Trzeci tom cyklu o islandzkiej policjantce Hildur słusznie nosi tytuł "Jakob", bo praktykant z Finlandii zyskuje na znaczeniu (jeśli nie wiecie, o co chodzi, zerknijcie do tekstu o "Hildur" i "Rosa i Bjork").
Zacznijmy jednak od zbrodni, jak na uczciwy kryminał przystało. Policjanci znajdują w morzu zwłoki, nietypowe, bo naszpikowane woreczkami z białym proszkiem. Okej, zaczyna się śledztwo. Potem mnożą się przypadki napadów i pobić - tym też policjanci muszą się zająć. Potem jedno z drugim zaczyna się zazębiać. A potem Jakob musi wyjechać do Finlandii, bo czeka go rozprawa sądowa z byłą żoną, a Hildur ma radzić sobie sama. I radzi sobie. Prawie.
Do momentu, kiedy ma rzucić wszystko i naprawić rowerek. To znaczy wyjechać do Finlandii, bo Jakob ma potężne kłopoty, nieprawdopodobne wręcz. Nie ma się do kogo zwrócić o pomoc, więc dzwoni do Hildur. Szczegółów nie zdradzę!
Znów tło błyszczy własnym światłem, fajnie było czytać o Islandii, także o Finlandii. Złapałam się też na myśli, że ta policjantka Hildur jest jakaś dziwna: nie pije, nie pali, nie jest rozwiedziona, lubi aktywność fizyczną, zwyczajne jedzenie i nie chce awansować. Nie wiem, co o tym sądzić i jestem mocno skonfundowana.
"Jakob" Satu Rämö, tłumaczyła Karolina Wojciechowska, HarperCollins Polska, 2025.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz