środa, 22 października 2014
[Thorgal] "Władca gór" Rosiński, Van Hamme
Ho ho ho! Ho ho! Tak sobie hohocham, bo w końcu trafiłam na wielce nietypowy tom przygód Thorgala. Nietypowy, bo:
- nikt nie czyha na rodzinę Thorgala
- nikt ich nie porywa ani nie więzi
- Aaricia nie wzdycha "Och Thorgalu"
- nie ma Wikingów
- nie ma ludzi z gwiazd
- nie ma bogów
Cóż więc jest? Góry, kotlina w górach, mała chatka - a w niej, w zależności od tego, w jakim czasie tam jesteśmy, albo para młodych ludzi ciężko pracująca na swoje utrzymanie, albo pustka i zimny wicher hulający po kątach.
Kim jest tytułowy Władca gór? W zależności od czasu - albo groźnym i okrutnym panem, albo młodym, chciwym chłopcem albo też dojrzałą, zmęczoną kobietą.
Thorgal, chłopak i kobieta skaczą sobie w czasie jak wsza po grzebieniu, nie przejmując się wcale łańcuchami przyczynowo-skutkowymi (łańcuchy są dla raperów!). Tu jeden zaznaczy rysę na ścianie, jak Tony Halik, tam inny natknie się na samego siebie, gdzie indziej znów zastawią pułapkę z zamiarami mało pokojowymi. Dzieje się. Nie nudziłam się ani sekundy.
"Władca gór", tom piętnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Małgorzata Markowska, "Orbita", Warszawa 1990.
poniedziałek, 20 października 2014
"Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński - przerażająca powieść
Nadmieniałam kiedyś przy okazji pisania o "Gwiazdozbiorze Psa", że lubię powieści postapokaliptyczne, fascynuje mnie sprawdzanie, co też takiego okropnego autorzy wymyślili dla ludności. Miałam okazję posłuchać autora, Pawła Palińskiego, na Polconie w Bielsku-Białej, gdy opowiadał o swojej książce. To, co opowiadał, w połączeniu wzmiankowaną fascynacją sprawiło, że w oku mi błysnęło i serce żywiej zabiło.
Posłuchajcie - zawsze ta apokalipsa jest gdzieś daleko, w Ameryce, Australii czy w Moskwie. A tu proszę, Polska i polskie miasto S. Zawsze w tych powieściach główną rolę gra facet, mięśniak albo mózgowiec, z maczetą albo z mikroskopem próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A tu proszę, kobieta!
Żeby mnie nie zasypało protestami, że kobiety w postapokalipsie nie istnieją: wiem, że istnieją, ale jak często mają główne role? Sama znam tylko dwa komiksy, "Kwiatuszku" oraz "Suka". A w książce Palińskiego istnieje TYLKO kobieta, tylko ona i jej zmagania ze światem.
Teresa Szulc jest starszą kobietą, byłą nauczycielką wychowania fizycznego, samotną do szpiku kości. Mieszka w domu po rodzicach i z całych sił próbuje przetrwać. Świat jej tego nie ułatwia. Nie ma już ludzi, a Bierni (taka odmiana zombiaków) są niebezpieczni. Po ulicach grasują zdziczałe, głodne i groźne zwierzęta. Brak wody pitnej, brak jedzenia. Zwariować można. Jak Teresie udaje się nie zwariować, tego nie wiem. Może dlatego, że rozbiła swoje życie na malutkie kawałeczki, takie jak zdobywanie jedzenia, wody, domowe naprawy, nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych. Wszystko ma rozplanowane, do wszystkiego podchodzi z jednakową skrupulatnością. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy, ale...jednak nie do końca. Bo co zrobić, jeśli zdarzy się choroba? Albo gdy zabraknie wody? Co, jeśli zrobi się dziura w dachu i do środka zacznie wlewać się deszcz? Lub też - i to jest najgorsze - co robić, gdy zacznie dzwonić telefon?
Dotarłam właśnie do sedna tej powieści, do konkluzji, która dopiero po zamknięciu książki dociera do umysłu, w trakcie czytania nieco oszołomionego posępnym światem z powieści. Konkluzja jest taka: niezależnie od wszelkich okoliczności przyrody to człowiek jest dobrodziejstwem świata. I jednocześnie jego przekleństwem.
Wszystko zależy od tego, co siedzi w głowie. W tym punkcie "Polaroidy z zagłady" nie różnią się od innych powieści z tego nurtu. Wszędzie znajdą się i ci dobrzy, poukładani, moralni, którzy chcą przetrwać, ale i pomóc innym, słabszym. Tacy, którzy nie krzywdzą i nie depczą.Natomiast ci źli zawsze myślą tylko o sobie i swoich korzyściach. Wiadomo, komu kibicujemy.
W "Polaroidach..." kibicujemy Teresie. Przyznam się szczerze, że oprócz podziwu czułam przede wszystkim zdumienie. To dlatego, że powieść mocno działa na wyobraźnię i łatwo postawić się w roli bohaterki. Postawiłam się i aż się wzdrygnęłam. Ona daje sobie radę, choć ma tak mizerne perspektywy, hm, prawdę mówiąc, nie dostrzegłam żadnych perspektyw. Najłatwiej byłoby się poddać, naprawdę nie wiem, czy nie wybrałabym łatwego wyjścia z tej sytuacji. Teresa daje radę, choć i ona ma momenty wahania.
"Płakać. Chciałabyś zapłakać. Słowo »samobójstwo« awansuje zaocznie z obszaru odległych nieprawdopodobieństw do poczekalni jawnie rozważanych ewentualności". [1]
Muszę jeszcze napisać o Biernych. To dość często spotykany motyw, te żywe trupy. Jakoś łażą (przeważnie powłócząc nogami), dogadać się z nimi nie sposób, do żywych są wrogo usposobieni, ech. Paweł Paliński zasugerował, skąd się wzięli Bierni.
"[...] Biernym może być każdy? [...] Że w szeroko pojętym interesie należy strzec się stanu znieczulenia, na który wielu z nich, nomen omen, pracowało latami, przestając kochać i zaczynając nienawidzić: rodziny, dzieci, pracy? Przestając czuć i chcąc jedynie brać, aż okazywało się, że fizyczne wyczerpanie pozostawiało w nich wyłącznie potrzebę pożerania, aż zasypiali i wstawali już jako swoje własne widma. Kochając tylko siebie". [2]
Przerażające. Przecież sami to sobie robimy, odmóżdżamy się, karmiąc się medialną papką. Brr.
Jedyne, co mi się nie podobało to sposób narracji w książce, przyznaję, niebanalny, ale on mnie się po prostu nie podoba. Muszę jednak przyznać, że czytało mi się "Polaroidy..." dużo płynniej niż "Potem", gdzie po raz pierwszy spotkałam się z narracją drugoosobową.
Na koniec słowo podsumowania, w którym zwrócę się do samego autora.
Panie Pawle. Napisał pan wyjątkowo przerażającą powieść. Żadnych łatwych rozwiązań w stylu faceta z giwerą ratującego świat. Żadnych kompromisów, żadnych ulg dla czytelnika. Czarna przyszłość, taka, że ciarki przechodzą, do tego opisana czysto, krystalicznie i precyzyjnie. Życzę sobie z całej siły, by pańska wizja przyszłości nigdy nigdy się nie sprawdziła. I gratuluję.
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Powergraph za egzemplarz książki!
--
[1] "Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński, Powergraph, Warszawa 2014, s. 93
[2] Tamże, s. 122
piątek, 17 października 2014
"Zapachy miast" Dawid Rosenbaum - książka ulotna jak zapach
Książka o zapachach, smakach, fakturach. Autor jeździ po świecie i wszędzie, gdzie tylko jest, coś zjada, węszy, smakuje, delektuje się i oblizuje palce. Ale przede wszystkim podnosi głowę i wciąga powietrze.
W Maroku obserwuje, jak pozyskuje się olejek arganowy z owoców drzew żelaznych:
"W powietrzu unosi się zapach podsmażanych migdałów i orzechowy aromat".[1]
W Egipcie odwiedza stary targ w poszukiwaniu świeżych orzechów:
"W powietrzu czuję owocowy i orzeźwiająco wodny zapach arbuza".[2]
Do Nowego Jorku trafia wiosną, zwiedza miasto, a gdy szuka cukierni Magnolii:
"W spokojnym wiosennym powietrzu unosi się słodka woń karmelu".[3]
W Norwegii trochę marznie:
"W czystym, niemal krystalicznym powietrzu czuć jeszcze odrobinę wieczornego chłodu i zapach porannych mgieł".[4]
W Tajlandii znów wymyka się na targ:
"Gorące powietrze pachnie kurzem, egzotycznymi przyprawami i jedzeniem - smażonym mięsem, przypalonym tłuszczem i dymiącym ryżem jaśminowym".[5]
Francja, miasteczko Fontaine de Vauclure słynie z pól lawendowych:
"W ciepłym powietrzu nocy wciąż czuję zapach lawendy, chłodu rzeki, która szumi gdzieś w dole, i aromat ziół - tymianku, rozmarynu i szałwii".[6]
A Rzym, czy jest i Rzym? Jest , oczywiście:
"Na Nomentanie powietrze pachnie żywicą rozłożystych pinii i murami starych kamienic".[7]
A gdy zawędrujemy z autorem do Amsterdamu:
"Ciepłe powietrze pachnie wodą, a delikatne podmuchy wiatru przynoszą od strony dworca kolejowego dyskretną woń konopnego dymu".[8]
Londyn, który lubię, potraktowany jest obcesowo:
"O poranku w Londynie cuchnie przypalonym mlekiem".[9]
Wyspy Kanaryjskie to gorąca Teneryfa:
"Znów czuję w powietrzu smakowity aromat słodkich naleśników z czekoladą, ale zamiast dominującego w ciągu dnia zapachu oliwki i kremów do opalania teraz pachnie tu dezodorantami i świeżością odświętnych ubrań wyjętych prosto z walizki".[10]
Jest i rozgrzany Meksyk:
"W powietrzu czuć karmel i zapach ciasta drożdżowego wyjętego przed chwilą z piekarnika".[11]
Na koniec - Kazimierz nad Wisłą, zimą:
"W powietrzu unosi się zapach zimy, sosen, śniegu i dymu sączącego się równo i leniwie z kominów".[12]
Wspaniała zmysłowa wycieczka po świecie, równie ulotna jak zapach. Prawie nic nie zostaje w pamięci.
![Zapachy miast [Dawid Rosenbaum] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
---
[1] "Zapachy miast" Dawid Rosenbaum, Biblioteka Bluszcza, Elipsa, Warszawa 2011, s. 17
[2] Tamże, s. 24
[3] Tamże, s. 40
[4] Tamże, s. 53
[5] Tamże, s. 62
[6] Tamże, s. 136
[7] Tamże, s. 192
[8] Tamże, s. 103
[9] Tamże, s. 156
[10] Tamże, s. 80
[11] Tamże, s. 179
środa, 15 października 2014
[Notes] Leuchtturm 1917 Ex Libris - trawiasta zieleń i głęboka czerń
Kontynuując serię o notesach, dziś opowiem o notesie Ex Libris marki Leuchtturm1917. Mam takich dwa, jeden kompletnie zapisany - to ten czarny, jeden czysty, zieloniutki jak trawa.
Notatnik w języku angielskim, jak wskazuje nazwa, jest dedykowany miłośnikom książek, można spisywać wrażenia, cytaty, prowadzić rejestr przeczytanych książek, robić przeróżne listy (do kupienia, do przeczytania itp) - słowem porządkować wszelkie sprawy związane z lekturami.
Garść informacji o notesie:
1. Twarda oprawa z wytłoczonym napisem Ex-Libris
2. Zamknięcie na gumkę w kolorze okładki
3. Zakładka wstążka w kolorze okładki
4. Z tyłu kieszonka na luźne kartki
5. Karta tytułowa ma miejsce na wpisanie swoich danych, dalej kartka z cytatem Elliota (szlufka widoczna na zdjęciu jest dokupiona osobno)
6. 116 numerowanych stron na recenzje, łącznie252 strony
7. 4 kategorie oraz skorowidz alfabetyczny
8. Dorzucone; tekturowa półobwoluta, ulotka z historią firmy, karteczka z podziękowaniami za zakup, zakładka do książki, naklejki na grzbiet oraz tytułowe
9. Brzegi kartek są zaokrąglone
10. Spory margines na stronach, ok. 1,5 cm
11. Notes jest szyty.
12. Gramatura papieru - 80g/m2
13.Wymiary notesu to: 145x210mm.
W notesie pisało mi się znakomicie. Używałam wiecznych piór, prawie wyłącznie Pilotów Plumixów o różnej szerokości stalówki. Papier nie strzępił, atrament nie przebijał na drugą stronę, ale uwaga - jest na tyle cienki, że prześwituje - to zresztą cecha wszystkich notesów ze stajni L1017, jakie mam.
Ocena w sześciostopniowej skali bardzo mi odpowiada, bo taka jest w biblionetce, gdzie oceniam książki.
Minusy? Obok rubryczek "Book" i "Audiobook" brakowało mi jeszcze "Ebook". No i miejsce na notatki o jednej książce - dwanaście linijek to jakaś kpina, stanowczo za mało! Pisałam jednym ciągiem na kolejnych stronach.
Notatnik jest super, tyle że drogi skurczybyk. W sklepie maluje.pl - ok 70 zł, a w Latarni Mola - 56 zł. Toteż nic dziwnego, że gdy w zeszłym roku zobaczyłam ten notatnik na TK w Krakowie za jedyne 30 zł, kupiłam ze szczęściem w oczach.
W tym roku też odwiedzę to stoisko, ale tym razem będę chciała zobaczyć i pomacać (o ile będzie, oczywiście) pamiętnik czytelniczy, czyli Das Lesejournal. Wygląda podobnie, ale chcę zajrzeć do środka.
Notatnik w języku angielskim, jak wskazuje nazwa, jest dedykowany miłośnikom książek, można spisywać wrażenia, cytaty, prowadzić rejestr przeczytanych książek, robić przeróżne listy (do kupienia, do przeczytania itp) - słowem porządkować wszelkie sprawy związane z lekturami.
Garść informacji o notesie:
1. Twarda oprawa z wytłoczonym napisem Ex-Libris
2. Zamknięcie na gumkę w kolorze okładki
3. Zakładka wstążka w kolorze okładki
4. Z tyłu kieszonka na luźne kartki
5. Karta tytułowa ma miejsce na wpisanie swoich danych, dalej kartka z cytatem Elliota (szlufka widoczna na zdjęciu jest dokupiona osobno)
6. 116 numerowanych stron na recenzje, łącznie252 strony
7. 4 kategorie oraz skorowidz alfabetyczny
8. Dorzucone; tekturowa półobwoluta, ulotka z historią firmy, karteczka z podziękowaniami za zakup, zakładka do książki, naklejki na grzbiet oraz tytułowe
10. Spory margines na stronach, ok. 1,5 cm
11. Notes jest szyty.
12. Gramatura papieru - 80g/m2
13.Wymiary notesu to: 145x210mm.
W notesie pisało mi się znakomicie. Używałam wiecznych piór, prawie wyłącznie Pilotów Plumixów o różnej szerokości stalówki. Papier nie strzępił, atrament nie przebijał na drugą stronę, ale uwaga - jest na tyle cienki, że prześwituje - to zresztą cecha wszystkich notesów ze stajni L1017, jakie mam.
Ocena w sześciostopniowej skali bardzo mi odpowiada, bo taka jest w biblionetce, gdzie oceniam książki.
Minusy? Obok rubryczek "Book" i "Audiobook" brakowało mi jeszcze "Ebook". No i miejsce na notatki o jednej książce - dwanaście linijek to jakaś kpina, stanowczo za mało! Pisałam jednym ciągiem na kolejnych stronach.
Notatnik jest super, tyle że drogi skurczybyk. W sklepie maluje.pl - ok 70 zł, a w Latarni Mola - 56 zł. Toteż nic dziwnego, że gdy w zeszłym roku zobaczyłam ten notatnik na TK w Krakowie za jedyne 30 zł, kupiłam ze szczęściem w oczach.
W tym roku też odwiedzę to stoisko, ale tym razem będę chciała zobaczyć i pomacać (o ile będzie, oczywiście) pamiętnik czytelniczy, czyli Das Lesejournal. Wygląda podobnie, ale chcę zajrzeć do środka.
wtorek, 14 października 2014
"Ethel & Ernest" Raymond Briggs - wzruszająca historia
Nie umiałabym napisać historii o moich rodzicach, po pierwsze dlatego, że brak mi odpowiednich umiejętności, a po drugie chyba jestem zbyt introwertyczna i nie mogłabym tak odkrywać rodzinnego, mocno osobistego życia. Raymond Briggs nie ma takich oporów i udało mu się stworzyć opowieść szczerą, pełną, niby prostą, a przejmującą do głębi.
O właśnie, kojarzycie taki film: "Prosta historia"? Z pozoru bez wyraźnej fabuły, jakby nieco rozwlekły, ale jak się w niego zapaść, to przepadło. Siedzi się i ogląda, wzruszając się co i rusz. Dokładnie tak samo jest z komiksem "Ethel & Ernest. Prawdziwa historia".
Przeczytałam i przeoglądałam komiks. Byłam świadkiem, jak tych dwoje się poznało (nawiasem mówiąc, znakomicie to autor narysował, nieme kadry, wymiana spojrzeń, uśmiechów... bardzo to delikatne i bardzo typowe dla młodzieńczej, nieśmiałej miłości), pobrało i żyło ze sobą. Obserwowałam ich radość z zakupu domu i codzienne życie, kiedy to on pracuje, a ona prowadzi i urządza dom. Z rozbawieniem czytałam nieco purytańskie, wiktoriańskie uwagi Ethel
![]() |
| s.17 |
Na to życie, typowe, przeciętne życie zwykłej angielskiej rodziny nakłada się, jak czarny szal, druga wojna światowa. Ethel i Ernest muszą ukrywać się przed bombami, muszą wysłać syna na wieś, muszą pracować, by pomóc Anglii. Chociaż nie zawsze wszystko rozumieją (ach ta polityka), spełniają swoje obowiązki bez ociągania się. Oto prawdziwy patriotyzm.
Ech, żałuję, że nie jestem nieco bardziej obeznana z polityką w Wielkiej Brytanii, lepiej bym zrozumiała te wszystkie docinki i przekomarzania na temat poszczególnych partii. Ernest jest bowiem laburzystą, a jego żona konserwatystką.
Ona zawsze liczy się ze zdaniem innych, podobnie jak tysiące osób, które wzdychają "co ludzie powiedzą". Wzruszająco naiwne są uwagi Ethel w stylu:
![]() |
| s.20 |
On, nieco bardziej postępowy, choć zauważa wady żony, nigdy ich nie wytyka i kocha ją spokojnie i wiernie. Kłótnie? Oczywiście, zdarzają się, jak w każdym małżeństwie. Oto cudowna kłótnia:
![]() |
| s.87 |
Umierają jak żyją - spokojnie i mało spektakularnie. Ale gdy ich już nie ma. widać, że została dziura. Napełnili za życia swoją nienatrętną obecnością kawałek Londynu, po ich śmierci została pustka jak po wyrwanym zębie. Żal.
Jak ja strasznie podziwiam autora, że umiał tak zwięźle, a jednocześnie głęboko i z uczuciem oddać sylwetki i charaktery swoich rodziców. Nie bał się szczerości, dzięki czemu ta dwójka jest bliska czytelnikowi, ludzka, kochana.
Uwielbiam takie komiksy. Takie właśnie. O ludziach, biograficzne, autobiograficzne. "Ethel & Ernest" stawiam na półkę obok "Fun Home" i "Blankets", bo traktują o tym samym, o życiu.
Jeśli chodzi o kreskę, to rysunki są nieco, hm, jakby niedbałe, jakby autor posługiwał się kredką od niechcenia. Troszkę przypominają ilustracje do starych książek. Nie powaliły mnie te rysunki na kolana, ale i tak, znów, wyłazi z nich szczerość: perkaty nos Ethel, łysina Ernesta. Odniosłam wrażenie, że kadry nie są celem samym w sobie, nie są do tego, by się w nie wpatrywać niczym w obraz, one są tylko narzędziem do zrozumienia historii tego małżeństwa. Chociaż, co tu jest do rozumienia... to miłość. Tylko. Aż.
Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za egzemplarz książki!
"Ethel & Ernest. Prawdziwa historia" Raymond Briggs, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg i Wojciech Szot, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.
poniedziałek, 13 października 2014
Rozwiązanie konkursu z Flawią!
Drodzy moi, wczytałam się w odpowiedzi udzielone pod poprzednim postem i najbardziej spodobała mi się odpowiedź Bazyla.
Do niej doskonale pasuje obrazek znaleziony na blogu brigette b (ukłony dla autorki - ma talent!)
Bazylu, prześlij mi swój adres. Dziękuję za uwagę :)
Edit: Bazyl stwierdził, że on startował poza konkursem, toteż zarzuciłam na nowo sieć i wyłowiłam rybkę z pozostałych uczestników. Rybką okazała się Grendella. :) Gratuluję i poproszę o adres.
Do niej doskonale pasuje obrazek znaleziony na blogu brigette b (ukłony dla autorki - ma talent!)
Bazylu, prześlij mi swój adres. Dziękuję za uwagę :)
Edit: Bazyl stwierdził, że on startował poza konkursem, toteż zarzuciłam na nowo sieć i wyłowiłam rybkę z pozostałych uczestników. Rybką okazała się Grendella. :) Gratuluję i poproszę o adres.
poniedziałek, 6 października 2014
"Gdzie się cis nad grobem schyla" Alan Bradley - KONKURS!
Czytelnicy! Wielbiciele Flawii de Luce! Wielbiciele darmowych książek! Miłośnicy książek dobrych, a także koneserzy książek książek znakomitych! Macie oto okazję wygrać egzemplarz piątego tomu z serii "Flawia de Luce".
Co trzeba zrobić? Należy w komentarzu dokończyć zdanie "Flawia to...". Oprócz tego można też polubić fanpage na FB, jakiś dowolny, można też zostawić gdzieś lajka lub też dodać cokolwiek do obserwowanych. ;)
Osoby, które nie mają bloga, zostawiają namiar do siebie! Komentarze można zostawiać do końca niedzieli, 12 października. Po tym terminie wybiorę zwycięzcę.
Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Vesper. :)
A tu linki do opinii o poprzednich częściach cyklu: pierwsza, druga, trzecia i czwarta.
Co trzeba zrobić? Należy w komentarzu dokończyć zdanie "Flawia to...". Oprócz tego można też polubić fanpage na FB, jakiś dowolny, można też zostawić gdzieś lajka lub też dodać cokolwiek do obserwowanych. ;)
Osoby, które nie mają bloga, zostawiają namiar do siebie! Komentarze można zostawiać do końca niedzieli, 12 października. Po tym terminie wybiorę zwycięzcę.
Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Vesper. :)
A tu linki do opinii o poprzednich częściach cyklu: pierwsza, druga, trzecia i czwarta.
niedziela, 5 października 2014
[Thorgal] "Aaricia" Rosiński, Van Hamme
To czternasty tom serii, znudzonych notkami o Thorgalu informuję, że już niedługo do końca, bo przeczytałam tylko siedemnaście tomów. :)
Pamiętacie tom siódmy, czyli "Gwiezdne dziecko"? Tam autorzy pokazali dzieciństwo Thorgala, tu zaś, w tomie czternastym, wykonali ten sam zabieg na Aaricii. Wykorzystali przy tym sprawdzoną już formułę, czyli krótsze opowieści zamiast jednej długiej.
"Góra Odyna" jest górą, na którą wybiera się młodziutka, kilkuletnia zaledwie Aaricia, szukając matki (zmarła biedaczka, a nikt tego wyraźnie dziecku nie powiedział). Złośliwe i kłamliwe demony, niksy, próbują ją wciągnąć w śmiertelną pułapkę. Na szczęście ktoś już ratuje. Kto? Oczywiście, młody Thorgal. I tu można sobie westchnąć - a więc to tak się wszystko zaczęło...
"Pierwszy śnieg" - Gandalf Szalony wyrzuca Thorgala z wioski, a dumny chłopak bez słowa odchodzi w śnieżną zamieć. Aaricia wykazuje się sprytem i determinacją, znajdując sposób, by Thorgala sprowadzić z powrotem do wioski. Gdyby tego nie zrobiła, zamarzłby w śniegu, na pewno. I autorzy nie mieliby pracy.
"Holmganga" - tu również Aaricia popisała się całkiem niezłym pomyślunkiem. Chłopcy, czyli Thorgal i Bjorn mają zamiar wziąć się na poważnie za łby, a że brat Aaricii nie gra zbyt czysto, dziewczynka znów musi wziąć sprawy w swoje ręce. Dzięki czemu obaj mogą spotkać się w tomie drugim i znów wziąć się za łby.
Ostatnia historia to "Łzy Tjazhiego". Obywa się bez Thorgala (uff), za to zawiera sporo magii. To urocza opowieść o tym, jak to Aaricia jest przewodniczką ślepego boga Virgida, jak razem szukają tęczy, latają beztrosko pod drzewami wyjaśniają sobie przeznaczenie. Milusio.
Jak widać powyżej, w młodości Aaricia to energiczna, bystra i odważna. Co jej się stało, jak już podrosła? Czemu stała się taka miękka i uległa, wręcz ubezwłasnowolniona "och Thorgalu ach Thorgalu"?
"Aaricia", tom czernasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek, Egmont Polska, Warszawa 2007.
sobota, 4 października 2014
[nie Pawłysz, ale mógłby być] "Śnieżka" Kir Bułyczow
Niewielkie opowiadanie, ale jakie urocze! Chyba napisane specjalnie dla kobiet, bo to czystej wody romans, nieszczęśliwa miłość i brak happy endu. Nic tylko się wzruszyć. Toteż wzruszyłam się, a jakże, uczciwie i planowo.
Na planecie rozbija się statek kosmiczny, tuż przed katastrofą wysyła sygnał S.O.S, drugi statek przechwytuje sygnał i spieszy z pomocą, niestety, nic już nie można zrobić. Załoga patrzy bezradnie, jak kosmolot roztrzaskuje się na kawałki, zdaje się, że nie ma już czego zbierać, ale... ale zaraz! Jedna osoba
przeżyła, cudem właściwie, ale jednak. To Śnieżka, piękna dziewczyna, w której od pierwszego wejrzenia zakochał się bezimienny narrator.
"Nie znaliśmy składu ich atmosfery i nie wiedzieliśmy, jakie śmiercionośne dla nas, a nieszkodliwe dla niej wirusy żyją sobie na jej białych, błyszczących, krótko ostrzyżonych włosach."Tylko że Śnieżka jest inna.
"Oczekiwać podstępu ze strony delikatnej dziewczyny, której długie rzęsy rzucały cień na blade policzki, której twarz wywoływała pragnienie, by ujrzeć, jakiego koloru są jej oczy, oczekiwać podstępu ze strony tej dziewczyny, nawet w postaci wirusów, było jakoś nie po męsku."
"- Przyzwyczailiśmy się uważać, że podstawę wszelkiego życia stanowi woda. U niej tę podstawę stanowi amoniak.Jak tu się przytulić w takich warunkach? Jak żyć razem? Chłopak codziennie przychodzi pod okienko kabiny, gdzie zainstalowano Śnieżkę, rozmawia z nią i patrzy. Jedyny kontakt, na jaki mogą sobie pozwolić, to wzrokowy. Marzą o sobie, marzą o planecie, na której mogliby żyć oboje.
Znaczenie jego słów dotarło do mnie nie od razu. Do pozostałych również.
- Przy ziemskim ciśnieniu - powiedział doktor - amoniak kipi przy minus 33, a zamarza przy minus 78 stopniach.
I wtedy wszystko stało się jasne."
"- Musimy znaleźć neutralną planetę - powiedziałem.Przy rozstaniu, kiedy wysadzają dziewczynę na jej ojczystej planecie, młodzi jednak się dotykają. On zdejmuje rękawicę i dotyka jej policzka. Śnieżka przypłaci to oparzeniem twarzy, a on odmrożeniem ręki - ale czy żałują...?
- Jaką?
- Neutralną. Taką, na której byłoby zawsze minus czterdzieści stopni.
- To zbyt gorąco.
- Minus czterdzieści pięć. Wytrzymasz?
- Oczywiście - odpowiedziała Śnieżka. - Ale czyż będziemy mogli żyć razem, jeśli zawsze trzeba będzie tylko cierpieć?"
Post zamieszczony z okazji właśnie rozpoczynającego się Światowego Tygodnia Przestrzeni Kosmicznej.
Opowiadanie było publikowane w Polsce w dwóch zbiorach "Czarne żurawie" z serii "Stało się jutro" (1980 r.) oraz "Nieziemsko piękna szafa" z "Galaktyki Gutenberga Solarisu, świeżynka, 2014.
A tutaj inscenizacja tegoż opowiadania:
czwartek, 2 października 2014
"Czerwone koszule" John Scalzi - bezwstydnie liczyłam na romans, mało brakowało
Jeśli przyjąć, że autor jest rodzicem swego dzieła, to książkę można nazwać synem lub córką, prawda? Opowiem wam o tym, jak spotkałam dwóch braci. Pierwszy to "Wojna starego człowieka" - w tym bracie zakochałam się, uwiódł mnie poczuciem humoru, siłą i wrażliwością. Potem poznałam drugiego brata, "Czerwone koszule", rwałam się do tego spotkania, bezwstydnie licząc, że ten uwiedzie mnie jeszcze bardziej, będzie silniejszy, przystojniejszy i takie tam, wiecie. Błysk w oku. Tak się nie stało, ale mało brakowało.
Akcja dzieje się na statku kosmicznym, gdzie właśnie trafił główny bohater powieści, rekrut Andrew Dahl. Statek jak statek, głównie badawczy, choć zdarzają się i inne misje. Andy po niedługim czasie zauważa, że nikt na te misje się nie pali, a po dłuższym pobycie już wie, że wyprawy są śmiertelnym zagrożeniem, co i rusz ktoś traci na nich życie, wyłączając kilku oficerów.
==UWAGA, SZCZEGÓŁY DO OMINIĘCIA!==
Andrew i grupka jego przyjaciół szybko dochodzą do wniosku (to znaczy wcale nie tak szybko, tylko z buntem i niedowierzaniem i wcale nie oni, tylko ktoś im to podpowiada), że są na planie filmu, że są statystami, że gdy włącza się Narracja, tracą wolę, muszą grać swoje role i nierzadko pełnić funkcję mięsa armatniego, bo przecież żaden z głównych bohaterów nie może zginąć. A ofiary w ludziach są wskazane w celu zwiększenia dramaturgii konkretnego odcinka, toteż Andy i jego przyjaciele nie znają dnia ani godziny, chyba że... No dobrze, to brzmi jak bredzenie szaleńca, ale trzeba po prostu odnaleźć scenarzystę tego serialu i przekonać go, żeby nie pisał takich bzdur i nie uśmiercał ludzi. Czy ta misja im się powiedzie, łatwo się domyślić. Dla mnie śledzenie drogi, jaką przebywa ta grupa w czasie i przestrzeni, było czystą uciechą, są sympatyczni, z poczuciem humoru, choć czasami jest to humor na poziomie opuszczonych spodni - co nie zmienia faktu, że z tych spodni rechotałam dobrą chwilę.
== UWAGA, MOŻNA CZYTAĆ==
Ale uwaga. To nie jest książka wyłącznie do śmiania się. Tu muszę się przyczepić do blurba "Szczerze powiem, że nie przypominam sobie książki, przy której tak bym się śmiał. Patrick Rothfuss" - no bez przesady, wygląda to tak, jakby trzeba było nieustannie się śmiać, litości! To jest książka do zadumy, bo i wątek śmiertelnie chorego chłopca łapie za serce; i to, według jakich zasad scenarzyści piszą filmy; i końcówka powieści - wszystko daje do myślenia. To, że autor maczał palce w serialu "Gwiezdne wrota", pewnie miało jakieś znaczenie.
W jednej książce dostałam trzy opowieści, bo oprócz opowieści właściwej jest jeszcze pamiętnik scenarzysty opisującego, jak to zgłaszają się do niego osoby twierdzące, że są postaciami z jego filmu. Ciekawy zabieg, bo pierwsza część jest czystą fikcją, to wiadomo od samego początku, taka umowa między autorem a czytelnikiem. I nagle Scalzi zrywa umowę, każąc czytelnikowi zwolnić tempo i zadać sobie pytanie: no dobrze, to ściema, co się przydarzyło scenarzyście, bajka, niemożliwe, zdaje mu się. A co, jeśli coś w tym jest? Nie, niemożliwe. No, ale... Czujecie to? W racjonalny do bólu mózg wdziera się igiełka zwątpienia, która właściwie nic nie robi i zaraz znika, ale przez chwilę jest i uwiera.
Wisienką na torcie jest ostatnia opowieść, którą przytuliłam do serca zdecydowanym i pewnym ruchem. To wątek kobiety i mężczyzny, ledwie kilka zdań, ale fantastycznie skrojonych, delikatnych, subtelnych. O uczuciu, które przenika do świata realnego z wymyślonego, które "nie zna granic ni kordonów".
Podziwiam autora za swobodę i lekkość myśli. Facet pisze bez spiny, bez zadęcia, tworzy literaturę rozrywkową, która nie aspiruje, by być czymś więcej, ale temu, kto chce, dostarcza materiału do rozmyślań. Te scenariusze mnie zaciekawiły, pewnie z racji niedawno przeczytanej książki "Łowca androidów: Słowa i obrazy", gdzie tworzenie scenariuszy jest potraktowane warsztatowo i systematycznie.
Dodam tylko jeszcze, że na zawsze "Czerwone koszule" będą mi się kojarzyć z moim pierwszym Polconem. Czytałam to w drodze do B-B, czytałam na mało interesującej prelekcji z Pilipiukiem, wtedy właśnie natknęłam się na słowo "Enterprise" i tym słowem tknięta, przeniosłam się na prelekcję o tym właśnie serialu i znakomicie się bawiłam.
Dziękuję Wydawnictwu Akurat za egzemplarz książki!
![Czerwone koszule [John Scalzi] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
"Czerwone koszule" John Scalzi, przełożył Marcin Wawrzyńczak, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























