środa, 30 kwietnia 2014
"Noe. Za niegodziwość ludzi" Ari Handel, Niko Henrichon, Darren Aronofsky
Kłopocik mam. Komiks przeczytałam, przeoglądałam i za cholerę mi się nie podoba. Tylko straszliwie trudno mi określić dlaczego.
Przecież scenarzystą (ok, jeden ze scenarzystów) jest uznany reżyser, który ma całkiem niezłe filmy na koncie. Przecież lubię, jak się opowiada biblijne wątki od nowa, a w tym wypadku opowiedziana jest historia Noego i jego rodziny. Hmm.
A tu mi się nic nie podobało, odpychały mnie kadry, drażniły kolory (a raczej ich skąpa ilość, komiks jest w palecie z grubsza dwóch kolorów), irytował Noe, zgrubnie tylko nakreślony, wkurzały drętwe dialogi i kwestie.
Ocena 1,5/6 - ta połówka to za bardzo porządne wydanie, któremu nic zarzucić nie można.
Tu fragmenty do poczytania i obejrzenia - http://issuu.com/wydawnictwosqn/
Film już ktoś widział?
"Noe. Za niegodziwość ludzi" (tom 1 cyklu Noe), scenariusz Darren Aronofsky, Ari Handel, rysunki i kolory: Niko Henrichon, tłumaczenie: Marta Duda-Gryc, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2013.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
"Lewis Winter musi umrzeć" Malcolm Mackay - tartan noir
W swoim, wcale nie tak krótkim życiu, przeczytałam mnóstwo kryminałów, lepszych i gorszych, błyskotliwych jak gwiazdeczki i płaskich jak deska. Były takie, które wylatywały mi z głowy wkrótce po przeczytaniu, były też takie, które miały w sobie coś, co nie pozwoliło mi o nich zapomnieć (głównego bohatera, czas akcji, okoliczności zbrodni itp). Piszę to wszystko po to, by zaznaczyć, że w tej dziedzinie niełatwo mnie zaskoczyć.
Autorowi, choć debiutantowi, udało się to z palcem w nosie. Naprawdę, myślałam, że sporo już widziałam, ale "Lewis Winter musi umrzeć" to kryminał wyjątkowy. Tajemnica wcale nie tkwi w fabule, bo ta nie jest jakoś specjalnie wypasiona. Ot, jest sobie płatny zabójca, wolny strzelec, całkiem nieźle sobie żyje ze zleceń. Właśnie dostał jedno zlecenie - na człowieka wymienionego w tytule - przyjmuje je, przygotowuje się i przystępuje do pracy. Zero tajemnic.
Zlecenie jest od organizacji, zabójca do żadnej organizacji nie należy, ale po wykonaniu zadania to się może zmienić - i tu jest jedyny ślad tajemnicy i niejednoznaczności, jaki odkryłam w powieści.
No to skąd to zaskoczenie?
Narracja, narracja, narracja. Sucha, drobiazgowa, dokładna, sięgająca do głów wszystkich bohaterów i wyciągająca im myśli z mózgu, ba, nie tylko myśli, pragnienia, dążenia, emocje. Słowem wszystko, co tylko bohater książki sobie pomyśli czy zrobi czy zaplanuje czy analizuje, autor książki przedstawia czytelnikom. Miałam wgląd w cały proces decyzyjny zabójcy, jego pomocników, zleceniodawców, policji i pozostałych osób. Wiedziałam wszystko! Robi wrażenie, co?
A jednak po początkowym zachwycie niebezpiecznie blisko ocierającym się o oszołomienie, jakoś to przestało mi się podobać. "Trudno być Bogiem" - pisali Strugaccy i ja się z nimi zgadzam. Wcale nie chcę być wszechwiedząca i nie bardzo mi odpowiada, jak ktoś mi tłumaczy cierpliwie, dokładnie - i co w końcu nieuniknione - nudno:
"[Calum] Przyszedł, bo potrzebuje pomocy w zleceniu i chce, żeby George mu pomógł. A George nie może odmówić. Taką ma pracę, to należy do jego obowiązków. Calum o tym wie. Domyśla się, że George chciałby mu pomóc, nawet gdyby nie musiał, więc go o tę pomoc prosi. Jest świadom, że George nie ma wyboru".
Oto próbka stylu i próbka narracji. Suche to jak włosy po trwałej.
Nazwano to "tartan noir", czyli szkocki czarny kryminał. Jeśli wam się spodobało, to polujcie na "Lewisa..." i kolejne części, bo będą kolejne części. Nazywa to się trylogia Glasgow.
Co do mnie - niewątpliwie ciekawe doświadczenie, ale za bardzo mi tam trzeszczała ta suchość, żebym sięgała po kolejne części.
P.S. "Tartan noir" - fajna nazwa, nie? Czego to ludzie nie wymyślą...
Bardzo dziękuję Wydawnictwu Akurat za egzemplarz książki!
---
* - "Lewis Winter musi umrzeć" Malcolm Mackay, przełożył Miłosz Urban, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 76
sobota, 26 kwietnia 2014
BookFest 2014 Zabrze - krótka relacja
Rączki zacierałam na festiwal książki w Zabrzu. Zebrałam rodzinę i pojechaliśmy - a tam na miejscu - och, cuda i cudeńka!
Zakładki: papierowe, drewniane, filcowe - najprzeróżniejsze.
Biżuteria, o rany! Ile tego! Zawieszki i kolczyki książkowe, wisiorki witrażowe, kolczyki z modeliny, breloczki, bransoletki, korale, przypinki, obłęd w oczach!
Kartki okolicznościowe, pudełka dekupażowane, filcowe torebki, całe stoisko z filcem (wspaniałe rzeczy)!
A maskotki, a poduszki, a literki, koszulki, torby!
Zobaczcie galerię zdjęć na stronie księgarni "Victoria".
Brakowało mi czasu - co prawda dzieci na godzinkę upchałam w bawilandii, ale co to jest godzina na kawę (dostałam z misiem!), pogaduchy z dziewczynami i odwiedzenie stoisk, a jeszcze pan Rekosz, do którego chciałam wrócić, ale zwyczajnie nie zdążyłam, a jeszcze księgarnia!
Tak czy siak - udało się!
Udało mi i wypić kawę z blogerkami. Aneczka, Sardegna, Magda, Marta, Karolina i ja.
Udało się porozmawiać z panią Krystyną Zimnal, i kupić u niej wisiorek książkowy i dostać cudną zakładkę.
Coś się nie udało? No tak, nie udało się spotkać z Olą, która też miała stoliczek z zakładkami, nie udało mi się wypatrzyć toreb z napisami.
A dzieci bawiły się na górze zabawkami Playmobile, były wniebowzięte.
Bardzo miło spędziłam czas, a jutro, jak ktoś ma blisko, to może jeszcze podejść do Galerii Zabrze i zobaczyć to wszystko na własne oczy. I nawet kupić co nieco, ja przywiozłam to:
Ech, zapomniałam dołożyć dostaną zakładkę, no i zapomniałam sfotografować książki, to może tylko wymienię - dla mamy "Ostatnie rozdanie" Wiesława Myśliwskiego, dla siebie "Ciemny Eden" Chrisa Becketta.
Wyrazy uznania dla Małgosi, kierowniczki księgarni - organizacyjnie wypadło na medal! Brawo!
Zakładki: papierowe, drewniane, filcowe - najprzeróżniejsze.
Biżuteria, o rany! Ile tego! Zawieszki i kolczyki książkowe, wisiorki witrażowe, kolczyki z modeliny, breloczki, bransoletki, korale, przypinki, obłęd w oczach!
Kartki okolicznościowe, pudełka dekupażowane, filcowe torebki, całe stoisko z filcem (wspaniałe rzeczy)!
A maskotki, a poduszki, a literki, koszulki, torby!
Zobaczcie galerię zdjęć na stronie księgarni "Victoria".
Brakowało mi czasu - co prawda dzieci na godzinkę upchałam w bawilandii, ale co to jest godzina na kawę (dostałam z misiem!), pogaduchy z dziewczynami i odwiedzenie stoisk, a jeszcze pan Rekosz, do którego chciałam wrócić, ale zwyczajnie nie zdążyłam, a jeszcze księgarnia!
Tak czy siak - udało się!
Udało mi i wypić kawę z blogerkami. Aneczka, Sardegna, Magda, Marta, Karolina i ja.
Udało się porozmawiać z panią Krystyną Zimnal, i kupić u niej wisiorek książkowy i dostać cudną zakładkę.
Autor - Księgarnia Victoria Zabrze
Udało się kupić drugą zawieszkę, witrażową, oczywiście w kształcie książki.
Autor - Księgarnia Victoria Zabrze
Udało się wpaść na dwa momenty do księgarni (w pierwszym momencie kupiłam książkę dla mamy, a tuż przed odjazdem kupiłam jeszcze książkę dla siebie). Udało się zwiedzić, niektóre bardzo pobieżnie, stoiska.Coś się nie udało? No tak, nie udało się spotkać z Olą, która też miała stoliczek z zakładkami, nie udało mi się wypatrzyć toreb z napisami.
Autor - Księgarnia Victoria Zabrze
A dzieci bawiły się na górze zabawkami Playmobile, były wniebowzięte.
Bardzo miło spędziłam czas, a jutro, jak ktoś ma blisko, to może jeszcze podejść do Galerii Zabrze i zobaczyć to wszystko na własne oczy. I nawet kupić co nieco, ja przywiozłam to:
Ech, zapomniałam dołożyć dostaną zakładkę, no i zapomniałam sfotografować książki, to może tylko wymienię - dla mamy "Ostatnie rozdanie" Wiesława Myśliwskiego, dla siebie "Ciemny Eden" Chrisa Becketta.
Wyrazy uznania dla Małgosi, kierowniczki księgarni - organizacyjnie wypadło na medal! Brawo!
piątek, 25 kwietnia 2014
"Atlas chmur" David Mitchell - puste kalorie

Ta książka to oszukaństwo. Piękny cukiereczek opakowany w sreberko, wszystko ślicznie, ale to puste kalorie. Przeczytałam z niekłamaną przyjemnością, to prawda, upstrzyłam książkę mnóstwem zakładeczek zaznaczając ciekawe cytaty, ale jak się okazało, większość cytatów nie wytrzymała próby czasu, okazały albo straszliwie patetyczne albo takie sobie.
"Nie wiem czemu, ale tajemnice psują człowieka od środka jak zęby, jak się ich nie wyrwie".[1]Na szczęście trafiały się i takie, które są po prostu ładne.
"Kłamstwa są jak sępy Starego Dżordżiego, co krążą i upatrują w dole jakiej chuderlawej i mizernej duszy, żeby pizgnąć w dół i whartnąć w nią szpony".[2]
"Wsiadłem do wagonu w chwili, gdy gwizd lokomotywy wyrzucił gwałtownym wybuchem rój Furii na pikolo".[3]
"Muzykę człowiek pisze dlatego, że zima trwa wiecznie i że bez niej wilki i śnieżyce jeszcze prędzej by go dopadły".[4]
"Jesień porzuciła już łagodność i weszła w przykrą, gnijącą fazę. Nie pamiętam, żeby lato choćby bąknęło »do widzenia«".[5]
Powieść czytało mi się dobrze tylko do połowy, potem to już równia pochyła. Ech.
"Atlas chmur" składa się z kilku opowieści zazębiających się ze sobą.
Jeden. Zaczyna się od dziennika Adama Ewinga, notariusza podróżującego przez ocean na okręcie "Wieszczka" w 1850 roku.
Dwa. Ten dziennik trafia w ręce Anglika Roberta Frobishera, kompozytora bez grosza przy duszy. Robert szuka pracy, trafia do Belgii w 1931r., a stamtąd pisze listy do swojego przyjaciela i kochanka, Rufusa Sixsmitha.
Trzy. Trzeci kawałek układanki to historia Luisy Rey, reporterki śledzącej atomowo-finansowe przekręty pewnej korporacji. Luisa spotyka Sixsmitha i ma możliwość zapoznania się z listami Roberta.
Cztery. Głównym bohaterem czwartej historii jest wydawca Timothy Cavendish, do którego trafia książka opisująca losy Luisy.
Pięć (ten łańcuszek was nuży, czy wręcz przeciwnie, zaciekawia?). Hop siup, skok w przyszłość. Korporacje do niewolniczej pracy wykorzystują klony, a jeden z nich, Sonmi-451 (Fahrenheit?), zrywa się ze smyczy genetycznie uwarunkowanego ogłupienia i posłuszeństwa. O dziejach Cavendisha Sonmi dowiaduje się z filmu.
Sześć. Górka. Dotarliśmy na szczyt opowieści. Narratorem jest Zachariasz, mieszkaniec wysp hawajskich. Czasy po Upadku (katastrofa zapewne wywołana przez zbyt zjadliwą cywilizację), ludzie co prawda zachowali w pamięci ślady dawnej świetności, ale co im z tego. Tyrają, uprawiają ziemię, doglądają zwierząt - byle przeżyć od zimy do zimy. Do tego dostają w zadek od bardziej wojowniczych plemion. Ach, żeby łańcuszek się zamknął, Sonmi jest boginią tego ludu.
Do tego momentu powieść jest znakomita. Potem autor zaczął domykać wątki. Wyjaśniać. Wtykać wszędzie to tajemnicze znamię, które jest jeszcze jednym elementem spajającym wszystkie opowieści (wg mnie elementem zbędnym i przekombinowanym).
"Księżyc światło rzucił na dziwne znamię tuż pod łopatką mojej przyjaciółki, co spała mocno. Jakby taki mały odcisk dłoni, tak, głowa i sześć smug się od niej ciągło, blade były na jej ciemnej skórze i dziwiłem się, czemu nigdy wcześniej go nie widziałem". [6]
"Jedną czy dwie rzeczy trzeba będzie wyrzucić: na przykład, że Luisa Rey to kolejne wcielenie jakiegoś Roberta Frobishera. Zdecydowanie to za bardzo hipisowsko-ćpunowo-mistyczne".[7]
Rajcują mnie tajemnice, niewyjaśnione sploty zdarzeń; lubię, jak autor zostawia coś dla czytelnika, żeby sobie sam dopowiedział, sam się domyślił - i nieważne, lepiej czy gorzej mu to wyjdzie. Nie muszę mieć happy endu, nie mam parcia na to, żeby ci sympatyczni koniecznie przeżyli. Do połowy ta powieść idealnie trafiała w mój gust, gimnastykowała szare komórki, z przyjemnością pochłaniałam kolejne strony. Niestety, druga połowa nudziła mnie coraz bardziej, zbyt silnie eksploatując motyw "zabili go i uciekł". Bo przecież tym "naszym" nic się nie może stać. Ech. Uczcie się od Eriksona, jak to się robi.
Jeśli kiedyś będę czytać raz jeszcze "Atlas chmur", to do połowy, do końca szóstej opowieści, tyle mi całkowicie wystarczy do szczęścia.
Słowa uznania dla tłumaczki. Tyle różnych narratorów, tyle stylów, nowomowa utworzona na potrzeby powieści - z tym wszystkim poradziła sobie doskonale, czapki z głów.
Jeszcze jedno - ujęło mnie to:
"Na tym właśnie polega problem ze spisywaniem wszystkiego odręcznie. Nie można zmienić niczego, co już się napisało, żeby jeszcze bardziej wszystkiego nie pomieszać".[8]Ale tak naprawdę to da się zmienić, pokreślić, napisać jeszcze raz. Tylko że zostaje ta historia, zostają skreślenia... ma to swój urok. Może dlatego tak lubię pisać ręcznie?
Jeszcze jeden cytat, specjalnie dla mnie.
"Kim wy wszyscy jesteście? Pamięci, ty stara szmato".[9]No ba.
---
[1]"Atlas chmur" David Mitchell, przełożyła Justyna Gardzińska, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2012, s. 322
[2] Tamże, s. 262
[3] Tamże, s. 51
[4] Tamże, s. 87
[5] Tamże, s. 91
[6] Tamże, s. 324
[7] Tamże, s. 378
[8] Tamże, s. 154
[9] Tamże, s. 374
czwartek, 24 kwietnia 2014
BookFest w Zabrzu 26-27 kwietnia - ZAPRASZAM!
Mam przyjemność zaprosić wszystkich chętnych na BookFest!
26-27 kwietnia 2014 roku, odbędzie się I Festiwal Książki „BookFest 2014” w Galerii Zabrze w Zabrzu.
W tych dniach planowane jest otwarcie kilkunastu stoisk na terenie Galerii Zabrzańskiej, na których zaprezentują się twórcy zajmujący się rękodziełem ze Śląska i okolic. Wystawcy obiecali przygotować specjalnie z tej okazji wyroby ściśle związane z książką. Chcemy, aby z okazji BookFestu 2014 spotkali się wszyscy pasjonaci książki, osoby, dla których w dobie cyfryzacji mediów, książka w swojej tradycyjnej formie w dalszym ciągu jest najważniejszym przejawem współczesnej kultury.
Serdecznie zapraszamy zatem wszystkich miłośników książek i rękodzieła oraz osoby poszukujące oryginalnych prezentów.
Miejsce: GALERIA ZABRZE, ul.Wolności 273-275, 41-800 Zabrze
Kiedy: 26.04.2014 (sobota) godz: 9:00 – 18:00
27.04.2014 (niedziela) godz: 10:00 – 16:00
Wstęp wolny
Więcej na facebooku.
środa, 23 kwietnia 2014
"Dwoje ludzi" Iwona Chmielewska - picturebook
U momarty przeczytałam o Iwonie Chmielewskiej i zainteresowała mnie ta autorka. Kiedy wzięłam do ręki "Dwoje ludzi", zachwyciłam się. Unikalne rysunki, hm, to nawet nie rysunki, to kolaże, obrazy, wizje, zwieńczone oszczędnym i zwięzłym, bardzo emocjonalnym tekstem.
"Dwoje ludzi" opowiada o związkach (i rozwiązkach, chciałoby się dodać), które mogą być bardzo różne: gorące, namiętne, chłodne, odległe, skostniałe, solidne... wymieniać by można jeszcze długo.
Kiedy czytałam, uważnie, strona po stronie, książkę pani Chmielewskiej, natrafiłam nagle na ilustrację, gdzie narysowany był mój związek. Trafiło mnie jak błyskawicą i oniemiałam - no skąd ona wiedziała, jak to wygląda? Nie zdradzę, która z ilustracji tak do mnie przemówiła, przeczytajcie sami i wybierzcie własną.
Urzekła mnie warstwa wizualna, wykorzystująca papier pakowy, akwarele, fakturę materiału czy drewna, papier milimetrowy - bogactwo, prawda? Przy tym wszystko to jest wysmakowane kolorystycznie, pastelowe i delikatne.
Jeśli chodzi o tekst, uwielbiam taką zwięzłość i przejrzystość myśli, bo trafia w samo sedno, w samo serce.
Pięknie. Iwona Chmielewska to wielka artystka, a książkę "Dwoje ludzi" powinna dostawać każda para wstępująca w związek małżeński. Z przykazaniem czytania od czasu do czasu. Bo "gdy dwoje ludzi żyje razem" - może im być różnie, lepiej lub gorzej, więc należy szybko rozpoznawać symptomy gorszego, by zareagować i popracować nad lepszym.
Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za książkę!
"Dwoje ludzi" Iwona Chmielewska, Media Rodzina, Poznań 2014.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
ŚBK: Kulinarne inspiracje
Dziś blogerzy książkowi ze Śląska piszą o tym, jak literatura wpływa na kuchnię. Oczywiście, u każdego można zapewne znaleźć książkę kucharką, ale ja temat potraktowałam tak - czy książka beletrystyczna zainspirowała Cię do popełnienia jakiejś potrawy?
Otóż tak. Kiedy czytałam kryminał Aleksandy Marininy "Męskie gry", jedna z bohaterek na targu kupowała kurczaka i zieleninę, żeby zrobić czachochbili.
Czachochbili to kurczak (kawałki) smażony na patelni, do tego na tej samej patelni robi się sos z pomidorów i cebuli i różnych przypraw.
Czachochbili - kurczak w pomidorach i cebuli
1. Piersi z kurczaka
(tzw. filety) kroimy w długie paski, przekładamy do miski; marynujemy w
oleju, doprawiając solą, pieprzem, posiekaną ostrą papryczką, ząbkiem
posiekanego czosnku, roztartymi ziarnami kminu rzymskiego i dużą ilością
posiekanej świeżej kolendry, całość mieszamy i odstawiamy, aby
składniki się dobrze przegryzły - nie miałam kminu, więc dodałam jakieś inne przyprawy. Moim zdaniem najważniejsza jest kolendra, reszta przypraw to jak ktoś lubi. 2. Sparzone i obrane ze skórki pomidory kroimy w duże kawałki, a cebule w grube plastry.
3. Na rozgrzaną patelnię wykładamy zamarynowanego kurczaka i podsmażamy go na złoty kolor z obu stron; następnie odstawiamy mięso w ciepłe miejsce i na tej samej patelni smażymy cebulę; gdy ta już się zeszkli, przekładamy ją do kurczaka; na patelnię wrzucamy pomidory, doprawiamy solą, pieprzem i roztartym kminem rzymskim, dolewamy trochę wody, masła, posypujemy posiekaną świeżą kolendrą oraz bazylią i chwilę dusimy; do podduszonych pomidorów dodajemy usmażonego kurczaka i cebulę; przykrywamy i dusimy przez 10 minut.
Przepis i zdjęcie ze strony http://www.tvp.pl/
Tę gruzińską potrawę podaje się ze specjalnie upieczonym chlebkiem, w moim wydaniu to była bagietka. Nie mam swoich zdjęć potrawy, bo znikła błyskawicznie, ale zapewniam - przepyszna!
Jeśli chodzi o inne książki, muszę wymienić "Zupę z granatów" Marshy Mehran, w której jest mnóstwo przepisów i które skrzętnie sobie przepisałam do zeszytu, bo książkę oddałam koleżance. Polecam dolmie - gołąbki z liści winogron, ryżu, mięsa i mięty. Coś wspaniałego, zarówno na ciepło, jak i na zimno.
Kiedy czytałam "Koty, które..." co rusz natykałam się na kulinarne ciekawostki i potrawy, a już całkiem na kolana powalił mnie "Kot, który lubił sery" - aż sobie te wszystkie sery zebrałam w jednej notce, cóż za bogactwo! Uwielbiam brie, ale boli mnie po nim wątroba (czy inna wnętrzność), więc rzadko sobie pozwalam.
Albo śniadanka u Lori - zobaczcie sami u "Kota, który przyszedł na śniadanie".
Znów kryminał, tym razem E.S. Gardnera i wspaniałe śniadanie Masona - "Sprawa nerwowej żałobniczki" .
Mniam. I jeszcze jedna książka, która może posłużyć jako inspiracja - "Kot alchemika" Moersa. Nie dość, że świetna lektura, to jeszcze widać, że autor zna się na gotowaniu. Albo na jedzeniu. Albo na tym i na tym.
Na koniec - apel. Od dawna chodzi mi po głowie książka "Zupa Franza Kafki: Historia literatury światowej w 14 przepisach kulinarnych" Marka Cricka. Może ktoś ma do pożyczenia?
Bo lubię, po prostu lubię takie kulinarne smaczki w książkach, jak
"Trzynaście dni wcześniej panna March wstała jak zwykle o siódmej i zaczęła dzień od filiżanki bardzo gorącej kawy ze śmietanką i łyżeczką brązowego cukru. Zawsze uważała, że biały jest ordynarny w smaku, natomiast gruby, pachnący melasą cukier trzcinowy o lekko dymnym posmaku przywodził jej na myśl słońce, rozgrzane drewno i dalekie egzotyczne kraje, o których tylko czytała".
"Morderstwo na mokradłach" Sasza Hady
środa, 16 kwietnia 2014
"Tajemnica diabelskiego kręgu" Anna Kańtoch plus pytanie do rodziców
Będzie króciutko, bom w wiecznym niedoczasie. Młode dziewczę przybywa na polecenie aniołów do klasztoru (na szczęście nie ma na imię Ofelia, tylko Nina), gdzie spotyka się z innymi młodymi ludźmi. Po co? Nie mogę zdradzić, bo zbyt wcześnie zdradziłabym tożsamość aniołów (pamiętajcie sowy nie są tym, czym się wydają).
Nina jest fajna, buntownicza i przekorna, ale i jednocześnie wątpiąca, pełna obaw. Ludzka, żaden tam Ender czy Harry Potter. Nie podporządkowuje się bezkrytycznie poleceniom, myśli, roztrząsa, obchodzą ją losy innych, szuka odpowiedzi na dręczące ją pytania, zdobywa przyjaciół, jak też i wrogów.
Przygody, jakie ją spotykają, nie mieszczą się w kategorii zwykłych (a czegóż można by się spodziewać po powieści, w której są anioły?), jest magia, jest trochę horroru. Akcja świetnie poprowadzona, dynamicznie, ale i tak, że można złapać oddech.
Zakończenie - mocne.
Targetem jest młodzież, nie ja, więc pewnie podsunę swoim dzieciom, jak już osiągną odpowiedni wiek.
Bardzo dziękuję Eruanie za pożyczenie książki!
Jeszcze cytat na koniec.
"- Ja chyba też nie bardzo mogę wrócić - westchnęła. - Moja mama...Niech mi rodzicielki bardziej doświadczone ode mnie napiszą - czy ta metoda wychowawcza rzeczywiście działa na młodzież? Jeśli tak, od jutra zaczynam trenowanie przed lustrem miny a'la smutny spaniel a'la Nicholas Cage.
- Bije cię? - zapytał ze współczuciem Jacek.
- Nie, smutno patrzy.
- To rzeczywiście fatalnie." *
/tu było zdjęcie Nicholasa, ale ciachnęłam, bo mną otrząsało, gdy tylko na nie spojrzałam/
---
* "Tajemnica diabelskiego kręgu" Anna Kańtoch, Wydawnictwo Uroboros, Warszawa 2013, s. 135
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
"Przedksiężycowi" tom III Anna Kańtoch - tu nie będzie żadnej recenzji ani streszczenia
Przeczytałam trzeci tom "Przedksiężycowych" już jakiś czas temu dzięki uprzejmości Eruany, która pożyczyła mi książkę (tak jak poprzednie części). Potem leżał on sobie, leżał, a ja usiłowałam sklecić coś na kształt opinii, wynotowując cytaty i robiąc notatki. Zrezygnowałam w końcu, przemyślawszy sprawę. Notki, które tu zamieszczam, oprócz zwykłego wyrażenia opinii, mają mi służyć jako bank pamięci. Jak mi się zapomni, o czym była ta czy tamta książka, czy podobała mi się bardzo czy tak sobie, zaglądam tutaj i mam.
W przypadku "Przedksiężycowych" wcale nie chcę zajrzeć i przypomnieć sobie. Chcę zapomnieć ile się da (oprócz ogólnego wrażenia wyjątkowo ciekawej lektury), aby po pewnym czasie kupić sobie całość i przeczytać jeszcze raz, delektując się lekturą.
Nadmienię tylko, że autorka rozwiązała wszystkie wątki, odpowiedziała na wszystkie pytania, podopinała, co było rozpięte, tworząc z tomu trzeciego wyjątkowo dopracowane i przemyślane zakończenie trylogii.
Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to doprawdy mało istotne drobiazgi, pomylenie awersu z rewersem Pewnej Bardzo Ważnej monety (to uwaga do autorki), niezrozumiałe dla mnie pomijanie numeracji stronic (to uwaga do wydawcy). Pikuś tam.
Książka jest znakomita, a jak ktoś chce więcej poczytać, to odsyłam do Eruany, o tutaj: I staniesz się bogiem.
"Przedksiężycowi" tom III Anna Kańtoch, Powergraph, Warszawa 2013.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Pen Show Poland Katowice 12-13 kwietnia 2014
Wczoraj wybrałam się do Katowic, by wziąć udział w imprezie Pen Show Poland. Impreza świetna, mnóstwo piór do oglądania, do kupienia, do wypróbowania. Można było wziąć udział w warsztatach kaligraficznych, naprawić pióro, pogadać o piórach, o zeszytach, o atramentach, o kolorach... o wszystkim.
Oczywiście nie przyjechałam z imprezy z pustymi rękami.
Kupiłam sobie jedną kopertę z papierem listowym (do wypróbowania), dwa notesy A5, kilka atramentów w nabojach i jeden w buteleczce. Notatnik A6 uzyskałam drogą wymiany z forumowiczką z forum o piórach (tam się nieśmiało udzielam), w zamian za Whitelines.
Koperta w środku wygląda tak: czerwona podszewka, wytłoczona nazwa firmy. Papier listowy z balonem jest z papieru czerpanego, idealnego do wiecznych piór. Pan Bon Ton- tu można zobaczyć więcej ich wyrobów.
Notes Eccolo World Traveler - więcej takich można obejrzeć na stronie http://www.eccololtd.com/
Delikatny, damski, zamknięcie na magnes, papier delikatnie kremowy, poliniowane strony. To nie jest mój ulubiony format, ale notes jest piękny i cieszę się z niego.
Sówki mnie zauroczyły. Notes można obejrzeć na stronie http://www.gostationery.net - z Londynu, mmm. Poliniowany, zamykany na gumkę, oprawa kartonowa, czyli półtwarda. Zakupiony w sklepie Twoje pióro.
Ten też ze sklepu Twoje pióro. Firma Peter Pauper Press, czyli PPP. Piękna, trawiasta zieleń okładki podbiła moje serce. Kolorowe litery na okładce są zrobione techniką wypukłą, jakby lakierem, czuć je pod palcami. Na skrzydełku z magnesem motyw liter jest powtórzony na dwa sposoby - dużymi kolorowymi słowami na środku skrzydełka, a pod i nad nimi są te same słowa, tylko lakierem bezbarwnym. Brawa za design.
W środku strony w linie, od czasu do czasu urozmaicone cytatami.
Sporo czasu zajęło mi testowanie atramentów produkowanych ręcznie.
Były kartki do testów, ale wolałam wyciągnąć swój zeszyt i pisać w nim. Kilka maczanek do wyboru, cała gama kolorów (niebieskie, czarne, fioletowe, brązowe, czerwone, zielone, nawet pomarańczowe!)
Ostatecznie skusiłam się na fiolet. Buteleczka na zdjęciu :)
Pofałdowany papier w notesie to wynik nagłego ataku klimatyzatora, który zrosił nas deszczem kropelek. Znienacka.
Do zobaczenia za rok!
P.S. Mała aktualizacja. Na Pen Show jedna z forumowiczek widząc moje zainteresowanie notatnikami poleciła mi sklep TK Maxx w M1 w Czeladzi. Pojechałam tam dziś i wypatrzyłam bardzo solidny niemiecki notatnik Conceptum
Zdjęcie pochodzi ze strony www.sigel.de. Notes z dwiema zakładkami (czarna i srebna), dwiema kieszonkami na luźne karteczki (z przodu i z tyłu), ze spisem treści i ponumerowanymi stronami w linie. Zamknięcie na gumkę i szlufka na pióro. Gramatura 80g. Notes bliski ideałowi!
Oczywiście nie przyjechałam z imprezy z pustymi rękami.
Kupiłam sobie jedną kopertę z papierem listowym (do wypróbowania), dwa notesy A5, kilka atramentów w nabojach i jeden w buteleczce. Notatnik A6 uzyskałam drogą wymiany z forumowiczką z forum o piórach (tam się nieśmiało udzielam), w zamian za Whitelines.
Koperta w środku wygląda tak: czerwona podszewka, wytłoczona nazwa firmy. Papier listowy z balonem jest z papieru czerpanego, idealnego do wiecznych piór. Pan Bon Ton- tu można zobaczyć więcej ich wyrobów.
Notes Eccolo World Traveler - więcej takich można obejrzeć na stronie http://www.eccololtd.com/
Delikatny, damski, zamknięcie na magnes, papier delikatnie kremowy, poliniowane strony. To nie jest mój ulubiony format, ale notes jest piękny i cieszę się z niego.
Sówki mnie zauroczyły. Notes można obejrzeć na stronie http://www.gostationery.net - z Londynu, mmm. Poliniowany, zamykany na gumkę, oprawa kartonowa, czyli półtwarda. Zakupiony w sklepie Twoje pióro.
Ten też ze sklepu Twoje pióro. Firma Peter Pauper Press, czyli PPP. Piękna, trawiasta zieleń okładki podbiła moje serce. Kolorowe litery na okładce są zrobione techniką wypukłą, jakby lakierem, czuć je pod palcami. Na skrzydełku z magnesem motyw liter jest powtórzony na dwa sposoby - dużymi kolorowymi słowami na środku skrzydełka, a pod i nad nimi są te same słowa, tylko lakierem bezbarwnym. Brawa za design.
W środku strony w linie, od czasu do czasu urozmaicone cytatami.
Sporo czasu zajęło mi testowanie atramentów produkowanych ręcznie.
Były kartki do testów, ale wolałam wyciągnąć swój zeszyt i pisać w nim. Kilka maczanek do wyboru, cała gama kolorów (niebieskie, czarne, fioletowe, brązowe, czerwone, zielone, nawet pomarańczowe!)
Ostatecznie skusiłam się na fiolet. Buteleczka na zdjęciu :)
Pofałdowany papier w notesie to wynik nagłego ataku klimatyzatora, który zrosił nas deszczem kropelek. Znienacka.
Do zobaczenia za rok!
P.S. Mała aktualizacja. Na Pen Show jedna z forumowiczek widząc moje zainteresowanie notatnikami poleciła mi sklep TK Maxx w M1 w Czeladzi. Pojechałam tam dziś i wypatrzyłam bardzo solidny niemiecki notatnik Conceptum
Zdjęcie pochodzi ze strony www.sigel.de. Notes z dwiema zakładkami (czarna i srebna), dwiema kieszonkami na luźne karteczki (z przodu i z tyłu), ze spisem treści i ponumerowanymi stronami w linie. Zamknięcie na gumkę i szlufka na pióro. Gramatura 80g. Notes bliski ideałowi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























