środa, 4 lutego 2015

Kulturalny wtorek - działo się działo (Kocham książki, Magdalena Witkiewicz)

Wtorek - potworek, jak to mówią. A właśnie, że nie potworek!

Rano zabrałam dzieci do antykwariatu Janka na czytanie:

Miało być czytanie i kolorowanie, ale że na wstępie Krzyś wypatrzył stos gier i oko mu zabłysło - zaczęliśmy od gry w Monopoly.
Zasady gry Jan wyłożył tak przystępnie, że Krzysztof załapał bez problemu. Dodatkowo ćwiczyliśmy dodawanie na oczkach kostek oraz liczenie pieniędzy ;)
Zdjęcie autorstwa Janka
Potem czytanie. Krótki rekonesans po półkach i moje starsze dziecko wybrało książkę do czytania. Czyli "Słownik etymologiczny języka polskiego" Brucknera. Łał.
Zdjęcie autorstwa Janka





Marianka nie była zainteresowana grą ani czytaniem, wolała zwiedzać antykwariat, który ma mnóstwo zakamarków, zakątków, półek, lampek i oczywiście książek.



Dzieciom się podobało, mnie również, zwłaszcza że wyszłam stamtąd bogatsza o jedną książkę :) Dla zainteresowanych adres antykwariatu to:
"Kocham książki" Katowice, ul. Tadeusza Kościuszki 47
http://sklep.kochamksiazki.pl/


Wieczorem, już bez dzieci, udałam się na spotkanie z Magdaleną Witkiewicz. Rok temu grupa ŚBK organizowała  spotkanie autorskie właśnie z nią, toteż nie jechałam, żeby poznać, tylko żeby się przypomnieć,  podpisać książkę, pogadać.
Udało się znakomicie.
Zdjęcie autorstwa Marty Kurczyk
Samo spotkanie zdominowała najnowsza książka autorki, czyli "Pierwsza na liście", widać, że prowadząca spotkanie zapoznała się z nią dogłębnie - wypytała bowiem Magdalenę wszerz i wzdłuż. Ale nie zabrakło też innych tematów, na przykład planów wydawniczych. Będą nowe książki, będą!

Po oficjalnym spotkaniu w Matrasie można było podpisać książkę. Nową, starą, co kto miał. Można też było przyjrzeć się, jak autorkę zasypywano prezentami :) Nie ma to jak wierne czytelniczki i czytelnicy!

 I kawa! Powędrowaliśmy na kawę: grupa ŚBK i Magdalena. :) I wtedy można było pogadać już zupełnie swobodnie i luźno na wszystkie tematy, choć dominowały książkowe, a jakże.
Zdjęcie zrobiła Magda Zimna
Siedzieliśmy, dopóki obsługa nie zaczęła ustawiać krzeseł na stolikach wokół nas, dając delikatnie do zrozumienia, że zaraz zamykają (ale żadnego wypraszania, Boże broń). Fantastycznie było.
Dziękuję!

poniedziałek, 2 lutego 2015

"Nocna zamieć" Johan Theorin - kto lubi zimę, po książkę marsz


Szybko, szybko, Agnes, napisz coś o tej książce, zanim całkiem zapomnisz, o co w niej chodziło. Bo przyznaj, że choć czytało ci się ją świetnie, jest tym, czym jest: kryminalnym thrillerem z ociupinką nieokreśloności. Po pewnym czasie się ją zapomina, choć tak trzymała za klapy podczas czytania.


Toteż dla potomności napiszę: na wyspę, do starego domu sprowadza się rodzina: mąż, żona, dwójka dzieci. Mąż nauczyciel w Sztokholmie związany nieco kontraktem, musi pobyć jeszcze trochę w stolicy. Żona bierze na siebie remont, odświeżenie  i urządzenie domu. Sielsko anielsko. Nie, zaraz, jak na wyspie takiej jak Olandia może być anielsko, zwłaszcza gdy jest zimno lub wietrznie? Ale mniejsza z tym, ludzie tam mieszkają. Rodzina ma się na wyspie całkiem dobrze, w domu jest sporo do roboty, zbliżają się święta...

Przeskok. Po wyspie grasuje szajka złodziejaszków okradających domki letniskowe. Dwóch tępogłowych brutali i jeden nieco bystrzejszy z resztkami przyzwoitości.
Przeskok. Do domu spokojnej starości, gdzie mieszka Gerlof, przyjeżdża policjantka, na szczęście nie po to, by go aresztować, absolutnie nie. Przyjeżdża na rozmowy, bo ona i Gerlof są spokrewnieni, a ona chce poznać historię swojej rodziny, chce wiedzieć więcej o przeszłości i o swoich przodkach. Bardzo to chwalebne.
Przeskok. Policjantka ma romans ze swoim nauczycielem ze szkoły policyjnej, romans, który kończy się nie z jej inicjatywy; i który nieoczekiwanie ma ciąg dalszy

Jak można się spodziewać, te wszystkie wątki się połączą, doprowadzając do hucznego finału. Stop, jeszcze jednego wątku nie wymieniłam, wątku z przeszłości i osoby, która już nie żyje, ale wciąż potrafi nieźle namieszać w fabule. Do tego dorzucam jeszcze warstwę paranormalną, której jest na tyle malutko, że spokojnie można w nią nie uwierzyć, ale jest na tyle ładna, że nadaje powieści bardzo ładny koloryt.

"Nocna zamieć" to wyjątkowo silna wichura, podczas której zdarzyć się może wszystko. I zdarza się. Wichura, która zdarza się w Olandii zimą, ale nie każdego roku. Wichura niezwykła, silna, zacinająca śniegiem i lodem -podczas której lepiej nie wychodzić z domu. Takiej zamieci trzeba się bać.

Thriller to niesamowity, autor ma talent, żeby wgniatać czytelnika w oparcie kanapy. Bałam się i łapałam za głowę. A gdy książka się skończyła, odetchnęłam z ulgą. Ale żadnych imion bohaterów nie zapamiętałam, widać to powyżej, prawda? Tylko Gerlofa, ale to dlatego, że znałam go już wcześniej.

Macie zamiar to przeczytać? To poczekajcie na zimowy wieczór, kiedy za oknem będzie zacinać śniegiem, a wiatr będzie świszczał w szparach. Ha, lektura wtedy zmrozi wam trochę krew. A o to przecież chodzi podczas czytania kryminału, prawda?

"Nocna zamieć" Johan Theorin, tłumaczyła Bogumiła Ratajczak, Wydawnictwo Czarne, 2010. 
Nocna zamieć [Johan Theorin]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

niedziela, 1 lutego 2015

"W blasku ognia" Polscy Fani Metra 2033


"Metro 2033" przeczytałam z przyjemnością, toteż kiedy w ręce mi wpadła niniejsza antologia, bez wahania zabrałam się do czytania.
Całość skomponowana jest w zgrabny sposób, spajający opowiadania w jedną całość. Oto gdzieś na obrzeżach metra jest graniczny posterunek. Płonie tam ognisko, gdzie można podejść, przysiąść i odpocząć, czy też ogrzać się. Można też opowiedzieć swoją historię.

Podchodzą więc i opowiadają. Podchodzą różni: młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, zrezygnowani i waleczni. Opowiadają o potworach czających się w mroku, o tym jak ludzie potrafią być gorsi od potworów, o niebezpieczeństwach grożących na powierzchni, o walkach o władzę, o miłości, o zemście....

Wszystkie opowiadania ładnie wpisują się w klimat Metra 2033, ale nie zostają na dłużej w pamięci. Niektóre są wręcz nudne (ach, te przepychanki między stacjami), niektóre są nieco obrzydliwe (fuj, kanibalizm), a tylko niektóre zbliżają się poziomem do powieści Głuchowskiego (motyw tańczącej dziewczynki).

Zaś jedno opowiadanie porządnie mnie zezłościło, gdyż autor wykazał się paskudną niekonsekwencją narracyjną. Zapomniał bowiem, że kazał uczynić bohaterowi coś, za co potem ten bohater zrugał żonę. Głupio tak, autorze!

Zawartość zbioru:
- Tseena: Prolog
- Michał Serwin: Królowa tuneli
- Maciej "doctor" Kośka: Nocny taniec
- Tseena: Sprawiedliwość Dla wszystkich
- Dariusz "Stalker1982" Szczepański: Obietnica
- Paweł "PalBal" Balcerek: Duch tuneli
- Akuumo: Płomień
- Kacper Gładych: Olsztyn
- Kamil Jankowski: Nic, co ludzkie, nie jest mi obce
- Katarzyna Auguścik: Na Poliance
- malynosorozec: Pazury i kły
- Marcin "Amar" Wosztyl: Najpierw białe światło, potem czarny deszcz
- Mateusz "Hermetyczny" Gembarski: Czasem trzeba coś poświęcić
- Rafał "Rafen" Górniak: Nie wierzę w Boga

Darmowy ebook dostępny jest tutaj.


"W blasku ognia" wybór najlepszych opowiadań polskich fanów "Uniwersum Metro 2033", Insignis Media 2014.

W blasku ognia [PolscyFani UniwersumMetro2033]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 31 stycznia 2015

"Arcanus Arctica" Dariusz Pawłowski - rozczarowałam się


To debiut młodego (rocznik 1972) pisarza. Jakże mi miło pisać takie słowa, bo też jestem młoda. 
 
Kryminał osadzony w bardzo nietypowych warunkach: na polarnej stacji badawczej. Co warto podkreślić - polskiej. Ekipa badaczy zajmuje się tym, czym badacze się zwykle zajmują: pomiarami temperatury, obserwacją pogody, pobieraniem próbek lodu, badaniem fauny i flory. Z krajem kontaktują się radiowo, poza tym w pobliżu (no, względnie w pobliżu, ale na upartego saniami czy skuterem da się dojechać) jest stacja norweska.

Pracują sobie ci badacze pilnie jak mróweczki pod czujnym okiem kierownika, Henryka Arctowskiego (znajome nazwisko, prawda?), aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, trup.  Dla załogi to szok i zaskoczenie, a dla kierownika szok do potęgi, bo odkrywa, że to nie wypadek, a zabójstwo.

Wiadomo, sama bym była bliska paniki, gdyby się okazało, że gdzieś blisko mnie grasuje morderca. W dodatku znam go i zapewne lubię - bo na stacji wszyscy są do siebie przyjaźnie (no, względnie) nastawieni. Jakby tego było mało, następuje cisza w eterze, nie ma komu zgłosić wypadku, bo nijak nie można skontaktować się z krajem. Polscy badacze od Norwegów dowiadują się, że w Polsce ogłoszono stan wojenny.

W tym momencie książka się sypie. Oczywiście, następuje ciąg dalszy, szukanie mordercy, przebitki na sytuację w kraju i inne jeszcze wątki, ale to nie zmienia faktu, że mi się posypało. Pozwolę sobie wypunktować to, co mi się nie podobało:

1. Wepchnięcie stanu wojennego w polarny kryminał. Owszem, fabularnie jak najbardziej na miejscu, są retrospekcje, pojawiają się motywy; ale mnie to zgrzytnęło jak ziarnko piasku w zębach. Właściwie nawet nie to, a wątek alianckich generałów i ich planów.
2. Wstawki z życia wewnętrznego bohaterów pełne widm, mgły, szaleństwa, mgławic, chaosu i tym podobnych bredni. Kryminał to miał być czy horror?
3. Brak podanej lokalizacji stacji, co mi bardzo przeszkadzało, bo lubię sobie umiejscawiać miejsce akcji. A tu wiadomo tylko tyle, że są wokół foki i walenie. Można by domniemywać, że to ta na Wyspie Króla Jerzego, ale nigdzie to nie jest napisane jasno.
4. W świetle powyższego braku niezwykle irytuje mnie drobiazgowa dokładność autora, gdy opisuje USS Oklahoma (ma reaktor wodny ciśnieniowy typu PWR GE S8G, wiecie?) oraz jego uzbrojenia.
5. Nie podobało mi się też opis emocji bohaterów, mocno, powtarzam MOCNO przejaskrawiony, przerysowany.
6. Błędy ortograficzne i zgrzyty stylistyczne:
- "rządza" (zapomniałam spisać strony)
- "zakwilił strasznym śmiechem" - s. 257
- "cieniutką jej [krwi] stróżką" - s. 51

Oceniłam na 2, bo oczekiwałam czegoś naprawdę dobrego (po recenzji Kasi), a mocno się rozczarowałam. Na pochwałę zasługuje jednak pomysł, czyli kryminał polarny. Niewiele jest takich.

"Arcanus Arctica"  Dariusz Pawłowski, Novae Res, Gdynia 2014.
Arcanus Arctica [Dariusz Pawłowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 29 stycznia 2015

Było o notesach, teraz o piórach - jak wybrać dla siebie wieczne pióro?

Właściwie o notesach też bym popisała, bo od ostatniego wpisu o nich kolekcja mi się znacznie rozrosła, a do tego moja pasja dziwnie działa na moich bliskich i znajomych. Pod choinką znalazłam ozdobny notesik, a gdy pojechałam do TK-Maxx zbadać ofertę, mąż dzielnie mi towarzyszył, przeglądał razem ze mną  i wybrał mi kolejny notes do kolekcji :) A koleżanka kupuje sobie namiętnie przeterminowane kalendarze Moleskine do notatek i mówi... dobra, STOP, bo o notesach to ja mogę długo.

Miało być o piórach. Piszę wyłącznie wiecznymi piórami (no dobra, prawie, długopisu też używam, ale rzadko). Mam ich kilka, różne firmy, różne grubości stalówek, różne atramenty. Jednak jeśli ktoś by mnie zapytał, jak wybrać dla siebie wieczne pióro, ba, a jeszcze jak ma to być pierwsze wieczne pióro, to odpowiedź mam przygotowaną.

Nie mam zielonego pojęcia. Serio.

Więc może napiszę, jak to u mnie było. Dawno dawno temu miałam sobie jedno pióro dostane od męża, stalowy, zgrabny Parker Jotter z monogramem Marilyn Monroe.


Pisałam, nie pisałam, leżało sobie, nie przywiązywałam wagi do niego. Jeść nie wołało, mogło sobie leżeć. Potem zaczęła mi się era notatek o książkach, spisywałam recenzje w zeszytach, ale początkowo długopisami. Takimi zwykłymi. Komfort średni, więc przerzuciłam się na żelowe. Pisało się lżej, ale lubiły robić kleksy czy wylewać. W międzyczasie zaczęłam bardziej zwracać uwagę na to, w czym piszę, zeszyty mi szlachetniały, toteż przypomniałam sobie o piórze.

Wyciągnęłam zapomnianego Parkera, który spotkał się z przecudownym notatnikiem Paperblanks i ALLELUJA! Zaiskrzyło! To była miłość od pierwszego wejrzenia. Tych notatników było trzy, zapisałam je pracowicie jeden po drugim, po czym zaczęłam się rozglądać na jeszcze innym notesem (no tak, wiedziałam, że się od notesów nie odczepię, trudno), ale koniecznie dobrej jakości, bo przecież naocznie przekonałam się, jak zgrany duet potrafi stworzyć atrament na dobrym papierze. Tak się wzbogaciłam o kolejne notatniki: Oxford, Leuchtturm1917 (który bardzo lubię), Moleskine, Rhodię, Conceptum. Wiedzę o tych notesach zdobyłam na forum o piórach FOP. A że to forum o piórach, zaczęłam czytać o piórach i zaczęłam się zastanawiać, jak by się pisało innym piórem niż ten Parker...

Po czym zakupiłam w supermarkecie Real piórko do kaligrafii Pilot Pluminix :) No co, tanie było :) Tym sposobem wsiąkłam w Piloty Plumixy na amen.

Spokojnie, pióro przeżyło ;)

To pióro o ściętej stalówce (italic). Fakt, że kreśli różnej grubości kreskę w zależności od kierunku pisania, wyjątkowo mi się spodobało. Obecnie mam w piórniku pięć takich, o różnych szerokościach stalówki i każde zatankowane innym kolorem. W L1917 świetnie mi się nimi pisało.

Ten notes to akurat nie L1917, tylko house of empik


Następnie pojawiło się u mnie Lamy Safari, pióro o przedziwnym klipsie przypominającym potężny spinacz do papieru. Właściwie nie wiem, czemu je kupiłam, jakoś tak, potrzebowałam czegoś, co nie byłoby piórem do kaligrafii (bo po Plumixach dokupiłam jeszcze Pelikana Scripta, hehe), padło na Lamy. Pióro lekkie jak piórko, nieważkie wręcz! Ale sunie tak gładko po papierze, że nie umiem nim ładnie pisać. Wyprzedza moją rękę ;) No i - mimo stalówki o grubości F - pisze dość mokrą, nie za cienką kreską.

Cienką kreskę miałam okazję podziwiać na spotkaniach piórowych, o których już kilka razy pisałam - można pomacać pióro kolegi, popisać, pooglądać. Zapragnęłam mieć swoją cienką kreskę, toteż nabyłam śliczne, smukłe, małe pióro Sheaffer Targa Slim o stalówce X (czyli XF).

Czarna Targa i czarna Rhodia - dobrana para

 Akurat z tym egzemplarzem miałam trochę kłopotu, trzeba było odsyłać do reklamacji, ale gdy już otrzymałam swoją Targę i mogłam nią popisać, ech. Cieniutka, wykwintna kreska, idealna do drobnego pisma.
Cudownie się pisze, to prawda

Teraz odświeżyłam Parkera, dobrze współpracuje mi z notatnikiem Rhodia, a jak mam ochotę na skupione, skondensowane notatki, wyciągam Targę, jak na zamaszyste zawijasy, wybieram któryś z Plumixów, a do robienia planów i spisów używam Lamy.

Więc - jak wybrać dla siebie wieczne pióro? Może po prostu przyjść na spotkanie pióromaniaków? Albo chociaż poczytać forum o piórach? Doprawdy, nie wiem.

Czy planuję zakup jeszcze jakiegoś pióra? Już chciałam odpowiedzieć, że nie, no skąd, gdzieżby, na razie mi wystarczy, ale pacnęłam się w czoło, no przecież brakuje mi jeszcze jednego Plumixa, o grubości stalówki B. Miałam, ale oddałam mamie. Dostała ode mnie Plumixa M, ale mój jej się bardziej spodobał, więc się zamieniłyśmy.  Tak przy okazji: ależ moja mama pięknie pisze piórem! Kiedyś pokażę.

Aha, nie napisałam jeszcze o stalówkach, których też kilka mam:
To kolorowe to projekt pióra na konkurs

O zestawie do kaligrafii, który dostałam na gwiazdkę oraz o ołówkach... Stalówki  i obsadkę czasem wyciągam, ale rzadko, bo mi dzieci przejmują  i nie mam jak popisać.

Krzyś naprawdę dobrze sobie radzi z piórem

Przydatne linki - TUTAJ wyjaśnienie, co to stalówka italic i jak się określa rozmiary stalówek.

Forum o piórach - tutaj należy uważać z wejściem, a już na pewno porządnie przemyśleć zarejestrowanie się. Jeśli już jednak się zarejestrujecie, żeby przeglądać forum, to uważajcie, na litość boską i nie udzielajcie się za bardzo! Zanim się obejrzycie, wsiąkniecie, zaczniecie uczęszczać na spotkania, kupować nowe pióra i możecie zachorować na zaawansowaną piórozę.

Ach, zapomniałabym, przecież specjalnie zrobiłam kilka zdjęć swoich piór.
Widok z góry
Od góry:
1. Pilot Plumix F
2 i 4. Pilot Pluminix M(pióro krótsze)
3. Pilot Plumix M
5. Pilot Plumix BB
6. Pelikan Script 1,5
7. Parker Jotter M
8. Lamy Safari F
9. Sheaffer Targa Slim XF



Widok z boku

Linie
Mam nadzieję, że nie zanudziłam. A o notesach będzie następnym razem. Pozdrawiam pióromaniaków!

wtorek, 27 stycznia 2015

W Walentynki - zakochaj się w czytaniu!

I przyjdź (przyjedź) na wymianę książkową do Zabrza, do Galerii na ulicy Wolności. Przynieś ze sobą książkę, która zalega ci na półce i wymień ją na inną.

Zapraszam na wymianę! Organizatorem jest grupa Śląskich Blogerów Książkowych oraz księgarnia "Victoria" Zabrze.



Będę tam! Od samego rana, nie wiem, czy do trzynastej, czy krócej, ale że przy okazji szykuje się nieoficjalne spotkanie grupy, więc pewnie trochę posiedzę. Będą dodatkowe atrakcje! Na przykład stoisko z biżuterią książkową Biały Mak. I niespodzianki, których na razie nie mogę zdradzić, ale jeśli będziecie zaglądać na nasz fanpage, z pewnością ich nie przegapicie.

Regulamin wymiany:
1) Wymianę książkową organizują Śląscy blogerzy książkowi we współpracy z Księgarnią „Victoria” w Zabrzu w dniu 14.02.2015 r.
2) Organizatorzy akcji w żaden sposób nie zarabiają na tej akcji oraz nie czerpią z niej żadnych innych profitów.
3) "Ile przynosisz tyle wynosisz" to główna zasada akcji.
4) Książki wymieniamy w dwóch kategoriach (ze względu na datę wydania książki): I kategoria to roczniki 2000 – 2007, II kategoria to roczniki 2008 do 2015.
5) Wymieniamy tylko beletrystykę dla dorosłych (ewentualnie dla starszej młodzieży). Nie przyjmujemy książek dla dzieci, podręczników, poradników, komiksów itp. Przyniesione książki powinny być w dobrym stanie.
6) Wymiana odbywa się "z ręki do ręki" - jeśli zainteresuje nas dana pozycja na stoliku z danej kategorii to wymieniamy ją na własne książki z tej samej kategorii (decyduje rok wydania).
7) Wraz z oddaniem książek na wymianę uczestnik traci do nich prawo i nie może domagać się ich zwrotu.
8) Wszystkie inne wątpliwości rozwieją blogerzy dyżurujący na stoisku.

niedziela, 25 stycznia 2015

"Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson - o pięknej Katarzynie

Po emocjonującej "Pieśni łuków" Cornwella, klasycznym "Henryku V" Szekspira i nieco zakurzonym, ale wciąż pięknym "Henryku V" Branagha - do rąk moich trafiła "Oblubienica z Azincourt". Uznałam to za uśmiech losu i z prawdziwą przyjemnością pogrążyłam się w lekturze.

Od razu się przyznam, że liczyłam na obraz bitwy pod Azincourt oczami Francuzów, czyli dworu króla Ludwika -no co poradzić, tak mi ta bitwa utkwiła w pamięci. Nie nie nie. Zorientowałam się szybko, że to zupełnie inna bajka. Hickson napisała powieść, w której nakreśliła losy Katarzyny de Valois od urodzenia aż do... hm, o tym potem. Autorka długie lata pracowała w telewizji BBC i zdaje mi się, że odbicie tego widać w książce, bo umie przedstawić historię w sposób przystępny, ciekawy i rzetelny.


Narratorem jest Mette, mamka, niańka, a także bliska przyjaciółka Katarzyny. Żadna tam arystokratka, gdzieżby, to córka piekarza. I chwała Bogu, bo nie jest zmanierowana (a cały dwór francuski na taki niestety wygląda) i ma masę zdrowego rozsądku. Przebywanie w pobliżu rodziny królewskiej wcale jej nie zepsuło. Zresztą tak naprawdę żadna to atrakcja, praca dla monarchii. Król boi się, że się potłucze jak szklana tafla. Królowa rodzi dzieci jedno po drugim (dwanaścioro, słuszny wynik), po czym oddaje je w opiekę niańkom i dalejże królować, brylować i błyszczeć jak paw.

Katarzyna ma Mette, która opiekuje się nią najlepiej jak potrafi, nią i jej rodzeństwem. Przychodzi jednak dzień, w którym każdy idzie w swoją stronę. Dzieci królewskie nie są dziećmi, są kartami przetargowymi w polityce, są przyszłymi mężami, żonami, następcami tronu lub gwarantami międzynarodowych traktatów.  Tak też było z Katarzyną. Miała zostać żoną króla Henryka V, ale co rusz się ta koncepcja zmieniała, aż w końcu biedne dziewczę nie wiedziało, na czym stoi. Tak, wiedziałam już z historii, jak się ten wątek skończy, ale nie wiedziałam, jakie były przed tym zawirowania polityczne!
Ba, polityki w tej książce jest całe mnóstwo. Wiecie, tych monarszych spisków i knowań nie znoszę, plączą mi się, mylą i denerwują. Na szczęście Mette opowiada o całej tej pajęczej sieci intryg tak, że da się to wszystko pojąć.

Powieść kończy się nader nieoczekiwanie. Katarzyna postanawia wyjechać do Anglii i... i no właśnie, koniec! Obruszyłam się, no jak to, a co dalej, jak tak można, urywać książkę w połowie! Skandal! Rzuciłam się do internetu, na stronę wydawnictwa i tam doczytałam (uff), że będzie kolejna część (uff uff) w listopadzie tego roku (dopiero?! grrr!).  Nie mam wyjścia, poczekam.

Porównałam sobie "Oblubienicę z Azincourt" z dziełami wymienionymi we wstępie (nic dziwnego, niezły ciąg literacko-filmowy mi się utworzył) i mam kilka spostrzeżeń.
Po pierwsze - trochę nieładnie ze strony Szekspira, że z Katarzyny zrobił pensjonarsko rozchichotaną dzierlatkę, wydaje mi się, że jako przyszła królowa była naprawdę wykształconą i rozumną niewiastą.
Po drugie po raz kolejny stwierdzam, że Cornwell jest mistrzem akcji, krwi, potu i łez, w przypadku Azincourt także błota. Nikt, a na pewno nie Joanna Hickson mu w tym nie dorówna (inna rzecz, że pani Hickson w ogóle nie ma takiego zamiaru).
Po trzecie szukałam w "Oblubienicy..." śladów bitwy. Niewiele znalazłam. Na stronie 148 początek wyprawy Henryka do Anglii, na stronie 161 lamenty delfina Ludwika, a na stronie 173 relację herolda. Ale są łucznicy!

No to teraz czekam do listopada, na drugą część.

"Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson, tłumaczenie Maria Zawadzka, Wydawnictwo Literackie, 2014.

Oblubienica z Azincourt [Joanna Hickson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 23 stycznia 2015

"Chester" Mélanie Watt - cóż za nieznośny kot!


Jeśli macie w domu przedszkolaka czy odrobinę starsze dziecko, które uczy się angielskiego, to "Chester" jest właśnie dla niego. Jeśli macie dziecko nieco młodsze, które angielskiego się nie uczy, to "Chester" też jest dla niego.

"Chester" to bardzo sympatyczna opowieść o myszy, a autorka od czasu do czasu przemyca na kartkach angielskie słówko.
Nie, zaraz. To jest opowiadana przez mysz! I przez kota! Bo wiecie, zaczyna się to wszystko  tak:
"Pewnego razu była sobie mysz. Mieszkała w przytulnym domku na wsi".

Mogłoby się zdawać, że dalej będzie jakoś tak zwyczajnie, ale gdzieżby tam. Pojawia się kot Chester, tłuściutki tricolor z czerwonym pisakiem w łapie i zaczyna wykreślać mysz z książki. Pisze opowiadanie na nowo, umieszczając siebie na pierwszym miejscu. Tak tym denerwuje mysz i autorkę, że zaczynają się odgryzać i wkrótce Chesterowi jest nie do śmiechu. Zamieszanie jest ogromne, kot kłóci się z myszą, Melanie tupie nogą, a Chester dorysowuje jej wąsy i brodę. A pomiędzy jedną i drugą przepychanką dzieci dowiadują się, że słońce to sun, ołówek pencil, a sukienka dress. Fajnie, nie?


Moje dzieci bardzo lubią tę książeczkę, pewnie przez to, że jest zwariowana. I przez Chestera tłuściocha. I jeszcze przez to, że można samemu złapać czerwony mazak, wróć, czerwoną kredkę (nie daję dzieciom mazaków, chyba że suchościeralne, ale to i tak tylko wyjątkowo) i porysować tak jak Chester, czyli po swojemu.

Na końcu książki zamieszczony jest słowniczek. Dołączone są też karty do gry memory, obrazki są podpisane po polsku i po angielsku. Bawiąc uczyć - tutaj to zalecenie jest realizowane w stu procentach.


Bardzo dziękuję Wydawnictwu M za książkę!

 "Chester" Mélanie Watt, tłumaczenie Piotr Zarębski, Wydawnictwo M, Kraków 2010.

niedziela, 18 stycznia 2015

"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska


Każdy wie, kim był Janusz Korczak (a jak nie wie, to niech się dowie). Wiemy, że prowadził Dom Sierot  i że kochał dzieci. Do samego końca.

"Pamiętnik Blumki" daje nowe spojrzenie na Dom Sierot, bo to takie dziecięce spojrzenie. Blumka pisze pamiętnik, za punkt wyjścia obierając zdjęcie Doktora z dwanaściorgiem dzieci. Pisze o tych dzieciach, o sobie, o wakacjach, o rozmowach z Doktorem, o wzajemnych relacjach między dziećmi. Pisze o życiu.

Blumka pisze tak, że z kartek pamiętnika wygląda jej charakter: spokojny, poważny i uczciwy. Dla dziewczynki ważni są inni, nie ona sama - nie zdziwiło mnie jej marzenie, by zostać wychowawczynią w domu takim jak Dom Sierot.

W pamiętniku nie ma wojny, strachu, gniewu. Nie ma, ale przecież wiem, że potem... wszyscy wiemy. Ta wiedza zasłania nam życie w Domu Sierot przed wywózką, a to było szczęśliwe życie. Doktor umiał uleczyć każdą dziecięcą duszę:
"Pan Doktor jej do niczego nie zmuszał, tylko dużo z nią rozmawiał, ale tak, żebyśmy nie słyszeli. I Hanna się zmieniła".
A także naprostować krzywe dziecięce ścieżki
"Kiedyś, gdy rozwalił kijem mrowisko, Pan Doktor bardzo się pogniewał i podał go do naszego dziecięcego sądu. Chaimek płakał i żałował, więc sąd mu wybaczył, a Pan Doktor go mocno przytulił".

Doktor uczył dzieci szacunku dla innych, poczucia własnej godności, uczył, że warto jest być dobrym, że lepiej jest przebaczać niż karać. Uczył samych dobrych rzeczy, a do tego miał serce pełne miłości. Można pozazdrościć dzieciom takiego Doktora, co?

Wizualnie "Pamiętnik Blumki" jest ucztą dla oczu (zresztą, która książka pani Iwony nie jest). Na dzień dobry dostałam pióro: przepięknie pomalowaną obsadkę ze stalówką, do tego kałamarz obok. Miód na moje serce. Dalej zdjęcie. Narysowane, ale jak pięknie! Potem dzieci ze zdjęcia - historia każdego z nich jest inna, więc i ilustracje niepowtarzalne. Ale jest jeden element wspólny dla każdej opowieści, dla każdej strony tej książki. To zeszyt w linie, w jakim zapewne pisała Blumka. Właściwie nawet nie zeszyt, tylko kartki z niego. Pocięte  i starannie ułożone stają się belką, obrusem, termometrem, wodą z prysznica, kaloryferem, stosem książek i zeszytów, siedmioramiennym świecznikiem, plastrem na skaleczenia i sznurkiem na pranie. Kartki są całym światem.

Zdjęcie pochodzi ze strony Media Rodzina

Przecież można na kartkach zeszytu czy książki zmieścić cały świat, prawda? My, mole książkowe, doskonale o tym wiemy.

Pani Iwono, dziękuję, że napisała pani "Pamiętnik Blumki". Pamiętnik jest od pamiętania, a pamiętać trzeba...

Wydawnictwu Media Rodzina dziękuję za egzemplarz książki.

P.S. A teraz zerknijcie do poprzedniej notki, "O tych, którzy się rozwijali" i obejrzyjcie stronę, którą tam zamieściłam. Pan Doktor? Łączą się te książki, prawda? A jeszcze z półki zerka na mnie "Korczak. Próba biografii", a pod łokciem leży "Ostatnie przedstawienie panny Esterki".

"Pamiętnik Blumki" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2011.

piątek, 16 stycznia 2015

"O tych, którzy się rozwijali" Iwona Chmielewska - o niciach, o ludziach


Zaskakująca książka - jak zresztą wszystkie książki Chmielewskiej, na jakie miałam okazję trafić.

Kanwą opowieści są... nici. Motki nici, które zostały znalezione gdzieś w szufladzie. Zwykłe, niezwykłe nici. Wiecie, że nici, sznurki, szpagaty przydają się wszędzie? Można nimi związać rozsypujące się włosy, zrobić uchwyt do sanek, wędkę czy sznur do prania. Można, po połączeniu sił (spleceniu kilku nici razem) uratować tonącego czy zrobić hamak. Ale można też wykorzystać nici w mniej chwalebnych celach: złapać konia na lasso czy motyla w siatkę. Ani koń, ani motyl, ani choćby ryba złapana na wędkę z pewnością nie są zadowolone z takiego obrotu sprawy.

W książkach Chmielewskiej jest tak, że pod bogatą formą ukrywa się równie bogata treść. Dziecko mi to uświadomiło - Krzyś oglądał razem ze mną, ja mu czytałam, a potem odpowiadałam na pytania: a dlaczego, a po co, a skąd to? Proste nici stały się ludźmi, którzy pomagają w przeróżnych aspektach życia. Rozwijają się przy tym i jest ich coraz mniej. Ale przecież słowo "rozwijać się" ma dwojakie znaczenie, to także pogłębianie swoich zainteresowań, poszerzanie horyzontów, słowem ulepszanie.

Czyli jest ich coraz mniej, ale jednocześnie są coraz lepsi. Docelowo znikną, ale jako ideały. Kto? Ludzie? Nici? A któż by chciał to jednoznacznie rozstrzygać, skoro tak jak jest, niejednoznacznie, jest dobrze?

Warstwa wizualna książek pani Iwony mnie zachwyca. To kolaże złożone z przeróżnych materiałów: nici, włóczek, zdjęć, rysunków. Wszystko skomponowane subtelnie i ze smakiem. Tekst do tego jest oszczędny i bardzo, mam wrażenie, przemyślany. Można skupić się na rysunkach, a ja to bardzo lubię. Nie mam zbyt wielu zdolności twórczych, toteż czasem lubię pogapić się w zachwycie na dzieło kogoś wyjątkowo utalentowanego. Wzdycham sobie, do licha, nigdy bym nie wpadła na to, że można tak ująć to, tak narysować tamto, tak przedstawić to i owo.

Źródło zdjęcia - mediarodzina.pl


Iwona Chmielewska wydaje u nas coraz więcej książek i bardzo się z tego cieszę. Z autografu (nie w tej książce, w innej) też. Bardzo mi się też podobało pudełko, które pani Iwona  położyła na stoliczku na stoisku Media Rodzina  - zerknęłam do środka, a tam całe mnóstwo piór, długopisów, ołówków, mazaków. Miniwarsztat grafika. Śliczny.

Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za książkę!


"O tych, którzy się rozwijali" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2014.