środa, 17 czerwca 2015
"Zuzia dostaje kieszonkowe" Liane Schneider
Książka z serii "Mądra Mysz", czyli taka, którą rodzic ma przeczytać dziecku, po czym omówić, objaśnić, co tam jeszcze zostało do objaśnienia i odpowiedzieć na pytania. Dodatkowo w "Zuzia dostaje kieszonkowe" trzeba przygotować się na wyciągnięcie portfela i prezentację posiadanych zasobów gotówki (i biada nam, jeśli gotówki nie mamy!).
Po co ta prezentacja? A po to, żeby uświadomić kilkulatka, że:
- towary kupuje się za pieniądze (zabawki też są towarem)
- co oznaczają różne nominały na monetach i banknotach
- jak się dodaje pieniądze (nie liczymy monet na sztuki!)
- jak można pieniądze oszczędzać i co się z tego ma
Jak widać, to podstawy ekonomii.
Zuzia, bohaterka książki, chce dostać nową zabawkę, ale nie ma tak łatwo, że pstryknie palcami i już. Ma sobie zaoszczędzić pieniądze. Tata zobowiązuje się do wypłacania dziewczynce kieszonkowego, a Zuzia dostaje świnkę skarbonkę na oszczędności.
I ja osobiście na tym etapie (podarowania dziecku świnki) bym skończyła. Zrobiłabym błąd. Bo skoro my, dorośli, już nie odkładamy kasy do skarpetki, tylko lokujemy na koncie, to dlaczego od razu nie uczyć tego dzieci? Więc skarbonka tak, ale też i konto oszczędnościowe w banku, które Zuzi zakładają rodzice. I już wiadomo, po co trzyma się kartę do konta w portfelu, jak się wyciąga kasę z bankomatu i dlaczego nie można wyciągnąć więcej niż się ma na koncie. Dla dorosłych to truizmy, dzieciom to trzeba porządnie i dokładnie wytłumaczyć. Nie przejmując się, jak czegoś nie zrozumie od razu. Wcześniej czy później zrozumie. A ta książka na pewno w tym pomoże.
Jeszcze sobie tylko powspominam - za moich czasów w szkole miało się książeczki SKO. Szkolna Kasa Oszczędnościowa - tam się wpłacało pieniądze i zbierało na coś wypasionego. Albo i nie zbierało i przepuszczało kasę na lody. Ech, nie pamiętam, czy zbierałam, czy przepuszczałam...
Jedno zdanie na temat ilustracji- są ładne, jasne i czytelne, ale najprzyjemniejsze jest w nich to, że wszyscy tam się uśmiechają! Jakie to miłe.
Bardzo dziękuję za książkę wydawnictwu Media Rodzina.
"Zuzia dostaje kieszonkowe" Liane Schneider, ilustracje Annette Steinhauer, tłumaczyła Emilia Kledzik, Media Rodzina, Poznań 2014.
wtorek, 16 czerwca 2015
[Notes] Rhodia Classic A4 Black/Orange
Zeszyty o formacie A4 jakoś nigdy nie budziły mojego szczególnego zainteresowania. Za duże, żeby nosić w torebce, za wysokie, żeby ustawić na półce z notesami. Kiedy dostałam przesyłkę, w której były dwa zeszyty Rhodia w tym właśnie formacie, zamyśliłam się: jak je wykorzystać? Nie leżały zbyt długo, zabrałam się bowiem do sporządzania drzewa genealogicznego dla mojej mamy. Kartki z tego notesu bardzo mi się przydały do robienia szkiców poszczególnych gałęzi. Wyrywałam ze środka, bo wtedy miałam do dyspozycji format A3. Uwierzcie mi, takie drzewa zajmują bardzo dużo miejsca. Poniżej zeszyt, po bokach szkice, a pod spodem jeszcze większe szkice.
Jak mi się pisało? Znakomicie. Papier w Rhodii jest bardzo dobrej jakości, gładki i bardzo przyjemny. Fantastycznie przyjmuje atrament, nie zaobserwowałam strzępienia ani przebijania atramentu na drugą stronę kartki. Nawet prześwitywanie widać tylko w minimalnym stopniu, choć do testów użyłam pióra Pelikan Script o dość szerokiej stalówce 1,5. Dużo atramentu tą stalówką spłynęło na kartkę, ale po drugiej stronie ledwo to widać. Poniżej strona zapisana tym Pelikanem, a jeszcze niżej, jak to wygląda po przewróceniu kartki. Drobniejsze pismo to Lamy Safari.
Pisałam tylko piórem, więc nie wiem, jak na papierze będzie zachowywał się długopis, ale z doświadczenia wiem, że jeśli coś jest dobre do pióra wiecznego, to nada się też do długopisu. Odwrotnie nie zawsze się sprawdza. Długopisów nie lubię i nimi nie piszę, ale mam pod ręką dwa pióra kulkowe. Zabieram się za Parkera, kreślę kilka słów i zaglądam na drugą stronę kartki. Efekt jest taki jak przy piórze - leciutkie prześwitywanie. A teraz pióro kulkowe Sheaffer, które zapodaje nieco więcej tuszu niż parkerowskie. I ta zależność widoczna jest po drugiej stronie kartki, ale śmiem przypuszczać, że zauważy to tylko wprawne oko. Dla przeciętnego użytkownika nie będzie to w ogóle uciążliwe.
Poniżej fotka z próbkami pisma piórami kulkowymi i ich drugie strony.
Na uwagę zasługuje okładka. Myślałam, że jest z tworzywa sztucznego, na stronie twojepioro.pl piszą, że laminowana. Pewnie to jedno i to samo. Jest elastyczna, można zeszyt zwinąć w rulon, wpakować do torebki czy kieszeni, po czym wyjąć i rozwinąć, bez żadnej szkody dla kartek czy okładki. Całkiem na marginesie marginesów napomknę, że ta okładka świetnie sprawdza się jako podkładka pod myszkę ;)
Tak sobie myślę, że firma Rhodia naprawdę dba o klientów i swoje produkty dopieszcza. Tak, zdaję sobie sprawę, że wiąże się to z odpowiednią ceną. Jakość kosztuje.
Jeszcze dwie fotki kawałków okładki z tyłu - mamy wszelkie niezbędne informacje w pigułce plus certyfikat PEFC. Wiecie, co to? Świadczy to o tym, że papier użyty do produkcji notatnika pochodzi z lasów zagospodarowanych w zrównoważony sposób. Żadnego wycinania na pałę (jak idą pod piłę lasy amazońskie), tylko tniemy, sadzimy i dbamy.
Na koniec garść informacji technicznych (chyba powinny być na początku, ale mi się zapomniało):
- 96 stron w linię
- wymiary 21x29,7 cm
- gramatura papieru 80 g/m2
- papier bezkwasowy o neutralnym pH
- brzegi kartek zaokrąglone
- notes zszyty trzema zszywkami
- linie w kolorze bladofioletowym co 8mm
- okładka laminowana w kolorze czarnym lub pomarańczowym
Dla mnie Rhodia aktualnie jest na samym szczycie listy notesów dla piórmaniaka.
Za notesy bardzo dziękuję firmie Twojepióro.pl.
P.S. W następnym odcinku o notesach napiszę o czymś, co mnie BARDZO zasokoczyło.
poniedziałek, 15 czerwca 2015
"Silver Spoon" Hiromu Arakawa - manga!
Moje pierwsze spotkanie z mangą! Dotychczas broniłam się rękami i nogami. Bo wiecie, te mangi, to mają stronę tytułową z tyłu! Do tego postacie jak krzyczą, to im się jama gębowa rozciąga piętnastokrotnie. A dziewczyny mają oczy na pół głowy i kreskę zamiast ust. Dzikie, nie?
Ponieważ jednak koleżanka Szyszka postawiła mnie przed kilkoma mangami i powiedziała "spróbuj", a nie było gdzie uciekać, to spróbowałam.
Co z tego wyszło? Hehe, radocha. Główny bohater dostarczył mi sporo uciechy. Hachiken Yugo, nastolatek świeżo po gimnazjum trafia do szkoły średniej. To szkoła rolnicza, ma własne uprawy, hodowlę krów, świń, stajnie i kurzą fermę. Chłopak o rolnictwie wie tyle, że istnieje, a szczegółów dowiaduje się od kolegów (pochodzących w większości z gospodarskich rodzin), albo od wykładowców. Nieładnie jest się tak wyśmiewać z niewiedzy, biję się w piersi ze skruchą, ale doprawdy, przerażenie Hachikena dowiadującego się, skąd się biorą jajka, jest przekomiczne.
Dobrze, skąd on tam się wziął w takim razie? Tego na razie nie wiem, wiadomo jedynie, że chłopak chciał wyjechać jak najdalej od domu. Węszę tu jakąś mroczną rodzinną tajemnicę lub też ekstremalny przypadek młodzieńczego buntu, w ostateczności może to też być molestowanie seksualne.
Powracając do mangi: rozwija się całkiem nieźle, choć i schematycznie. Najpierw Hachiken czuje się obco, potem poznaje otoczenie i ludzi, pojawia się dziewczyna, pojawiają się też zainteresowania i różne osiągnięcia. Rety, aż mi się czasy szkoły średniej przypomniały! Też tak miałam - najpierw samotność (mieszkałam w internacie, daleko od domu), potem jakoś się poukładało i poszło w dobrym kierunku. Ciekawam, jak pójdzie Hachikenowi.
Przyznam się, że cholernie trudno było przestawić się na czytanie od tyłu i od prawej do lewej. Uff, dobrze, że nie od dołu do góry!
"Silver Spoon" Hiromu Arakawa, tłumaczenie Janek "Jonas" Świderski i Aleksandra Kuklińska, Waneko, Warszawa, 2013.
sobota, 13 czerwca 2015
[Sława Pawłysz] "Biała śmierć" Kir Bułyczow
Zbieram sobie te opowiadania o Pawłyszu jak grzybki do koszyka. I każde kolejne odkryte sprawia mi frajdę. Co tym razem u Pawłysza słychać?
Ma trzydzieści cztery lata, jest lekarzem pokładowym na statku "Kompas". Ten statek właśnie leży rozbity na planecie Posterunek, a Sława jest jedynym pozostałym przy życiu członkiem załogi, nie licząc tych zahibernowanych.
Ach, jakie dramatyczne okoliczności. Planeta kompletnie nie odwiedzana, statek rozbity tak przemyślnie, że chociaż załoga we śnie ocalała, to obudzić jej nie sposób, bo aparatura wybudzająca padła. Łączności też nie ma - i co teraz? Nawet ziemniaka nie ma.
Mogłoby się wydawać, że to będzie lekcja przetrwania na obcej planecie, ale to przecież Bułyczow, on nie pisze survivalowych poradników, wiem, że wymyśli coś ciekawego.
Pawłysz spostrzega w oddali błyskające światełko, co oznacza jakiś odprysk cywilizacji. Wyrusza więc w drogę do światełka, mniemając, że to jedyna szansa na ratunek. Co kryło się za ognikiem, zaskoczyło Sławę i mnie. Otóż, ktoś tam sobie przeprowadzał rozbudowany eksperyment socjologiczny, zaś Pawłysz wlazł w prace badawcze z butami i jeszcze porządnie podeptał grządki.
Postępował według norm moralnych obecnych w każdym uczciwym człowieku, zaś eksperymentatorzy zarzucili mu niepotrzebne i nieprofesjonalne uleganie emocjom. On ratował istoty, którym groziło niebezpieczeństwo, oni beznamiętnie patrzyli, jak dobór naturalny robi swoje. Konflikt, wydawałoby się, nie do rozwiązania. A jednak działania Pawłysza przynoszą efekty, które naprawdę przydadzą się badaczom, choć sam eksperyment wziął w łeb i dalsze jego kontynuowanie nie ma sensu.
Ciekawe jest to, że autor wmanewrował Pawłysza w sytuację, gdzie spotyka naraz dwie obce rasy: a bardzo wysokim stopniu rozwoju oraz na niskim. Jakoś w ogóle szczegóły dotyczące tych pierwszych wcale Sławy nie interesują. Woli pochylić się nad maluczkimi. Ot, jaki święty Franciszek z niego. Teraz się chyba inaczej pisze, żądni jesteśmy wiedzy i nowinek technicznych, nieprawdaż?
Kwestie społeczne mocno obecne, jak w mojej ulubionej "Osadzie", ale całe opowiadanie, choć ciekawe, jakoś nie powala. Nic nie szkodzi, i tak lubię Pawłysza.
Dzięki, Ola, za pożyczkę!
"Biała śmierć" Kir Bułyczow, ze zbioru "Galaktyka I", Iskry, Warszawa, 1987
piątek, 12 czerwca 2015
"Apostezjon" Edmund Wnuk - Lipiński
Ciekawe doświadczenie. Zafundowałam sobie jednocześnie powrót do przeszłości oraz nowe wrażenia. A wszystko za sprawą trylogii "Apostezjon", składającej się z trzech części: "Wiru pamięci", "Rozpadu połowicznego" oraz "Mordu założycielskiego".
"Wir pamięci" czytałam już wcześniej, duuuużo wcześniej. Miałam wtedy jakieś, no sama nie wiem, dziesięć czy dwanaście lat. Trudno mi teraz powiedzieć, ile wtedy zrozumiałam z lektury. Z całą pewnością nie miałam pojęcia o konotacjach ustroju Apostezjonu z ustrojem, w jakim żyłam. Ot, mojej rodziny nie bawiła polityka, a komentowanie rzeczywistości bardziej skupiało się na sprawach przyziemnych, a nie na omawianiu rządu i rządzących. Chłopski pragmatyzm.
Zdaje mi się, że powieść odebrałam jako swoisty kryminał - co prawda bez trupa, ale ze skomplikowaną zagadką do rozwiązania. To dlatego, że w kryminałach byłam obczytana koncertowo - leżały w domu wszędzie i nie mieściły się w szafkach.
A teraz? Teraz to wiadomo. Aparat władzy, terrorystyczno-farmakologiczne trzymanie społeczeństwa za mordę, represje i nierówna walka jednostki z systemem. Przyznam się jednak, że to wszystko odnalazłam dopiero w drugim i trzecim tomie trylogii, w pierwszym nie (choć przecież tkwi to tam jak pestka w śliwce), bo mi się tryb wspomnieniowy włączył. Zadziwiające, jak wiele fragmentów pamiętałam po latach! Ucieczkę Iry Dogowa z mieszkania, współpracę z temporystami, pamiętam grupę speców (policjantów) szukającą zbiega oraz drugą grupę, też poszukiwawczą, której intencji długo nie byłam w stanie zrozumieć.
Pomysł na poszukiwanie swojej tożsamości przez Irę zachwycił mnie jednocześnie (błyskotliwy umysł) i przeraził (jak to jest już nie być sobą?). Wiersz, tak lubiany przez bohaterów powieści, czytałam, przypominając sobie wers po wersie...
Dobrze, tak się rozwodzę nad meandrami pamięci, ale co dalej z Apostezjonem? Ano to, co zwykle była z takimi ustrojami. W końcu niepokoje społeczne, buzujące cicho pod pokrywką, przybiorą na sile i wykipią. Po drodze funduje mi autor opis obozów hm, resocjalizacyjnych; pracę oddziałów specjalnych; szukanie własnej drogi przez bohaterów, którzy albo nigdy nie wierzyli albo zwątpili w system. Przewroty wojskowe, postać Wargacza, który niczym Mesjasz wyzwala ludzi z okowów własnego umysłu - wszystko to porywa podczas czytania. Jak "Przenicowany świat" Strugackich.
czwartek, 11 czerwca 2015
"Masza i niedźwiedź"
Znacie bajkę "Masza i niedźwiedź"? Trzy miesiące temu jeszcze jej nie znałam, ale jakoś odkryły ją moje dzieci i pokochały głęboką miłością (kanał ABC, godzina dwudziesta z minutami). Kiedy dostałam pakiet książek z Maszą od wydawnictwa, były przeszczęśliwe.
Kim jest Masza? Dziewuszką. Właśnie tak, nie dziewczynką, a dziewuszką. Bajka jest rosyjska (choć zdaje się produkowana na zachodzie), więc Masza ma chustkę na głowie i tradycyjną sukienkę. Zaś niedźwiedź to emerytowany cyrkowiec - to zdaje się domena rosyjskich cyrków: misie na rowerach.
Jak się dogadują miś i dziewuszka? Fantastycznie. Dzięki nieziemskiej cierpliwości i pomysłowości niedźwiedzia, który umie Maszę zabawić, nakarmić i wyprowadzić w pole (niekiedy do lasu). Bo Masza ma niespożyte pokłady energii oraz nietypowe pomysły na zabawy, toteż czasem trzeba jej te pomysły wybijać z głowy. Masza i miś razem są cudowni.
Książki wydawane przez Egmont oparte są na bajce telewizyjnej - ilustracje są grafikami z bajki - prześlicznymi zresztą. Historyjki opowiedziane w książeczkach są napisane ładnym, poprawnym językiem, takim, które dzieci bez problemu zrozumieją, ale nie przesłodzonym ani nie uproszczonym (ech, kiedyś trafiłam na bajki dla dzieci, które pisał ktoś albo niedouczony, albo na ciężkim kacu).Ale zalecałabym większą staranność w przekładaniu bajki filmowej na pisaną - jedna ze scenek w "Pierwszym spotkaniu" została błędnie zinterpretowana i opisana. Dziecko mi na to zwróciło uwagę, od tego czasu muszę pamiętać, by przy czytaniu zmieniać nieco treść.
Oprócz klasycznych książek mieliśmy też możliwość zapoznania się z kolorowankami i zeszytami zadań. Do tego naklejki. Dzieci kochają naklejki, a moje nie są wyjątkami. Zeszyty są bardzo zróżnicowane: są zwykłe kolorowanki, są labirynty, są obrazki "znajdź pięć różnic", ćwiczenia spostrzegawczości, koncentracji, pamięci, ćwiczenia grafomotoryczne, sekwencje, czytanie, kategoryzowanie... I to wszystko w lekkiej i dowcipnej formie. Udała się ta Masza!
Są też i zastrzeżenia. Bardzo proszę o dbałość o szczegóły (jest krzyżówka - pomylona jest numeracja haseł, gdzieś tam trafia się literówka) oraz o bardzo uważne wybieranie drukarni. Jeden z zeszytów ma okropne naklejki, w ogóle nie podocinane, nie do użycia (próbowałam, tylko podarłam wszystko). Drukowany w Krakowie. Pozostałe dwa, drukowane w Łodzi, mają naklejki idealne, dla trzylatki to była czysta przyjemność odklejać i naklejać.EDIT: Zdaje się, że trafiłam na felerny egzemplarz "Skarbczyka filmowego", bo okazało się, że z trzech kartek z naklejkami tylko pierwsza była nie podocinana, pozostałe dwie już w całkowitym porządku. Gilotyny stępione czy co?
Bardzo dziękuję wydawnictwu Egmont za książki!
"Masza i Niedźwiedź. Pierwsze spotkanie" O. Kuzovkov, Ilya Trusov
"Masza i Niedźwiedź. Podrzutek" O. Kuzovkov, Ilya Trusov
"Masza i Niedźwiedź. Księga zabaw. Na rybach" M. Shantyko, N. Zalomaeva
"Masza i Niedźwiedź. Koloruj i naklejaj."
"Masza i Niedźwiedź. Skarbczyk filmowy"
środa, 10 czerwca 2015
"Pamięć wszystkich słów" Robert M. Wegner
Nie macie pojęcia, jak ja na to czekałam! A może i macie, bo czekaliście tak samo niecierpliwie jak ja.
Jednak jako że miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z wydawcą, czyli z ekipą Powergraphu na Polconie w B-B, dowiedziałam się co nieco o tym, jak się książki pisze, poprawia, sprawdza i redaguje. To procesy wymagające czasu, dokładności i staranności - warto więc poczekać, żeby dostać coś naprawdę dopracowanego.
Pamiętacie, o czym pisał autor w poprzednich częściach cyklu? Ja niestety nie bardzo. Trochę mi to przeszkadzało na początku, nie umiałam się odnaleźć w powieściowym świecie. Przez jakieś 100 stron. Potem machnęłam ręką i obiecałam sobie, że jak skończę "Pamięć...", to biorę się za cały cykl od początku - i wtedy wszystko, co niejasne, na pewno się wyjaśni.
Ten tom cyklu skupia się na dwóch wątkach i na bohaterach znanych nam już z poprzednich części. Pierwszym jest Altsin, kiedyś złodziej, obecnie mnich, kryjący się w klasztorze w mieście Kamana na wyspie Amoneria. Druga osoba to Deana z plemienia Issaram, która z powodu konfliktu musi udać się na (nieco przydługawą, jak się okaże) pielgrzymkę.
Altsin ma w głowie boga, który bardzo mu się w tej głowie rozpycha i w ogóle chciałby być głównodowodzącym w tej parze. Ale gospodarz mu na to nie pozwala i z całych sił szuka sposobu, by się nieproszonego gościa pozbyć. Ma mu w tym pomóc wiedźma, ale zdaje się, że jedna wiedźma to będzie za mało...
Deana opuszcza wioskę nie tyle z chęci odbycia pielgrzymki, ale by nie musieć wychodzić za mąż za zupełnie obcego jej faceta (ach, te wyroki starszyzny wioskowej czasem są niezbadane). Wędrówka przez pustynię przynosi jej kolejno: porwanie przez bandytów, ucieczkę z współtowarzyszami niedoli, pobyt w mieście w luksusowych warunkach, romans, znów ucieczkę oraz walkę. Plus, jak wisienka na torcie, obserwacja miasta i jego mieszkańców (bodaj najciekawsza część książki). Biblioteka w mieście, ach, cóż za piękna scena.
Pomiędzy Deaną i Atlsinem plączą się jeszcze bogowie i boginie i półbogowie... cała chmara. Och, jak mnie ten wątek irytował! Był taki mglisty, niejednoznaczny, wrr! Jak rozmawia bóg z bogiem, to tylko po to, żeby im szczęki nie zardzewiały, wiecie? I dlatego wypowiadają na głos (i do czytelnika) co trzecie zdanie, reszta jest nadawana telepatycznie.
Czy pod koniec tomu wyjaśnia się nieco sprawa z bogami? Trochę, ale nie do końca. Trzeba pamiętać, że to dopiero czwarty tom, nie można za wcześnie rozwiązywać wątków!
Czytam tak sobie i czytam, obserwuję zmagania Atlsina z bogiem i Deany z własnym sercem i coś mi spokoju nie daje. No właśnie, gdzie są Krwawe Szóstki i mój ulubiony rudy porucznik? Na szczęście, objawili się pod koniec, ale chyba tylko po to, żeby nie zawieść wiernych wielbicieli - i znikli.
A ty czekaj, człowieku, na następny tom!
Robert M. Wegner tak pisze powieści, że się w ten jego meekhański świat wpada i zostaje długo. To niebezpieczne. Kilka dni po skończeniu "Pamięci..." jeszcze tam siedziałam i nie umiałam się wydostać. Żadna inna książka, komiks, nic nie wchodziło, Meekhan i koniec! Zastanawiałam się, co mnie tak w tej książce przyciąga. Chyba najbardziej bohaterowie. Są w porządku. Mają czasami za uszami, ale przeważnie są z gatunku takich, co to znienacka nie wsadzą ci kosy pod żebro. Mają wątpliwości czy rozterki, to stan doskonale znany każdemu, ale wszelkie dylematy starają się uczciwie rozstrzygać, w zgodzie z sobą. Podoba mi się to.
Co innego bogowie, ale już od dawna (od greckiej i rzymskiej mitologii poczynając) wiadomo, że to podstępne i dwulicowe bestie. Za grosz nie można takim wierzyć.
Jeszcze malutkie słówko o języku. Nie ma udziwnień, nie ma wydumanych porównań, nie ma quasi-zabawnych powiedzonek, jest prosto. Przypomina to sposób pisania braci Strugackich, którzy też nie silili się na cuda wianki językowe, ale to, co napisali, dawało do myślenia.
Kończę te przydługawe wynurzenia, ale nie rozpaczliwym pytaniem "kiedy następny tom?", bo odpowiedź akurat na to pytanie znam. Byłam na spotkaniu autorskim i się dowiedziałam, że będzie, jak się napisze. Kończę apelem.
Panie Robercie, niech pan pisze! Znakomicie to panu wychodzi!
Kasiu, bardzo dziękuję za książkę. Wydajesz tak dobre i dobrze zredagowane książki, że tylko pozazdrościć.
"Pamięć wszystkich słów" Robert M. Wegner, Powergraph, Warszawa 2015
niedziela, 7 czerwca 2015
"Fistaszki zebrane 1969-1970" Charles M. Schulz
Czy jest ktoś, kto nie zna "Fistaszków"? Mnie wydaje się to niemożliwe, ale ja z tych, co lubią i cenią komiksy. Jest natomiast trochę osób, które nie znają takiej literatury, albo też znajomość ta zaczęła się i skończyła na Tytusie, Romku i A'Tomku. Tych ludzi chciałabym zachęcić do czytania komiksów. A "Fistaszki" świetnie się nadają na początek przygody z obrazkami.
Pozwolę sobie zamieścić krótką ściągę - czyli z czym to się je.
1. Autor.
Charles M. Schulz to Amerykanin, z wykształcenia rysownik (po kursie korespondencyjnym). Publikował paski komiksowe w gazetach. Z grubsza rzecz biorąc, z tego żył.2. Jego dzieło.
Olbrzymia ilość pasków (dokładnie 17897) rysowanych przez całe lata, od 1950 do 1999 roku.3. Bohaterowie.
Grupka dzieciaków w wieku wczesnoszkolnym plus pies plus ptak.4. O czym to?
Ha! Czy ktokolwiek kiedykolwiek zdołał to jednoznacznie określić? Ale nie martwcie się, ja zdołam i wam przekażę.Otóż to jest o życiu, o nadziejach, złudzeniach, marzeniach i rzeczywistości. O zderzeniu wewnętrznego "ja" z kamiennie obojętnym światem.
Słuchajcie: niech was nie zwiodą obrazki, te dzieci z dużymi głowami - to NIE JEST radosny dziecięcy świat.
"Fistaszki" są pełne smutku, kompleksów, neurastenii i zawiedzionych nadziei. Pamiętajcie o tym, gdy weźmiecie je do ręki. I weźcie je do ręki, bo są mądre, prawdziwe i znakomicie narysowane. I można w nich znaleźć słońce.
Oraz dobre rady.
Bardzo dziękuję za egzemplarz wydawnictwu Nasza Księgarnia.
"Fistaszki zebrane 1969-1970" Charles M. Schulz, przełożył Michał Rusinek, Nasza Księgarnia 2014.
czwartek, 4 czerwca 2015
[Thorgal] "Kriss de Valnor" Rosiński, Van Hamme - Bomba
Kriss de Valnor co jakiś czas wyskakuje jak diabełek z pudełka i robi mnóstwo zamieszania wokół siebie. Ileż drapieżnej energii ma w sobie ta kobieta!
Tym razem los zderza Kriss nie z Thorgalem, a z Aaricią i jej dziećmi. Rodzinę Aegirssonów zesłano do kopalni srebra za notoryczne ucieczki, a tam kto się pojawia? Kriss! Jako więźniarka, ale i nadzorczyni (wiecie, jak kapo w obozie). Na widok Jolana błyskawicznie układa w głowie plan ucieczki, pamiętając, co chłopak potrafi. Ucieczka - no, pytam się, jak myślicie, udaje się czy nie? Biorąc pod uwagę umiejętności Jolana, determinację Aaricii i bezwzględność Kriss? Ależ oczywiście, macie rację.
Prawdziwym zaskoczeniem jest zupełnie coś innego i teraz uprzedzam, będzie spoiler.
S
P
O
I
L
E
R
Otóż okazuje się, że oprócz Aaricii, Jolana, Louve i Kriss w ucieczce uczestniczyła jeszcze jedna osoba, a raczej osóbka. To syn Kriss de Valnor i Thorgala: malutki, czarnowłosy, niemy chłopczyk o imieniu Aniel.
Dacie wiarę? Dwie kobiety i trójka dzieci Thorgala razem. Aaricia oczywiście wściekła. Wróciło do niej całe to upokorzenie, gdy jako łysa więźniarka z piętnem na policzku musiała usługiwać mężowi i jego kochance. Stoi przed nią żywy dowód ich figli migli, co za obłęd jakiś. A dalej jest jeszcze większa bomba.
Mianowicie ich ucieczka nie pozostała niezauważona, pościg depcze im po piętach, aż tu nagle noga Kriss odmawia posłuszeństwa. Więc co czyni amazonka? Własnym łukiem powstrzymuje pościg, dając reszcie czas na oddalenie się. Anielem ma zaopiekować się Aaricia.
Przez moment dwie odwieczne rywalki toną w swoich ramionach, a ja się wzruszam i mrugam rzęsami, żeby odpędzić czające się na skraju oka łzy.
I prawdę mówiąc, tak mnie rozebrały emocjonalnie te dziewczyny, że wcale mnie nie obeszło to, że Aegirsson jednak żyje. Bombastyczny tom.
"Kriss de Valnor", tom 28. serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek, Egmont Polska, 2004.
poniedziałek, 1 czerwca 2015
[Impreza] Zapraszam na wymianę książkową do Dąbrowy Górniczej! W sobotę!
Zasady wymiany poniżej:
Regulamin wymiany:
1) Wymianę książkową organizują Śląscy Blogerzy Książkowi we współpracy z Miejską Biblioteką Publiczną w Dąbrowie Górniczej w dniu 06.06.2015 r. (sobota)
2) Organizatorzy akcji w żaden sposób nie zarabiają na tej akcji oraz nie czerpią z niej żadnych innych profitów.
3) "Ile przynosisz tyle wynosisz" to główna zasada akcji.
4) Książki wymieniamy w dwóch kategoriach (ze względu na datę wydania książki): I kategoria to roczniki 2000 – 2007, II kategoria to roczniki 2008 do 2015.
5) Wymieniamy tylko beletrystykę dla dorosłych oraz dla młodzieży. Nie przyjmujemy książek dla dzieci, podręczników, poradników, komiksów itp. Przyniesione książki powinny być w dobrym stanie.
6) Wymiana odbywa się "z ręki do ręki" - jeśli zainteresuje nas dana pozycja na stoliku z danej kategorii to wymieniamy ją na własne książki z tej samej kategorii (decyduje rok wydania).
7) Wraz z oddaniem książek na wymianę uczestnik traci do nich prawo i nie może domagać się ich zwrotu.
8) Wszystkie inne wątpliwości rozwieją blogerzy dyżurujący na stoisku.
A jeśli ktoś przyjdzie na tę wymianę i będzie dzierżył pod pachą smakowitą książkę i będzie widział, że ja na tę książkę łypię pożądliwym okiem, to niech mnie z całej siły rypnie w łeb, mówiąc "mało ci jeszcze, jak setka albo i więcej leży na półkach nieczytana?!!"
No.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























