy" Matthew Gregory Lewis



Gdybym się na tę książkę natknęła w księgarni czy w bibliotece, kijem bym jej nie tknęła. Mnisie klimaty mnie nie interesują. Romanse - hm, no zależy jakie. Ale grozy? O, to już stanowczo nie! W życiu!

Tak się jednak stało, że dostałam ją w formie audiobooka, a że czegoś w aucie słuchać trzeba, wetknęłam do odtwarzacza i zaczęłam słuchać. Kiedy doszłam już do końca powieści, miałam okazję zapoznać się z obszernym posłowiem, autorstwa tłumaczki, w którym to powieść została ze znawstwem opisana, zanalizowana, rozebrana na czynniki pierwsze i zręcznie poskładana z powrotem. Wszystko to ociekało niesłychaną znajomością tematu, erudycją i oczytaniem. Choćbym się skichała, poziomu nie dosięgnę.Toteż moja opinia będzie nieco toporna.

Romas, a właściwie romanse.

O czym jest ta książka? To powieść gotycka, obejmująca z grubsza dwa wątki: losy Antonii oraz jej wielbiciela Lorenza oraz burzliwy romans Agnes i Rajmonda. Pary, zdawać by się mogło, powinny czym prędzej połączyć się w małżeństwa i żyć razem długo i szczęśliwie, złośliwy los rzuca im jednak kłody pod nogi. Nieprzychylność rodziny, zesłanie do klasztoru, brak posagu, zbyt pochopnie złożone obietnice, porwanie przez rozbójników, nawiedzanie przez widma, ataki złego ducha czyli szatana, kuszenie, uwięzienie w lochach, morzenie głodem, gwałt, zabójstwo, fałszywe świadectwo, kazirodztwo, dzieciobójstwo... Oto, na co możemy natknąć się w powieści, a dam głowę, że nie wymieniłam wszystkiego.

Teraz mnich.

A tytułowy mnich? Jest, jest, nie zapomniałam o nim. Mnich Ambrozjo jest spoiwem łączącym te wszystkie okropności. Pobożny i świątobliwy mąż, cudowny kaznodzieja, skrzyżowanie świętego Franciszka z Sawonarolą. Szybko się jednak okazuje, że wystarczy najlżejsza pokusa, by mnich zapomniał zupełnie, czym są zasady moralne. Przez podszepty złego ducha traci zupełnie człowieczeństwo, staje się bezwzględny i okrutny. W bagno swych chuci wciąga coraz to nowe niewinne duszyczki, misternie plotąc łańcuch zła, łańcuch coraz dłuższy i grubszy...

Bardzo smutna powieść, choć przyznam, że zakończenie daje nadzieję, iż z ludźmi nie jest jeszcze tak źle, że patologia to wyjątek, nie reguła.

Nie dla twitterowców!

Powieść została wydana po raz pierwszy w 1796 roku - kawał czasu już upłynął i to się czuje. Piszę to teraz z uśmiechem. ale płytkę z książką wrzuciłam do odtwarzacza zaraz  po mocno dynamicznej "Pieśni łuków"  i po odsłuchaniu kilku pierwszych ścieżek miałam mocno zdumioną minę. Co to do licha jest (pytałam sama siebie), co to za kwieciste opisy, barokowe zdania, no błagam,  co to za ględzenie? Przeszkadzało mi to, na szczęście do czasu. Potem już te bogate szczegółami opowieści zaczęły mi się podobać. Ech, westchnęłam pod koniec, my, ludzie z XXI wieku, żyjemy w czasach tak pośpiesznych, że kawał uczciwej, niespiesznej narracji uznajemy za rozwlekłe nudziarstwo. Era facebooka i twittera, prawda?
Źródło: filmweb.pl

Co do  lektora: Zbigniew Wróbel ma bardzo, bardzo przyzwoity głos. Dykcja bez zarzutu, stopniowanie napięcia opanowane znakomicie. Bardzo dobrze mi się słuchało.


Za książkę - niespodziankę dziękuję Wydawnictwu Aleksandria!

"Mnich. Romans grozy" Matthew Gregory Lewis, tłumaczenie Zofia Sinko, czyta Zbigniew Wróbel, Wydawnictwo Aleksandria, 2014.

czwartek, 12 marca 2015

"Miasta ucieczki" Andrzej Tuziak


Muszę się przyznać, że pisanie o książkach autorstwa moich znajomych przychodzi mi z niejakim trudem. Zwłaszcza gdy książka nie jest w moim guście. Ta nie jest. Będzie więc trudno, no ale trudno.

Andrzeja pisarza poznałam jako autora "Łowca androidów: Słowa i obrazy" (świetna książka). Potem dostałam w ręce "Miasta ucieczki", obejrzałam, przeczytałam opis z tyłu okładki i skrzywiłam się nieznacznie. Nie będzie powtórki z rozrywki - pomyślałam.

"Miasta ucieczki" to opowieść obejmująca losy: motorniczego Adama piszącego bajki, Tadeusza - biznesmena od szemranych interesów, upośledzonego umysłowo Kajetana oraz studentki Zofii i pielęgniarki Urszuli. Kajetan gubi się w Katowicach, Tadeusz go szuka, ale bardziej ucieka przed bandytami, Urszula mu pomaga, a Adam kręci się wokół Zofii. Nic z tego tak naprawdę nie wynika. Może jedynie to, że Katowice są pełnoprawnym bohaterem książki, bo większość akcji dzieje się w tym mieście. Ze zdziwieniem zaglądałam w miejsca, o których nie miałam pojęcia; odnajdywałam też punkty, które znam: trójnożna żyrafa, metalowa żaba, wesołe miasteczko, dworzec (jeszcze przed przebudową, oczywiście).

Niestety, to nie jest moje miasto. Ja w ogóle nie jestem miastowa. Ale komuś, kto Katowice i okolice ma we krwi, ta powieść się spodoba.

Mnie spodobał się tylko epizod aktorski Adama, czyli jego statystowanie podczas zdjęć do filmu o Oświęcimiu, a także fragment, w którym Tadeusz kupuje sobie wieczne pióro. Andrzej jest nałogowym pióromaniakiem i w tym fragmencie widać jego pasję.  Ach, jeszcze jedno! Znakomity jest brak happy endu. Nie ma żadnego słodkiego "i żyli długo i szczęśliwie" - bo przecież i w życiu rzadko się na takie słodkie zakończenie natykamy, prawda?

"Miasta ucieczki" Andrzej Tuziak, Wydawnictwo EGO, Katowice 2007.

Miasta ucieczki [Andrzej Tuziak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 10 marca 2015

"Labirynt Śniących Książek" Walter Moers

 Mało kto z moli książkowych nie zna "Miasta Śniących Książek"! Powieść ta, wydana w Polsce przed ośmiu laty, szturmem wzięła wszystkie bastiony książkomaniaków.  Wcale się nie dziwię, mnie też podbiła, zawierała bowiem to, co lubię bardzo: książki, powieści, autorzy, regały, biblioteki, regały, księgarnie - i tak można by jeszcze długo wymieniać. Od "Miasta..." się zaczął mój zbiór dzieł Moersa wydanych w Polsce - mam wszystkie na półce.

 Camonia, Camonia, Camonia!

Wiadomość, że ukaże się "Labirynt..." zelektryzowała mnie. Aaaa, czad, myślę sobie. Wracamy do Camonii, do Miasta, do książek, książek, KSIĄŻEK!

Teraz ci, którzy nie czytali "Miasta...", a mają to w planach, pomijają ten akapit. Żeby bowiem choćby odrobinę przybliżyć fabułę "Labiryntu...", muszę zdradzić, co się działo wcześniej. Główny bohater, smok - poeta, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest świadkiem zagłady miasta i przeogromnych, ukrytych pod nim katakumb. Nie mówiąc już o tych wszystkich książkach... Wraca do domu i z godnością spoczywa na laurach, pisząc bardzo dużo i bardzo źle, przy tym pławi się w blasku sławy i kompletnie głuchnie na głos krytyki.

Z zapartym tchem czekałam na...

Tajemnicze wezwanie ściąga go jednak z powrotem do Miasta Śniących Książek, a tam... No właśnie, na to "a tam" czekałam przez całą książkę z zapartym tchem. I gdyby nie naturalna reakcja obronna organizmu, to bym się udusiła.
Przesadą byłoby stwierdzenie, że, w "Labiryncie..." nic się nie dzieje, ba, w końcu to dzieło ma 376 stron. Ale to, co się dzieje, to nie było to, na co czekałam! Hildegunst po prostu zwiedza Miasto Śniących Książek, a raczej to, co się z Miasta wykluło. Na  szczęście literatura wciąż stoi na pierwszym miejscu, ale są też inne formy działalności, w jakich mieszkańcy znaleźli upodobanie. Na przykład teatr.

O mato z córką, na temat teatru jest pół książki chyba! Odczułam przesyt. Autor ma wizję wielką, monumentalną wręcz. Nieszczęściem, nie umie się powstrzymać, by nie ujawnić czytelnikom wszystkich szczegółów i szczególików  tej wizji. To się nazywa napchać odbiorcę książką po dziurki w nosie. A co ma wspólnego teatr z literaturą?
[...] istnieje pewne dalekie pokrewieństwo między lalkami z teatru a antykwarycznymi księgami miasta, wiesz? Jedne i drugie pogrążone są w czymś w rodzaju magicznego snu tak długo, jak długo nikt ich nie używa, prawda? [...]Wszystkie ożywają w kontakcie z publiką".[1]

I tak kocham Moersa.

Czy to znaczy, że mi się nie podobało? Ależ skąd. Wszystko, co wychodzi spod pióra Moersa, podoba mi się (ani chybi znaczy to, że jestem rasową fanką jego twórczości). Tylko że akurat "Labirynt" podobał mi się mniej, przez to zapchanie oraz przez zakończenie książki. Takie wiecie, urąbanie siekierą, a nie zakończenie. Teraz mam czekać z wywieszonym jęzorem na ciąg dalszy.
O tym, że autor zakamuflował w tekście nazwiska znanych i sławnych ludzi związanych z literaturą (właściwie ogólnie ze sztuką), chyba pisać nie muszę, bo ten sam zabieg zastosował w "Mieście...". Tyle że tutaj dla ułatwienia na końcu książki jest malutka ściąga, tak żeby zachęcić do samodzielnego łamania głowy. Ale i tak, gdy trafimy na zdanie:
"I przeczytałem też wszystkie powieści Olyandera Conthura  o Herlosie  Olmshocku - dziesiątki razy!"[2]
to przecież wiemy, o co chodzi, prawda? To super pomysł i znakomity sposób na rozruszanie szarych komórek.

Na oddzielną wzmiankę zasługują rysunki Moersa. Drobiazgowe, dopieszczone, złożone z miliona malusieńkich kreseczek. Za tymi kreseczkami ukrywa się tylko ułamek wyobraźni autora. Ach, gdybyż tak i "Miasto..." i "Labirynt..." powstały w wersji graficznej! Cóż za pole do popisu!
Lalki z teatru. s. 197



Mała szpila na koniec.

Nie mogłam się oprzeć, by nie przytoczyć też tych słów:
"Stękałem i wzdychałem przy tej lekturze jak podczas wejścia stromą górską ścieżką w parny letni dzień z plecakiem pełnym kostki brukowej. Nigdy nie czułem się tak obarczony przez słowa, wręcz obciążony. Jakby to sam autor kurczowo trzymał się moich nóg, abym wlekł go za sobą przez jałową kamienną pustynię".[3]
To fragment z samego początku książki. Oj, szkoda, że pod koniec Moers o nim zapomniał i sam sobie na plecy zarzucił ładuneczek.


P.S. Wielkie ukłony dla pani Katarzyny, tłumaczki, która przełożyła książkę genialnie. 
---
[1]  "Labirynt Śniących Książek", powieść z Camonii autorstwa  Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje Walter Moers, przekład z Waltera Moersa bez ilustracji Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014, s. 186
[2] Tamże, s. 103
[3] Tamże, s. 21

Bardzo dziękuję ze książkę Wydawnictwo Dolnośląskiemu!

sobota, 7 marca 2015

piątek, 6 marca 2015

"Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony" Jujja Wieslander, Sven Nordqvist


No ładnie, początek marca, a ja wyskakuję z Wigilią, niezły zapłon, co? Usprawiedliwiam się: przeczytałam to sobie i dzieciom przed świętami Bożego Narodzenia, jak należało, a piszę teraz. Piszę, bo jest tak cudowna, że zasługuje na wzmiankę na blogu.

Wigilia się zbliża, więc Pan Wrona wpada w panikę: nie ma prezentów! Wypisz wymaluj, jak ja przed świętami (co roku sobie obiecuję, że zacznę kompletować prezenty w lipcu i co roku o tym zapominam), tylko że ja łapię się za głowę gorączkowo myśląc: co dla męża? dla mamy? dla dzieci gry czy zabawki? Pan Wrona łapie się za głowę: co dla mnie? Nazywajcie go egoistą, jeśli chcecie, ja wolę myśleć, że wychował się w lesie, gdzie nikt nikomu niczego za darmo nie dawał. Trudne dzieciństwo. Mama Mu to co innego. Zawsze o nią dbano, trzymano w cieple, dawano jeść. Na takim gruncie bujnie wyrosła dobroć i empatia krowy.

Naj, naj, najpiękniejsze jest jednak to, że Mama Mu potrafi przekazać dalej cząstkę swojej dobroci. Bez zbędnych słów, po prostu robi swoje, uśmiechając się łagodnie.

Wierzcie lub nie, ale gdy czytałam na głos fragment, kiedy to Mama Mu pokazuje Panu Wronie jego prezent, a on zaniemówił z wrażenia  - wzruszyłam się. Ech, takich wzruszeń życzę sobie częściej, nie tylko z okazji świąt. Pamiętajcie o Mamie Mu przed kolejnym Bożym Narodzeniem!

Źródło - ryms.pl


Hm, książeczka ma tylko jedną wadę. Jeśli dziecię wasze wierzy w świętego Mikołaja, to po lekturze powyższej książki może nieco zwątpić. Bo skoro prezenty dają sobie wzajemnie przyjaciele, to gdzie w tym wszystkim jest święty Mikołaj?


"Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony"  Jujja Wieslander, ilustracje Sven Nordqvist, tłumaczenie Michał Wronek-Piotrowski, Zakamarki, Poznań 2014.

środa, 4 marca 2015

Wymiana książkowa w Sosnowcu 7 marca!

Znów zapraszam an wymianę! Tym razem odbędzie się ona w Sosnowcu, w sobotę siódmego marca.

Miejsca użyczyła Miejska Biblioteka Publiczna w Sosnowcu na ulicy Zegadłowicza 2 (dziękujemy!)
Wymianie będzie towarzyszył konkurs, z nagrodami, a jakże!
To co, kto się skusi i wpadnie do biblioteki z książką w ręce? Sama bym wpadła, ale jadę na szkolenie do Krakowa i nie zdążę do Sosnowca.

Regulamin wymiany:
1) Wymianę książkową organizują Śląscy Blogerzy Książkowi we współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną w Sosnowcu w dniu 07.03.2015 r.
2) Organizatorzy akcji w żaden sposób nie zarabiają na tej akcji oraz nie czerpią z niej żadnych innych profitów.
3) "Ile przynosisz tyle wynosisz" to główna zasada akcji.
4) Książki wymieniamy w dwóch kategoriach (ze względu na datę wydania książki): I kategoria to roczniki 2000 – 2007, II kategoria to roczniki 2008 do 2015.
5) Wymieniamy tylko beletrystykę dla dorosłych oraz dla młodzieży. Nie przyjmujemy książek dla dzieci, podręczników, poradników, komiksów itp. Przyniesione książki powinny być w dobrym stanie.
6) Wymiana odbywa się "z ręki do ręki" - jeśli zainteresuje nas dana pozycja na stoliku z danej kategorii to wymieniamy ją na własne książki z tej samej kategorii (decyduje rok wydania).
7) Wraz z oddaniem książek na wymianę uczestnik traci do nich prawo i nie może domagać się ich zwrotu.
8) Wszystkie inne wątpliwości rozwieją blogerzy dyżurujący na stoisku.

wtorek, 3 marca 2015

[Thorgal] "Piętno wygnańców" Rosiński, Van Hamme - siła złego na jednego


Kto ma dość Thorgala, ten się ucieszy, bo autorzy chwilowo odczepili się od łucznika i zwrócili swe wnikliwe oko w stronę Aaricii i jej rodziny. Matki Polki, bierzcie i czytajcie! Oto jak słaba płeć, dodatkowo obciążona potomstwem, w dópę dostaje za mężusia drapichrusta! Otóż wiecie, że Thorgal traci pamięć? Nie dość, że traci, to jeszcze staje się piratem, rozbójnikiem i czarnym charakterem, do spółki z Kriss. A jego żona i dzieci za to płacą.

Dodatkowo w tym zeszycie wychodzi na jak, jak to skandynawscy bogowie kłamią i oszukują. Miało być tak, że Thorgal wymaże swoje imię z księgi świata, a w zamian jego rodzina miała mieć spokój - tak przynajmniej łucznik sobie wyobrażał. Figa z makiem. Jest na odwrót - Aaricia, Jolan i Louve dostają nieźle w kość. Wygnanie, ciężka wędrówka, niewola, rozdzielenie rodziny: siła złego na jednego.Straszne rzeczy się dzieją w tym tomie, straszne!

Rysunkowo zauroczyła mnie zima (lubię zimę w literaturze).
Cieszę się też, że Rosiński zrezygnował z obłoczków pary ulatującej z ust na mrozie. Takie to było... mocne, jak pisk styropianu na szkle. Już nie jest i chwała Thorowi za to.


"Piętno wygnańców", tom dwudziesty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek, Egmont Polska, 1999.