sobota, 28 lutego 2015

"W Straszydłowie" Agnieszka Frączek



 Agnieszka Frączek to doskonale nam (mnie i dzieciom) już znana autorka. Jej wiersze dla dzieci to klasa sama w sobie. Dlatego tak chętnie sięgam po kolejne już książki, żeby poczytać Krzysiowi i Mariance.

Jak było ze straszydłami? Dobrze, nawet bardzo dobrze - pierwszego dnia przeczytałam całą książkę od deski do deski trzy razy! Uff, czasem wzdycham do tego, by moje dzieci nauczyły się już same czytać...

Kim są straszydła? To żadne tam potwory, tylko nasze wady, wynaturzone i wyolbrzymione. Młodsze dzieci mogą tego nie załapać - i te po prostu słuchają o śmieszno-strasznych stworkach. Starsze wystarczy delikatnie naprowadzić, ale i bez naprowadzania dobrze się bawią, zapewniam. Zaś dorosły człek czyta o Wścieklicy Furiatce:
"Talerzami ciska w gości,
bo ją każdy z gości złości.
Potem siedzi, nadąsana:
- Czemu zawsze jestem sama?!
Wściec się można! - tak się zżyma.

Uff... Dość trudno z nią wytrzymać."

I przed oczami staje mu konkretna postać. Mnie na przykład przyszła na myśl Lucy z Fistaszków.

Dydaktycznie to świetna książka, bo absolutnie nienachalna. Czytamy dziecięciu o Utytłaku Plamistym i albo po przeczytaniu przechodzimy gładko do następnego wiersza, albo też zatrzymujemy się chwilę i krzywimy sugestywnie nos, mówiąc, że Utytłak nie lubi się myć, jest brudny, zapajęczony, ma pchły i śmierdzi. Lepiej jest się myć i już!

Jedyne, co mnie się nie podobało, to niektóre rysunki - ale podkreślam, mnie, bo dzieci oglądały z ukontentowaniem. Ba, siedzieliśmy w poczekalni czekając na wizytę u lekarza i Krzyś zabawiał młodsze dzieci z kolejki, pokazując im obrazki z książeczki. Moje skrzywienie wynikło z nadmiernego przywiązania do rysunków autorstwa Macieja Szymanowicza, znanych mi z "Rymobrania".

A, jeszcze ważna rzecz! Wiersze pani Agnieszki są tak rytmiczne, że idealnie nadają się do głośnego czytania (jak wiersze Brzechwy). Polecam. Agnieszkę Frączek zawsze będę polecać.

Dziękuję Wydawnictwu MUZA za książkę.

"W Straszydłowie" Agnieszka Frączek, ilustracje Ela Śmietanka-Combik, Muza, Warszawa, 2014.

piątek, 27 lutego 2015

"Dno oka. Eseje o fotografii" Wojciech Nowicki

Tak. Dała mi do myślenia ta książka. Patrzymy, ale nie widzimy, spoglądamy, ale nie zauważamy.

Autor zaś spogląda na stare fotografie i widzi wszystko, co na niej jest. Docieka, rozmyśla, szuka odpowiedzi na dręczące go pytania... I  tym wszystkim, całym ładunkiem informacji wraz z procesem poznawczym dzieli się z czytelnikiem, za co cześć mu i chwała.
Widać, że pan Nowicki zna się na fotografii, że "czuje" i przeżywa każde zdjęcie z osobna.

Więcej już nie piszę, bo nie sposób opisać tego dialogu słowa z obrazem. Za cienka na to jestem. Kto jest zainteresowany, musi po prostu wziąć książkę do ręki i sam zobaczyć.

"Dno oka. Eseje o fotografii" Wojciech Nowicki, Wydawnictwo Czarne, 2010.

czwartek, 26 lutego 2015

"Wołanie kukułki" Robert Galbraith


Kryminał jak się patrzy!

Nie wiem, po co to skrywanie się pod pseudonimem pani Rowling. Żeby nie skojarzono jej z Potterem wiecznie żywym? Przecież to żadna ujma, HP to świetny cykl - a kryminał z Cormoranem Strikiem to świetny kryminał i zapowiada się, że to będzie bardzo udany cykl (kolejne książki już są).

Samobójstwo czy morderstwo?

Akcja książki kręci się wokół śmierci Luli Landry, pięknej modelki. Wypadła z balkonu swojego mieszkania czy została wypchnięta? Policja i reszta społeczeństwa opowiada się za samobójstwem, ale w taką wersję wydarzeń nie wierzy brat Luli. Wynajmuje więc prywatnego detektywa, Strika, żeby ten porządnie przyjrzał się sprawie. Strike to czyni (och, za godziwą zapłatę, która ratuje go od śmierci głodowej) - a rezultaty śledztwa są zaiste zaskakujące. Sama bym na rozwiązanie zagadki nie wpadła.

"Wołanie kukułki" jest, zdaje się, klasycznym angielskim kryminałem, opartym na znanych schematach: rzekome samobójstwo, zatroskany krewny szukający sprawiedliwości, ponury i zgorzkniały prywatny detektyw, niezbyt widoczna angielska policja. Do tego wyjątkowo klasyczny monolog detektywa na koniec książki. Nic nowego! Co więc jest w nim takiego, że tak dobrze się to czyta?

Bohaterowie, akcja, tło, język.

Może to kwestia napisania głównych postaci? Detektyw Cormoran Strike i jego sekretarka, Robin Ellacott - wiem o nich bardzo dużo, znam charakter, rozumiem pobudki. Inne osoby, które poznawałam w trakcie czytania są tak wyraziste, że zapadają w pamięć (projektant! matka Luli! druga matka Luli!)
A może sedno tkwi w mocnym zagęszczeniu akcji? Ofiara nie żyła w próżni, toteż i w fabule próżni nie ma. Detektyw szuka, dopytuje, zdobywa taki ogrom informacji, że czasem trudno to wszystko ze sobą połączyć. Tak jak w życiu - codzienność, bliskie i dalekie osoby, wydarzenia, to wszystko nas ciasno otacza.
Kolejna zaleta to Londyn. Przewspaniałe tło dla akcji. Autorka gęsto powplatała opisy wielu miejsc w Londynie, ale tak zgrabnie i nienachalnie, że miasto nie ma aspiracji do bycia jeszcze jednym głównym bohaterem.
Ostatnia rzecz to język, płynny i dopracowany. Ta książka czyta się sama, wystarczy tylko wziąć do ręki i otworzyć na pierwszej stronie.

Pochylę się jeszcze nad bohaterami. Robin jest u Strika tymczasowo, ale ten krótki czas wystarcza, by zdała sobie sprawę, że bardzo odpowiada jej posada u detektywa, lubi zdobywać informacje, wyciągać wnioski  i ocierać się o tajemnice niedostępne zwykłym ludziom. Asystentka - ideał. Ciekawa jestem, czy stanie się jeszcze bardziej podobna do Delli Street niż jest w tej chwili.

Cormoran przypomina mi całą masę detektywów: Perry'ego Masona (bo wierzy w sprawiedliwość), Wallandera (bo też zgorzkniały i ze złamanym życiem osobistym), Philipa Marlowe'a i Lwa Archera (bo ci detektywi noir też mają twardą skórę i miękkie serca, a do tego nie boją się zapuszczać nocą w ciemne zaułki), Alana Granta (który na równi z tożsamością mordercy chce poznać tożsamość ofiary). Zdaje mi się, że jedyną wyróżniającą go cechą na tle całej tej plejady jest brak nogi.
Ok, przypomina wielu, ale tak naprawdę jest tym jednym, jedynym, niepowtarzalnym Cormoranem.

Wady?

W powieści znalazłam parę zgrzytów: jakieś (rzadkie) literówki oraz irytujące mnie spolszczenia "lancz", "skłot", "autsajderka". Wiem, że to poprawne, ale zgrzytało mi to. To jednak uwaga do tłumaczki, a nie do samej książki.

Kolejny cykl, który się dobrze zaczyna i trzeba będzie szukać kolejnych części.

Czytało mi się ją świetnie, mimo przeszkód (łobuziaki te moje dzieciaki) i bardzo mi się spodobała. Cieszę się, że ją przeczytałam, dzięki wyzwaniu "Wyzywam Cię na pojedynek".  Ale nie ma róży bez kolców. Teraz muszę zdobyć "Jedwabnika". Ech.


"Wołanie kukułki" Robert Galbraith tłuamczyła Anna Gralak, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 2013.
Wołanie kukułki [Robert Galbraith, pseud. J. K. Rowling]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 22 lutego 2015

Wyzywam Cię na pojedynek...

Tło baneru pochodzi z tej strony.

 Magda wykombinowała ciekawe wyzwanie. Na czym polega, to pozwolę sobie skopiować z bloga mojej przeciwniczki:
"Polega na wyzwaniu wybranego (dowolnego) blogera do przeczytania jakiejś konkretnej książki, którą my także mamy nieczytaną na półce, ale... możemy osobę wyzwaną wyprzedzić i sami pierwsi przeczytamy tę książkę. Potwierdzeniem wypełnienia zadania jest publikacja recenzji danej książki na swoim blogu i zgłoszenie tego faktu osobie, która nas wyzywa. Szczegółowy regulamin, lista uczestników i tytułów zgłoszonych do ewentualnego "pojedynkowania się" na blogu pomysłodawczyni - TUTAJ".

W wyzwaniu udział brałam raz, jakieś pięć lat temu, po czym zarzuciłam przyłączanie się do kolejnych, bo moja lista lektur domagała się  autonomii, własnego rządu i dostępu do morza. Nie miałam szans.

To wyzwanie jednak trafiło na podatny grunt. Wiecie, ile mam książek, które są moje, które zdobyłam z trudem, kupiłam, pobrałam, dostałam, bardzo chciałam, cieszyłam się, że je mam - i teraz leżą na półce i się kurzą?! Bo inne ważniejsze, bo pożyczone, bo z biblioteki, bo z wydawnictwa, bo to, bo tamto. Moja może poczekać - tak sobie zawsze mówię. To wyzwanie pozwala wyciągnąć zakurzone książki z półki.

Zapisałam się, zostałam wyzwana przez Aine, zaczęłam czytać "Wołanie kukułki" (po prawej widać okładkę), frajdę mam coraz większą, bo już widzę, że to ten typ kryminału, który lubię. Toteż chciałam wykorzystać moment, kiedy to dzieci bawiły się grzecznie klockami pod okiem męża i przeniosłam się cichaczem do sypialni, poczytać na leżąco.

Po pięciu minutach przyszło do mnie na łóżko starsze dziecko z dwoma garnkami. Garnki najpierw były rakietą, a potem służyły jako bębenki. Młodsze dziecko usłyszawszy bębnienie przybiegło pędem ściskając pod pachą dziecięcy tablecik, wlazło na łóżko, odpaliło melodyjne tablecikowe melodyjki i zaczęło tańczyć. Podskakując z upodobaniem na materacowych sprężynach. Leżąc podskakiwałam w rytm melodyjki, starałam się zignorować bębnienie i czytać dalej. Nawet mi się udawało, serio! Do czasu, gdy to młodsze postanowiło mnie poprzygniatać, siadając na nogach i brzuchu.

Przegram jak nic.  ;)

sobota, 21 lutego 2015

ŚBK: Bloger nie wielbłąd, pić musi


Grupa ŚBK powraca z postami tematycznymi!
Pamiętacie, że były takie? Co miesiąc na naszych blogach pojawiał się wspólny temat, interpretowany oczywiście indywidualnie.

Tym razem piszemy o tym, co pijemy. 

Indywidualnie, podczas czytania lub pisania notki na bloga. Otóż ja różnie... wyborową, finlandię, piwo z sokiem, whisky... Co pod rękę podejdzie, a do kieliszka się zmieści, to biorę - dodatnio wpływa na percepcję podczas czytania, a podczas pisania wena przylatuje i tak macha skrzydełkami, że się przeciąg robi. Ho ho!

Tu zamykacie właśnie oczy w pełnym potępienia milczeniu.

I słusznie, potępiajcie w czambuł alkoholizm w każdej postaci, bo to ZŁO! Przepraszam, nakłamałam. Nie piję alkoholu przy czytaniu, przy pisaniu, przy przeglądaniu internetu. Kiedyś było inaczej, ale to było jeszcze przed dziećmi - zawsze gdzieś pod ręką było czerwone wino albo piwo, albo jeszcze inne procentowe trunki. Potem ciąże, karmienie - odzwyczaiłam się od alkoholu.

Co więc, o suchym pysku siedzę przy książce?

A gdzież tam! Jestem uzależniona od kawy. Rozpuszczalnej. Fusów nie lubię, zgrzytają w zębach, a ekspresu się jeszcze nie dorobiłam. Kawa obowiązkowo z odrobiną cukru i mleka. Czasem robię dobrze swojemu sercu i kupuję kawę bezkofeinową. Czasem rozpustnie zapijam się czekoladą na gorąco. Herbata też się trafia, czarna, mocna, gorzka i gorąca. Jednak to kawa jest na pierwszym miejscu. Nuda jak stąd aż na Madagaskar, zwłaszcza jak zaglądam na bloga Magdy, która jest smakoszem herbat wszelkiego rodzaju. Nic na to nie poradzę. Poproszę kawę.

piątek, 20 lutego 2015

"Dzieci i ryby głosu nie mają" Marzena Sowa, Sylvain Savoia


O tym komiksie z głębokiego PRL-u (nie chodzi tu o datę wydania) słyszałam już dawno temu. Oczywiście, że chciałam przeczytać. Dzięki Jankowi z tramwaju nadarzyła się okazja (wiecie, opłaca się komentować fanpage na facebooku, bo ten komiks to nagroda za komentowanie).

I jak? Dobrze, ale nie do końca. 

Dobrze, bo merytorycznie komiks jest znakomity: pokazuje  życie w komunistycznej Polsce oczami dziecka. Czyli spojrzenie świeże, nie zdeprawowane pokręconymi umysłami dorosłych.
Komitety kolejkowe, kartki na mięso, stan wojenny, wybuch elektrowni w Czernobylu, rzutniki z przezroczami, karp na święta, gry i zabawy (czasem durne jak mało co). To wszystko kiedyś było, żadna ściema. Starsi czytelnicy sobie przypomną, młodsi się dowiedzą. Zresztą, ja też się sporo dowiedziałam.

Jak to się dowiedziałam, przecież ja pamiętam PRL!.

Ano, cały wic polega na tym, że komiks zawiera wspomnienia miejskiego dziecka z blokowiska. Obeznanego z trzepakami, przedszkolem, ruchem ulicznym. Dziecka, które ze zwierząt mogło mieć co najwyżej chomika lub świnkę morską.
To nie moje wspomnienia, to snuta na nowo opowieść. Znakomita, świetnie narysowana, wielopłaszczyznowa. Ale wciąż nie moja.  Ech, wiecie, że po raz pierwszy widziałam zsyp w bloku, gdy poszłam na studia i zamieszkałam w wielopiętrowym akademiku?

Marzy  mi się taki wiejski PRL, komiks albo książka. Gdzie dzieciaki łażą po drzewach, ze zwierząt mają do dyspozycji psy, koty, kury, konie, kaczki, owce i świnie, gdzie muszą bez gadania pomagać rodzicom w pracy, a po pracy wolno im iść nad staw się wykąpać. Bez dorosłych. Starsze dzieci mają na oku maluchy.

Ciekawe, czy się kiedyś takiej książki doczekam.

"Dzieci i ryby głosu nie mają" tekst Marzena Sowa, ilustracje Sylvain Savoia, Egmont Polska 2007.

środa, 18 lutego 2015

[Thorgal] "Niewidzialna forteca" Rosiński, Van Hamme - gołe, ponętne, damskie ciało



Hura! To jest tom, który polubiłam od pierwszego wejrzenia, bo jak rypnęło, to z grubej rury.


Na dzień dobry - gołe, ponętne, damskie ciałko. I jak mówię gołe, to uczciwie gołe, żadne tam wstydliwe przesłanianie się włosami czy rękami (ha, wyobrażam sobie, jak młodzi chłopcy wpatrywali się kiedyś z zachwytem w kadry - kiedyś, bo przecież teraz golizna to żaden unikat).


Drugie łup - Thorgal nagle zawraca na pięcie  i wraca do swoich. I za to cię lubię, chłopie! Prawidłowa decyzja!

Po trzecie: Thorgal bierze się za bary z bogami (który to już raz?) i trafia do światów, gdzie zwykły śmiertelnik trafia nieczęsto. Znów bogowie dają mu trudny wybór, ale przecież łucznik jest tak nieziemsko szlachetny, że dla dobra swojej rodziny gotów jest zapłacić najwyższą cenę.

No i płaci.

I nic nie pamięta.

Taki los.

P.S. Czcionka w dymkach to jedna z najbardziej wk...urzających czcionek, jakie widziałam w komiksach.

"Niewidzialna forteca", tom dziewiętnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek,Egmont Polska, 1995.

wtorek, 17 lutego 2015

"Odwlekane porządki" Marcin Borkowski


Jeśli chodzi o debiuty, jestem sceptyczna, nie wiadomo, na co się trafi, przyłożył się autor, czy też wypchnął z siebie stos słów, bo go dusiło.

Ten autor do mnie napisał, podał linka do strony, gdzie wisi fragment powieści, zaoferował też całość, gdybym chciała. Nie chciałam, zerknęłam tylko na stronę, żeby zobaczyć, co to, czy to chłam taki jak "Rzeczy na P".
Od niechcenia zassałam też na kundelka, po czym rzuciłam tylko okiem na pierwsze opowiadanie.

Zanim się obejrzałam, byłam pod koniec trzeciego rozdziału, oderwałam się na chwilę tylko po to, by napisać do autora z prośbą o całość, po czym czytałam dalej. Jak zaczarowana.

"Odwlekane porządki" są zbiorem opowiadań o grupie ludzi z  Warszawy. Tak upraszczając trochę, można by napisać, że ta grupa to koledzy z klasy, ale to by było krzywdzące uproszczenie, bo wątki sięgają wstecz, do ich przodków, przodkowie też są w pewien sposób powiązaniu i właściwie też są bohaterami. Historia rozciąga się nie tylko w czasie (sięgając do II wojny światowej), ale i w przestrzeni, zahaczając o Nową Zelandię.

Każde z opowiadań ma inny motyw przewodni, z bardzo dobrze dobranym tytułem (lubię, gdy po przeczytaniu tytułu po pewnym czasie zapomniane wątki sobie wskakują na swoje miejsca w pamięci); każda też ma nieco inny zestaw bohaterów, a także inny czas akcji. Całkiem nieźle czyta się o tych samych osobach młodych, potem w średnim wieku, w końcu o staruszkach.
Wszystko się ze sobą splata, tworząc wielopiętrową, skomplikowaną, ale jednocześnie spójną i kompletną opowieść.

Borkowski kupił mnie starociami. I językiem.


Autor trafił w mój gust (och, to na pewno przypadek), zaczynając powieść od porządków w starej, zapomnianej rupieciarni, w której bohaterowie znajdują rzeczy niezwykłe. Nie żadne klejnoty czy złoto, o takich rzeczach marzyłam, jak miałam dwanaście lat. Teraz marzę o pamiątkach z przeszłości, sentymentalnych drobiazgach, pożółkłych zdjęciach, wyblakłych dokumentach. To wszystko w tej rupieciarni, czyli modelarni, się znalazło i wyrwało mi z piersi potężne westchnienie zazdrości.

Jest jeszcze coś, co czyni książkę tak dobrą w odbiorze. To język. Swobodny, naturalny, płynny. Marcin Borkowski umie się nim posługiwać, bez dwóch zdań. Albo też mocno nad książką pracował. Albo miał znakomitego redaktora czy korektora czy obu. Lub też wszystko naraz. W powieści nie ma udziwnionych, wydumanych metafor, nie ma też przegięcia w drugą stronę, czyli nadmiernego uproszczenia. Wszystko jest na swoim miejscu. To się po prostu czyta.

Na uwagę zasługuje też dbałość o szczegóły historyczne - z prawdziwym zainteresowaniem wczytywałam się w przypisy wyjaśniające mało znane pojęcia  czy opisujące miejsce w Warszawie, te obecne i te już nie istniejące. 

No dobrze, a minusy?

Czy książka ma jakieś wady? Bo na razie chwalę, jakby to było cudeńko literackie. Otóż ma. Jest za krótka. Blogowa koleżanka mówiła mi kiedyś, że nie sięga po książki debiutantów liczące mniej niż ileś tam stron (nie pamiętam ile), bo w krótkiej formie nie można dobrze zarysować bohaterów i uwiarygodnić ich charakterologicznie. Tu się to potwierdziło. Postacie są ładnie zarysowane, ale mało rozbudowane i czasem musiałam się mocno nagłowić, żeby skojarzyć, że młodzieniec z jednej opowieści oraz inżynier z drugiej to ta sama osoba.

Brakowało mi jeszcze jakiegoś mocnego akcentu na zakończenie. Właściwie, nie powinnam tego wymagać od zbioru opowiadań, ale skoro czyta się to jak powieść, to dlaczego by nie rozwiązać fabularnie "Odwlekanych porządków" jak powieść?

Motto.

"Nadążenie za czterema pokoleniami Kozłowskich i zmieniającymi się podmiotami domyślnymi stanowiło poważne wyzwanie, ale obraz układał się w jakąś całość"
  Ha, proszę, autor sam sobie napisał motto książki.


Edit: Oto strona książki: http://www.bpp.com.pl/odwlekaneporzadki/ - tu się można zapoznać z częścią opowiadań, jest też link do legimi, gdzie jest całość.

P.S.1. Dowiedziałam się, co to jest stratygrafia!
P.S.2. Dodatkowy plus za czytanie Zajdla (chociaż... dla mojego i pana Borkowskiego pokolenia to przecież standard).
P.S.3. Polecam, no pewnie, że polecam!

"Odwlekane porządki" Marcin Borkowski, wydane przez BPP Marcin Borkowski, Warszawa, 2014.

niedziela, 15 lutego 2015

[Thorgal] "Słoneczny miecz" Rosiński, Van Hamme - dzień dobry!


Rosiński to mistrz. Pierwsza plansza jest zupełnie bez słów, ale tak zbudowano w niej napięcie, że klękajcie narody.

Tak, wracam do Thorgala. Lubię tego nie całkiem do końca Wikinga, za bezkompromisowość i odwagę. Trochę mu miałam za złe, gdy odszedł i opuścił rodzinę, ale byłam w stanie zrozumieć powody, jakimi się kierował.

W "Słoneczny miecz" wczytałam się ciekawa, jak mu też leci na tym dobrowolnym wygnaniu. Pfff, no właściwie nic specjalnego się nie dzieje. Wszystko już było. Thorgal wędruje, tu komuś pomoże, tam komuś wyciągnie rękę, tu go w dupę kopną, tam mu gębę obiją. Rzekłabym: dzień jak co dzień.

Niejaki powiew świeżości wnosi jedna babka, wielce atrakcyjna, co się do łucznika przyczepia jak rzep, tego w komiksie aż tak dużo nie było. Jednak  i babka, i przyczepianie się już było.

 Jak się komiks kończy? Normalka, Thorgal znów wyrusza na wędrówkę. Oszalałabym z takim mężem, nie dość, że się włóczy, jakby go mrówki w zadek gryzły, to jeszcze dziewczyny podrywają go bardzo nachalnie.

 Podziękowania dla Janka, który  pożyczył mi Thorgala na kilogramy, po tym jak  płakałam, że się rozstaję z Wikingiem. :)

"Słoneczny miecz", tom osiemnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek,Egmont Polska, 1994.

czwartek, 12 lutego 2015

"Snoopy i sprawy życiowe" Charles M. Schulz - jak tak można?!


Tak się nie powinno robić, to jakaś kastracja! Aaaaa!!!

Już wyjaśniam, o co chodzi. Wydłubuje się z komiksu pojedyncze paski, pojedyncze rysunki czy wręcz fragmenty rysunków, grupuje je w rozdziały pod wiele mówiącymi tytułami "Mądrości życiowe", "Mądrość"  czy "Miłość", okrasza wstępem Michała Rusinka. Na koniec udaje się, że to pełnoprawna książka.

Jak pisze Michał Rusinek to: "Coś w rodzaju fistaszkowego vademecum. Na dobry początek". Pozwolę sobie się z nim nie zgodzić. Wyrwane z kontekstu zdania i obrazy wcale nie zachęcają do sięgnięcia po całość, czy po którykolwiek tom Fistaszków.

Na dobrą sprawę najlepszy z tego wszystkiego jest właśnie wstęp pana Rusinka.

P.S. Książkę pobrałam z finty. Okazało się, że ma pieczątkę.
"Książka pochodzi z półki w Żółtym Baloniku Cafe & Pub przy ul. Taczaka 7 w Poznaniu. Jest dostępna na zasadach Bookcrosingu. Więcej informacji na: www.facebook.com/zolty.balonik lub www.bookcrossing.pl"
Smutno, że tak ktoś wypacza ideę bookcrossingu...

"Snoopy i sprawy życiowe" Charles M. Schulz, wstęp i przekład Michał Rusinek, Nasza Księgarnia, Warszawa 2007.