środa, 21 października 2009

"Królowa Południa" Arturo Perez-Reverte


To śliczna książka. Pochłonęłam ją z zapałem, ciekawością i zadowoleniem. To opowieść o kobiecie - silnej, twardej kobiecie działającej w światku przemytników narkotykowych. Znalazła się tam trochę przypadkiem, trochę wbrew sobie, ale jak już się tam znalazła, doskonale się odnalazła. Jako szefowa, jako strateg, jako głównodowodząca. Przewidująca, odważna, bezkompromisowa Teresa Mendoza. Teresa budzi sympatię, ale nie tę, gdzie identyfikujemy się z bohaterką i zaczynamy ją lubić. To raczej taka sympatia, gdzie trzymamy kciuki, żeby jej się udało, ale jednocześnie litujemy się bezustannie nad jej samotnością, wiecznym strachem i upiorami z przeszłości.

Bo tak naprawdę to opowieść o samotności tej kobiety, trwającej całe życie (dostępne nam na kartach tej powieści) z krótkimi przerwami, tym bardziej podkreślającymi pustkę w jej życiu. Możliwe, że tylko dla mnie ta książka ma taki wydźwięk, dla innych może być to świetna opowieść o narkobiznesie, rzeczowa, rzetelna, znakomicie napisana. o blaskach życia przemytników: pieniądze, luksus, szacunek (oczywiście w odpowiednich kręgach) i sława. O cieniach także: strach przed policją, przed złapaniem, porachunki między konkurencją, strzelaniny i zdrady, więzienie. Tak, dla innych może to być naprawdę dobra książka sensacyjna, rewelacyjnie napisana i w dodatku opisana, jak się tworzyła (to się chyba nazywa budowa szkatułkowa, jeśli dobrze pamiętam), ale nie dla mnie. Dla mnie to smutne studium postaci śmiertelnie (nie dosłownie, oczywiście) zranionej, żyjącej w próżni emocjonalnej.

Dobrze mi się czyta takie książki. A do tego autor wplótł (specjalnie dla kobiet!) prześliczne uwagi o strojach i ogólnie ubieraniu się*, oraz (specjalnie dla mnie!) rozważania o czytaniu w ogólności**. Miodzio - rzekłam.

* A więc ubieranie się nie służy tylko wygodzie czy uwodzeniu. Nawet nie jest wyrazem elegancji czy statusu społecznego, ale oddaje subtelności w ramach tego statusu. Ciuchy mogą wyrażać stan ducha, charakter, władzę. Można się ubierać jak ktoś, kim się jest, lub jak ktoś, kim chce się być, i na tym właśnie polega różnica. Tego się człowiek uczy, jasne. Tak samo jak manier, sposobu jedzenia czy rozmawiania. [...] - Jeśli mówimy o ubieraniu się naprawdę - wyszły z przymierzalni, gdzie Teresa oglądała się w lustrze w kaszmirowym swetrze z golfem - nie można ubierać się nudnie. Ale żeby nosić pewne rzeczy, trzeba odpowiednio się poruszać, trzeba dobrze się nosić. Nie wszystko jest dobre dla każdego. To na przykład. O Versace od razu zapomnij. W ubraniach od Versace wyglądałabyś jak dziwka. 

** Książki są bramą, przez którą wychodzisz na ulicę, mówiła Patricia. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. [...]Poza tym z lektury można się wiele nauczyć, czytanie pomaga myśleć inaczej albo lepiej, dlatego że na zadrukowanych stronicach inni robią to wszystko przed nią. [...]W ten sposób Teresa przekonała się, że zwykłe kartki papieru pokryte farbą drukarską nabierają życia, gdy ktoś je przerzuca i przebiega wzrokiem linijki, i znajduje w nich odbicie swojego losu, dostrzega swoje zamiłowania, upodobania, zalety i wady. Teraz już była pewna tego, co przeczuwała, kiedy rozmawiała z Pati O'Farrell o zmiennych losach Edmunda Dantesa: że nie ma dwóch takich samych książek, bo nie ma dwóch takich samych czytelników. A każda książka, jak każdy człowiek, jest czymś wyjątkowym, jest jedyną historią i całym oddzielnym światem.

Królowa Południa [Arturo Pérez-Reverte]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 20 października 2009

"Allah 2.0" Mieszko Zagańczyk

Nie sięgnęłabym sama po tę pozycję, gdyby mi jej nie pożyczono, bo tytuł jakiś dziwny i kontrastuje z imieniem autora. Nazwiskiem chyba też. Po przeczytaniu okazało się, że to jakiś rodzaj "political fiction", mnie słówko "political" trochę odrzuca, ale w przypadku tej książki uprzedzenia poszły w kąt. Rzecz cała opiera się w tej powieści na założeniu "co by było, gdyby". No i mamy rok 2072, kiedy to Europa modli się do Allaha, Watykan nie istnieje, Chiny są potęgą gospodarczą, a Polska trafia pod panowanie cara Rosji. Zagańczyk pokazuje świat poprzewracany do góry nogami i trochę przerażający, ale obserwujemy ten świat z fascynacją i zainteresowaniem, towarzysząc bohaterowi - Zakowi, hackerowi odsiadującemu wyrok za włamanie do sieci korporacyjnej. Jest jeszcze drugi świat, XIII-wieczny Damaszek, w którym drugi główny bohater, Muhammad Ibn al Charis, wyznawca Allaha, łowca, poluje na demony, sługi ciemności. Czy i jak połączą się ich losy? Nie zdradzę, powiem jedynie, że te dwa wątki są tak od siebie odmienne, iż wydaje się, że to dwie zgoła różne powieści. Na uwagę zasługuje wątek relikwii - dłoni Jana Pawła II - której poszukuje główny bohater książki. W świetle obecnych działań prowadzących do beatyfikacji tego papieża, a także tego (jak kiedyś czytałam w jakimś wywiadzie z autorem), że wątek ten powstał jeszcze za życia papieża, miałam niepokojące wrażenie jakiegoś... proroctwa? Sama nie wiem, mgliste to było uczucie. Autor pełnymi garściami czerpie z Gibsona i jego "Neuromancera". I to mu się, proszę państwa, chwali, bo robi to ładnie, po prostu. Bierze to, co mu jest potrzebne, ani grama więcej, i splata to przemyślnie z pisaną przez siebie historią. Książka ma zaskakujące zakończenie i bardzo mi się to spodobało. Śmiem nawet twierdzić, że dla samego zakończenia warto było ją przeczytać.

poniedziałek, 19 października 2009

"Przyjemność poznawania" Richard P. Feynman

Nieduża, cienka książeczka, do której zbierałam się (zbyt) długo, być może obawiając się "przeintelektualizowanego" podejścia. Niesłusznie. To po prostu opowieści naukowca o swojej pasji, czyli o nauce. No, nie tylko. Wykłady, wspomnienia ze szkoły, anegdoty z pracy, raport z badania przyczyn katastrofy Challengera, rozważania o religii. Szerokie spektrum, prawda? Bardzo dobrze się to czyta, z podziwem dla wielkiego umysłu i dla szczerości, z jaką to wszystko jest napisane. Uśmiechnęłam się tylko przy jednym ze wstępów autorstwa nie samego Feynmana, tylko kogoś innego, wydawcy chyba, mianowicie: Rozdział ten może sprawić trudność niektórym czytelnikom, jest to jednak tak ważna część spuścizny naukowej Feynmana, że mam nadzieję, iż znajdą oni czas na lekturę, nawet jeśli będą musieli opuścić kilka bardziej technicznych fragmentów. Och, nisko ceni wydawca czytelników, rozważania na temat miniaturyzacji komputerów nie są takie trudne. Tak dla zachęty: Z Bethe doświadczyłem wielu ciekawych przeżyć. Już pierwszego dnia przyszedł, a mieliśmy maszynę liczącą Marchanta, no więc przyszedł i mówi: "Sprawdźmy ciśnienie..." - do wzoru, ktory trzeba było zastosować, ciśnienie wchodziło w kwadracie - "ciśnienie wynosi 48,48 do kwadratu..." Podszedłem do maszyny, a on mówi, że to będzie około 2300, więc uruchomiłem maszynę, żeby to policzyć, a on, że jeśli chcę wiedzieć dokładnie, to jest 2304. No i było, 2304. Spytałem go, jak on to robi, a on na to: "To nie wiesz, jak podnosić do kwadratu liczby bliskie pięćdziesięciu? Jeśli to coś blisko 50, powiedzmy o trzy mniej, to to będzie o 3 mniej od 25, czyli 47 do kwadratu daje 22 plus coś, co jest równe kwadratowi dopełnienia do pięćdziesięciu. Na przykłąd tutaj dopełnienie jest równe 3, stąd 9 - czyli 47 do kwadratu to 2209. No i jak, zgadza się?" Zgadza. Zachęca? To polecam. Wszystkim, naprawdę.

niedziela, 18 października 2009

Dick Francis

Kurt Vonnegut w "Trzęsieniu czasu" napisał: 
"Pisarza Dicka Francisa spotkałem na Kentucky Derby przed wielu laty. Wiedziałem, że był kiedyś mistrzem jazdy konnej z przeszkodami. Powiedziałem, że jest wyższy, niż oczekiwałem. A on na to, że trzeba chłopa, aby utrzymać konia w czasie skoków przez przeszkody. Jego postać na stałe utkwiła mi w pamięci, ponieważ, jak mi się wydaje, w życiu jest podobnie: chodzi o utrzymanie szacunku dla samego siebie, dumy, gdy się pokonuje płoty, mury i wodę." 
Przeczytałam to i jakoś się ucieszyłam. Książek Dicka Francisa mam kilka, ale dwie szczególnie pamiętam, gdyż bardzo mi się spodobały od pierwszego czytania - "Bankier" i "Płatne przed gonitwą". Bardzo plastycznie i wiernie oddane środowisko wyścigów konnych, co się nieczęsto zdarza w kryminałach (tak, to kryminały). A teraz się dowiaduję, że przecież autor znał ten świat od podszewki! Teraz jasne! No przecież wcześniej nie wiedziałam, bo mało kto szuka informacji o autorze, przeczytawszy jego książkę, jakiś tam dobry kryminał (no ja nie), ale teraz już wiem. Fantastyczne uczucie.
I trochę z jego książek:  
"Przeczytałem jeszcze jeden artykuł, tym razem o szybkim teście antydopingowym dla koni wyścigowych opartym na przeciwciałach. Była to jedyna lektura, jaką mogłem znaleźć. Miałem przyjaciela - maniaka czytania, który był w stanie rozczytywać się w rozkładzie jazdy autobusów, jeżeli nie miał nic innego pod ręką."
  (Dick Francis 'Powrót", Świat Książki, W-wa 1994 s. 66.) Jakież to dla nas znajome i zrozumiałe, prawda? :)  

"Ceny oleju napędowego mogą pójść w górę, czytałem dalej. Nie znosiłem artykułów opartych na przypuszczeniach. Tak samo jak rubryki « lekarze ostrzegają». Lekarze powinni ostrzegać czytelników przed rubryką «lekarze ostrzegają»."  
(Dick Francis "Impuls", Świat Książki, Warszawa 1995, s. 106) Trafna uwaga!  

"Choć bardzo się starał, pełen wyniosłości ton głosu nie mógł ukryć pustki, która się pod nią kryła. Tak naprawdę Tigwood był miernotą, co stara się wynaleźć rolę dla siebie, samo w sobie nic dziwnego czy odstręczającego. Cóż innego miał robić? Pełznąć naprzód, załamując ręce, jak Uriasz Heep?" (Jak wyżej, s. 142)


Gdybym nie przeczytała wcześniej Dickensa "Dawida Copperfielda", nie wiedziałabym, kim był Uriasz Heep. Należy jak najwięcej czytać, by móc wyłapywać wszelkie niuanse. Uprzejmie proszę więc o rozciągnięcie doby.

sobota, 17 października 2009

"Labirynt" Kate Mosse

Ach, te tylne strony okładek! Zawierają tyle treści: zdjęcie autora, krótki życiorys, trochę z treści książki, informację, na ile języków ją przetłumaczono lub właśnie jest tłumaczona, do tego adres internetowy strony książki...Mnóstwo, mnóstwo. I dobrze, ma zachęcać. Choć czasem mnogość informacji zniechęca, to nie w tym przypadku. No i ta objętość - 480 stron to już coś.

piątek, 16 października 2009

"Sekretny wątek" Kylie Fitzpatrick


"Sekretny wątek" to książka z gatunku, co to jakby coraz częściej wpada mi w ręce. Schemat jest mniej więcej taki: jest sobie jakiś obiekt, przedmiot o sporym znaczeniu czy to religijnym, czy to historycznym i śledziemy losy tegoż obiektu na przestrzeni dziejów. Taka jest książka "Labirynt" Kate Mosse niedawno przeczytana, spodobała mi się, więc wzięłam do ręki przedmiotową ksiażkę.
"Sekretny wątek" opowiada o losach haftu z Bayeux, bardzo starego(sprzed dziewięciu wieków), bardzo długiego (70 metrów), przedstawiającego historię króla Edwarda, bitwę pod Hastings i podbój Anglii przez Wilhelma Zdobywcę. Główna bohaterka otrzymuje do przetłumaczenia łaciński rękopis, który w miarę tłumaczenia okazuje się pamiętnikiem jednej z twórczyń haftu. Przeskakujemy sobie z wieku dwudziestego pierwszego do jedenastego, tajemnicza kronikarka okazuje się przodkinią głównej bohaterki, wszystko ładnie i ślicznie i... i mdło. I nie wiem, czy to wina książki, czy też schematu, który za pierwszym razem (Labirynt) ujmował świeżością, a za drugim (Sekretny wątek) stracił urok nowości.
Ale przecież Chmielewska też tak jakby zastosowała ten chwyt w "Przeklętej barierze", więc ten drugi domysł chyba nietrafiony.
No nie wiem. Teraz mam na tapecie "Ósemkę" Katherine Neville, schemat wydaje się być taki sam, przeskok w dziejach jest, więc zobaczę.

czwartek, 15 października 2009

"Wilczy notes" Mariusz Wilk


Wrzuciłam do schowka po przeczytaniu recenzji Bazyla i miałam farta, że Olimpia, która pracuje w bibliotece, zajrzała do schowka. Na któreś spotkanie wzięła, pożyczyła mi i dzięki temu mogłam przeczytać. To opowieść o kawałku Rosji, którą poznał autor, czyli o Wyspach Sołowieckich na Morzu Białym. Albo też myśli, że poznał, bo właściwie na samym początku uprzedza, że Rosji poznać się nie da. No i teraz nie wiem, poznał, nie poznał...? Drażnią na początku rusycyzmy, nie tylko jako słowa, ale i szyk zdania. Na szczęście, w miarę czytania i wciągania się w naturalny rytm powieści, staje się to naturalne i zwykłe. Jeśli zaś chodzi o treść... Dziwnie się czyta o naszych sąsiadach, właściwie o małym wycinku "sąsiedztwa", gdzie wciąż króluje nędza, ludzie żyją z zapomóg i/albo kłusownictwa, państwo zapomina o biedocie, bo im tak wygodnie, a jednocześnie kupę pieniędzy wywala się w błoto, bo tak stanowi jedna pieczątka kogoś z góry. Dziwnie się czyta o rejsie, gdzie trzeba od czasu do czasu kryć się na brzegach, wyspach, bo rejs jest niedozwolony, a jeśli do tego dodać, iż na pokładzie jest człowiek obcego pochodzenia, to już więzienie pewne. Dziwnie się czyta o człowieku, który tam mieszka, żyje i jakoś mu się tam podoba (skoro uparcie tam siedzi), bo mnie osobiście błota, mgły i lody Sołowki przyprawiają o dreszcze.

środa, 14 października 2009

"Rodeo" Ken Kesey, Ken Babbs


To powieść, której współautorem jest Ken Kesey, znany przede wszystkim z "Lotu nad kukułczym gniazdem". Napisał to razem z Kenem Babbsem - wspólna powieść wyszła im znakomicie. To historia słynnego rodeo, które odbyło się w Pendleton w stanie Oregon w 1911 roku. Chciałabym rzucić nieco światła na historię powstania książki. Otóż Kesey legendy o sławetnym rodeo słyszał już jako dziecko, od ojca, po raz pierwszy z okazji przejeżdżania obok Pendleton. Potem już odwiedzał to miasteczko całą rodziną, uczestnicząc w zabawach i festynach, a jeszcze później, jako młodzieniec wybrał się tam samotnie jako turysta, już na miejscu zbierając opowieści naocznych świadków (jeszcze żyli). Te opowieści gdzieś tam w nim siedziały, skoro po latach postanowił spisać je i opublikować. Ken Babbs, jego przyjaciel, pomagał mu zbierając informacje, takie jak artykuły z gazet, wywiady, archiwalne zdjęcia. Wspólnie wędrowali konno po szlakach Oregonu, łykając kurz z dróg, pijąc kawę przy ognisku - tak powstała powieść "Rodeo".
Historia pierwszego rodeo w Pendleton to właściwie historia trójki rywali i przyjaciół, Jonathana Spaina z Tennessee, Murzyna George'a Fletchera i Indianina Jacksona Sundowna. Wszyscy troje byli kowbojami, przybyłymi na rodeo, by wygrać i zgarnąć główną nagrodę. Napisałam przyjaciół? Tak, zaprzyjaźnili się w ciągu tych paru dni. Rywale? Tak, wszak każdy z nich chciał być tym najlepszym. Przyjaźń i rywalizacja splatają się tu w przepiękny wzór, pełen ciepła, uroku, kobiet, koni, whisky i innych drobiazgów.
Wszystko to widzimy oczami Jonathana, siedemnastolatka zaczynającego karierę jako kowboj. Towarzyszymy mu od początku, od momentu, kiedy jedzie pociągiem przez pół Stanów Zjednoczonych do Pendleton, kiedy poznaje dwójkę pozostałych kowbojów, kiedy bierze udział w poszczególnych konkurencjach, kiedy poznaje miejscową dziewczynę i zakochuje się w niej, kiedy zostaje wciągnięty w światek brudnych pozakulisowych interesów, kiedy szuka miejsca do spania i czegoś do jedzenia, kiedy próbuje wraz z Indianinem herbatki z bieluniem, kiedy budzi się nagi w chińskim podziemnym mieście, kiedy zakłada się, że utrzyma się na narowistym koniu przez 15 sekund i wygrywa zakład, gryząc konia w nos, kiedy... Takich "kiedy" mogłabym pisać jeszcze dużo, te kilka dni obfituje w taką mnogość zdarzeń, że aż wydaje się nieprawdopodobne, że aż tyle mogło się zdarzyć w tak krótkim czasie. A jednak, zdarzyło się. Wspaniale, soczyście opisane jest to wszystko, na chwilę czytelnik przepada ze szczętem dla świata i przenosi się w tamte czasy.
Nie tylko akcja wciąga, są jeszcze postacie, tak wyraziste i soczyste. Murzyn George Fletcher, śmiały wesołek. "[...]w oczach tańczyły mu figlarne iskierki. Prawdę mówiąc, wszystko w nim tańczyło, poczynając od ruchliwej twarzy, a kończąc na nogach w długich, kowbojskich butach. Kiedy kręcił się po wagonie, gadając bez przerwy, miałem wrażenie, że cały czas tańczy do rytmu słów płynących ze swoich ust."
Indianin Jackson Sundown, stoicki, małomówny, wysoki. "Chudy, dumnie wyprostowany mężczyzna o nieprzeniknionej twarzy, z kapeluszem o płaskim rondzie, spod którego wyzierała para małych, okrągłych oczu". "Indianin trzymał się prosto, jakby kij połknął. I choć jego oczy błyszczały równie intensywnie jak oczy Murzyna, nic w nich nie tańczyło. Nawet nie mrugały. Drążyły człowieka niczym para świdrów". Czy ci dwaj kogoś wam nie przypominają? Dam głowę, że w jakiś sposób obaj są pierwowzorami głównych bohaterów "Lotu nad kukułczym gniazdem". Jest jeszcze Bufallo Bill, ta słynna postać Dzikiego Zachodu! Ale w książce nie budzi sympatii, to on jest tym (między innymi) czarnym charakterem, właściwie nieco już przyszarzałym, bo to stary, sterany życiem człowiek, żyjący blaskami dawnej świetności.
Znakomita książka. Tylko zakończenie historii jest... smutne. Jak w życiu, gdy coś się kończy. Kończy się rodeo, kończy się rejwach, harmider, gorączka. Szare, zwykłe życie puka do drzwi. Tym bardziej powinniśmy pamiętać o rodeo w Pendleton w 1911 roku. Szkoda mi trochę, że ta książka jest mało znana. Warto ją przeczytać, naprawdę. Obejrzeć wspaniałe zdjęcia (autentyczne). Poczuć klimat dalekiego kraju i dawnej jego świetności.
----
To powyżej to jest co, co zamieściłam w biblionetce. Dodać chcę jeszcze, że z każdą kolejną książkę autorstwa Kesey'a utwierdzam się w przekonaniu, że to pierwszorzędny pisarz i z pewnością będę sięgać po inne jego książki, których jeszcze nie miałam okazji przeczytać.
Co do zdjęć w w/w książce: są absolutnie fantastyczne. Zarówno te pozowane, w studio, jak i te z rodeo, ujeżdżanie koni (bardzo widowiskowe), jazda na bizonie, czy wreszcie Indianin Sundown, stojący obok samochodu, który sobie kupił za wygrane pieniądze. Nigdy nie nauczył się jeździć, do końca życia woziła go żona, a on siedział z tyłu. Co się tyczy Jonathana, po trzech latach od rozpoczęcia kariery kowboja stracił rękę, wokół której owinęło się lasso. Jeździł dalej, wygrywając kolejne konkurencje w kolejnych latach i dożył sędziwego wieku. Nazywano go kowbojem-dżentelmenem. I tak dalej, i tak dalej... Naprawdę wciągnęły mnie ich losy.

wtorek, 13 października 2009

"Historia piękna", "Historia brzydoty" Umberto Eco, Girolamo de Michele

Te dwie pozycje aż się proszą, by stać razem na półce, po to, by móc sięgać na przemian to po jedną, to po drugą. Ja tak nie zrobiłam, najpierw sięgnęłam po piękno, potem po brzydotę.To wydania typowo albumowe, duże, ciężkie, drukowane na pięknym, kredowym papierze, z olbrzymią ilością ilustracji. Szczerze powiedziawszy, nie przeczytałam tych książek dokładnie, moje pierwsze podejście do obu tomów było czysto wizualne, nie treściowe. Oglądałam po prostu obrazki: reprodukcje obrazów, szkice, grafiki i zdjęcia. Pogrupowane jest to wszystko z grubsza chronologicznie na przestrzeni dziejów, a wybierane według klucza znanego tylko autorom. Omawiane jest piękno i brzydota (o ile mogłam to zauważyć) językiem jakby filozoficznym, a na pewno nieprostym. Na moje szczęście jest też mnóstwo cytatów z literatury przeróżnej i to (zdaje mi się) trudno dostępnej. Przy drugim podejściu będę delektować się więc czytelniczo. Odautorskie komentarze zostawię sobie na koniec, to będzie trzecie czytanie. Uprzedzam lojalnie co wrażliwszych czytelników: nie bierzcie się do "Historii brzydoty" przed snem. Miałam nieszczęście tak uczynić, a potem męczyły mnie koszmary. Co dowodzi siły wyrazu obrazów zamieszczonych w książce, nieprawdaż.

niedziela, 11 października 2009

"Zew Cthulhu" H. P. Lovecraft


Ze smutkiem pragnę napisać, że do nielicznych książek, których mimo chęci nie dałam rady przeczytać, nalezy też wyżej wymieniona.
Ze smutkiem, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych książek. Ale nie dałam rady, niestety. Budowanie nastroju grozy(?), okropności (?) i ogólnie czarnego nastroju za pomocą określeń "odrażająco brzydka", "cuchnące i straszne miasto", "wynaturzone osobliwości" i inne tego typu wydaje mi się mało subtelne i generalnie do bani. A już zdanie: "Na widok nieskończenie długich ulic świecących obłędną pustką i śmiercią i na myśl o ciągnących się bezkreśnie, spowitych mrokiem mieszkaniach, które wypełniały tylko pajęczyny i wspomnienia i nad którymi zawładnęło teraz robactwo, ogarniał człowieka lęk i odraza, i chyba nawet najwymyślniejsza filozofia nie byłaby w stanie się im oprzeć." rozłożyło mnie na łopatki. I poległam. Na 124 stronie, więcej nie będzie.

Jest ktoś, kto to przeczytał i mu się podobało, bądź znalazł w tym coś ciekawego i interesującego?

(?) - znaki zapytania, bo ani w tym grozy, ani okropności nie było.