poniedziałek, 8 grudnia 2014

"Na południe od Brazos" Larry McMartry - western absolutny


Piszę, ponieważ czuję się wywołana do tablicy przez Bibliomiśka. Pytał, czy będzie tekst. No i czuję się nieco zobowiązana wobec niego, bo tylko dzięki niemu udało mi się przeczytać książkę do końca. Muszę się bowiem przyznać, że zaczynałam to ze trzy razy i wciąż się zacinałam na niebieskich świniach i dalej już nie szło. W końcu musiałam oddać pożyczony egzemplarz, za długo już trzymałam - i nie było już widoków na sukces. Aż wreszcie Bibliomisiek wygłosił/napisał zdanie, które mnie zmobilizowało. Zaczęłam czytać po raz czwarty.
Gdy już się przedarłam przez świnie, a potem z nich otrząsnęłam, zaczęłam się rozglądać po powieściowym świecie. O rany, szaleństwo, oszołomił mnie!


Po pierwsze krajobrazy. Ponieważ akcja powieści dzieje się na terenie całych Stanów Zjednoczonych (oto mapka podesłana mi przez Michała), "oglądałam", jak bohaterowie jadą od pustynnych, spalonych słońcem terenów graniczących z Meksykiem, aż po zimne i zlodowaciałe pola w Kanadzie.


Po drugie fabuła. Najkrócej można określić "Na południe..." mianem powieści drogi. Oto grupka kowbojów przeprowadza stado bydła (i kilka niebieskich świń, które są nie do zdarcia) znad granic Meksyku aż do Kanady, licząc na sowity zysk. Brzmi prosto? Niech brzmi. Nie jest prosto.

Po trzecie  - i najważniejsze - postacie i relacje między nimi. To zdecydowanie najsilniejsza i najlepsza część  powieści. Autor poświęca im mnóstwo czasu, zarówno na bieżące opisy, jak i na to, by sięgnąć w przeszłość i na podstawie dawnych zdarzeń objaśnić, dlatego ten czy ów zachowuje się tak czy owak. Dzięki temu poznałam wszystkich bohaterów tak dokładnie, jakby byli moimi sąsiadami, zżyłam się z nimi, jednych polubiłam, innych nie, za niektórych trzymałam kciuki, dawałam dobre rady i zżymałam się strasznie, że ich nie słuchają, a przynajmniej nie zawsze.

Przybliżę odrobinę fabułę i bohaterów. Oto na pograniczu żyją sobie Kapelusznicy: kapitan Woodrow Call i Augustus McCrae. Zatrudniają Murzyna Deetsa, byłego podkomendnego, kaprala PE, starego kucharza Bolivara i młodziutkiego Newta - razem tworzą przedsiębiorstwo zajmujące się głównie handlem bydłem. Handel polega na tym, że od czasu do czasu wybierają się za granicę, kradną stado krów (wcześniej te krowy ukradli Meksykanie) i sprzedają je po swojej stronie. Nierzadko prawowitym właścicielom.  Robota nudna, co niektórym zaczyna doskwierać. Bo co tu robić, jak rozrywka to knajpa w pobliskiej miejscowości z jedną atrakcją - czyli piękną prostytutką Loreną.

Toteż kiedy do chłopaków przybywa Jake Spoon, ich były kompan i namawia ich na karkołomne, ale z pewnością intratne przedsięwzięcie, decydują się na porzucenie nudnego, choć na pewno nie leniwego życia. Gromadzą ogromne stado bydła i ruszają na wyprawę, przez cały kraj, żeby sprzedać stado po drugiej stronie USA. Wiecie, co może się zdarzyć podczas takiej wędrówki? O rany. Burza z piorunami. Napaść Indian. Spotkania z bandziorami. Spotkania ze stróżami prawa. Porwania. Rozstania. Powroty.

Niby to tylko gładkie słowa, które autor poukładał w odpowiedniej kolejności, ale te akurat słowa, a może ta właśnie kolejność - mają wielką moc. Nie mogłam się oderwać, zaciskałam pięści z bezsilności, gdy Indianie porwali Lorenę, miałam ochotę trząść Spoonem jak gruszką, gdy okazało się, jak mało w nim serca. Żywiłam... co ja piszę, wciąż żywię do Augustusa szczery podziw i szacunek, no i co z tego, że to bohater literacki? Ale trochę się zagalopowałam, popadając w zachwyt, a chciałam jeszcze opowiedzieć trochę o książce, a raczej o jej bohaterach.

Jest w niej kilka wyraźnie zarysowanych wątków. Najmocniejszy to wątek Loreny. Prostytutka z baru w Longsdale, wiecznie nieobecna myślami,  nieco zrezygnowana i przygaszona, a do tego świeża (tak, tak) i piękna - nagle nabiera wiatru w żagle, gdy Jake ofiaruje się zabrać ją z tej zakurzonej dziury gdzieś do wielkiego miasta, korzystając z wędrówki Kapeluszników. Lorenie ta podróż wcale nie wychodzi na dobre... przeżywa straszliwe chwile. Mocny wątek, choć kobieta delikatna.

Kapitan Call. Ooo, ten to jest naprawdę pełen sprzeczności. Małomówny, twardy, wszelkie uczucia ukrywa wyjątkowo skutecznie. Wkurzał mnie. Jak można być tak wyjątkowo twardogłowym kowbojem, by odmawiać słowa wyjaśnienia komuś, kto na takie słowa czekał całe życie?

Augustus, bez  wątpienia najbardziej prawy człowiek, jakiego poznałam na kartach książki. Szlachetny bez patosu, wielkoduszny, gadatliwy, szczery, hojny. Facet, który po prostu wie, co dobre, wie, co należy zrobić w danej chwili i po prostu to robi, bez ociągania się i oglądania na innych. Wspaniały jest też wątek Augustusa i jego dawnej miłości Klary. Klara jest bystrą i silną kobietą, zbyt bystrą, by przed laty poślubić Augustusa. Wciąż jednak, po wielu latach, coś między nimi iskrzy.

Mamy tu jeszcze historię szeryfa ścigającego Jake'a za zabójstwo; historię żony szeryfa zbiegłej z łowcą bizonów, historię wyjątkowo podłego Indianina Sinego Kaczora.... Jak widać, jest co czytać, to wszystko się ze sobą splata i zazębia. Jak raz się wpadnie w sidła tej powieści (pod warunkiem, że się przebrnie przez nieszczęsne świnie), to nie można się wyrwać, aż do ostatniej strony.

Na czym polega fenomen tej powieści? Och, gdybym tylko była nieco bardziej literacko wyedukowana, zapewne umiałabym odpowiedzieć na to pytanie. A tak to tylko mogę przypuszczać, że chodzi o tych ludzi, którzy na kartach książki najzwyczajniej ożyli: kochali się, nienawidzili, walczyli ze sobą i z wrogami, nadstawiali karku za przyjaciół, pędzili bydło w tumanach kurzu... Robili wszystko to, co robić powinni.

Tak na koniec, dla tych, którzy dotarli aż tutaj, dodam, że Larry wymieniony był w książce "Rodeo" Keseya i Babbsa. Tamta powieść podobała mi się bardzo i oceniłam ją na szóstkę. Ta natomiast bije ją na głowę. I jak mam ją ocenić? Na siódemkę w sześciostopniowej skali? ;)


Larry McMurtry, „Na południe od Brazos”, tłum. Michał Kłobukowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991

piątek, 5 grudnia 2014

"Tak daleko jak nogi poniosą" Josif Martin Bauer - temat świetny, wykonanie już nie


Historie wielkich ucieczek zawsze fascynują, czy to będzie Alcatraz, czy Oświęcim, czy inne miejsce odosobnienia pilnie strzeżone. Bo jeśli strzeżone, to JAK udają się ucieczki? Oto jest pytanie.

Dlatego sięgnęłam po historię niemieckiego jeńca, który uciekł z kopalni ołowiu na Syberii. Nie popełnię chyba wielkiego nadużycia, jeśli zdradzę, że bohaterowi uciec się udało. Nie napiszę natomiast, czy udało mu się dotrzeć do domu, bo to zupełnie inna bajka.

O czym czytałam? O tym, jak bohater trafił do obozu, jak tam żył i pracował. Kogo napotkał na swej drodze, czy to z współwięźniów, czy wrogów. Kto mu pomagał, kto przeszkadzał. Jak wyglądały przygotowania, jak Niemiec zachowywał się zaraz po ucieczce i jak po dłuższym czasie. Zapewniam, że przytrafiały mu się rzeczy naprawdę niezwykłe. Gorzko na tym tle wypada koniec tej historii...

To jest naprawdę bardzo ciekawy temat, ale niestety, książka jest napisana drętwym językiem. Często nie umiałam się przebić przez sztywne zasieki zdań, przez konstrukcje językowe pokryte kleistą mazią nudy. Grzęzłam.

Zdaje mi się, że lepiej byłoby obejrzeć film (nie, jeszcze go nie widziałam).

"Tak daleko jak nogi poniosą" Josif Martin Bauer, przełożył Wojciech Szreniawski, Wydawnictwo SDK, Tczew 2010.

środa, 3 grudnia 2014

"Nie mażę się, ale marzę o..." Hanna Barełkowska - mam niepełnosprawne dziecko

Czytałam tę książkę straszliwie długo, blisko pół roku. Nie dlatego, że jest nudna i nie dlatego, że jest zła. Dlatego, że książka jest mi wyjątkowo bliska, porusza bardzo osobiste nuty w duszy i czasami tak mocno na mnie działała emocjonalnie, że musiałam ją odkładać, bo nie byłam w stanie czytać dalej. Trzeba mi było czasu na przetrawienie tego, co właśnie przeczytałam. Czasem zaś potrzebowałam zaczerpnąć powietrza i wyciszyć się.

No dobrze, ale o czym właściwie jest ta książka? Podtytuł mówi wszystko (na końcu wpisu). Rodzice niepełnosprawnych dzieci opowiadają o swoim życiu. Autorka porusza chyba wszystkie tematy, jakie tylko mogą przyjść do głowy: opieka nad dziećmi, walka z instytucjami, rezygnacja z pracy, trudności w związkach, rehabilitacja, cierpliwość i brak cierpliwości, nadzieja, poszukiwanie nowych form terapii, smutek i lęk, miłość.

To wszystko obecne jest w życiu niepełnosprawnych dzieci, taki jest ich świat.Trudny. Inny. To jest też mój świat.

W lutym 2012 roku urodziła nam się córeczka Marianna. Jak się okazało, z obustronnym głębokim niedosłuchem, na poziomie 90-100dB. Diagnoza była szokiem, płakaliśmy wracając z badań. Nie było łatwo pogodzić się z myślą, że Marianka nie słyszy.  Zwłaszcza że lekarz, który nas diagnozował, zalecał aparaty, jednocześnie ze smutkiem nadmieniając, że bardzo szkoda, że taka śliczna mała dziewczynka będzie żyła w świecie ciszy. Co? Świat ciszy? Tak od razu wyrok? Nie wspominam dobrze tego lekarza, na szczęście trafiliśmy do innego, który pokierował nas odpowiednio. Dzięki temu Marianka ma wszczepiony implant, słyszy i rozumie, co się do niej mówi, zaczyna też (choć powolutku i bardzo opornie, coś tam nie gra do końca) mówić.

Nie zmienia to jednak faktu, że jesteśmy z mężem rodzicami dziecka niepełnosprawnego i dotyka nas wiele problemów z tego wynikających. Zniechęcenie z powodu braku postępów w rehabilitacji, problemy finansowe (pracuje tylko mąż), kłopoty w relacjach małżeńskich, skupienie się na młodszym dziecku kosztem czasu poświęconego starszakowi (a Krzyś też wymaga logopedy), frustracja spowodowana monotonią życia (dom, przedszkole, terapia i tak na okrągło). To wszystko dotyka nas w większym lub mniejszym stopniu.


Książka uświadomiła mi, że nie jestem z tym wszystkim sama, że moje lęki i obawy nie są czymś niezwykłym. Mogłam je trochę oswoić. Mogłam spojrzeć na moje życie z nieco innej perspektywy. Mogłam wreszcie odczuć ulgę.

Tak. Ulgę, że moje dziecko "tylko" nie słyszy i nie mówi, bo mogło być inaczej (nie chcę mówić "gorzej", bo daleka jestem od stopniowania niepełnosprawności). Mogło nie widzieć. Mogło nie chodzić. Mogło... dobra, stop. Chodzi o to, że inna niepełnoprawność mogłaby nas bardziej doświadczyć...

Wszystkim rodzicom dzieci niepełnoprawnych bardzo dziękuję, że zechcieli podzielić się cząstką siebie, a autorce (która także ma niepełnosprawne dziecko) dziękuję, że zebrała to w książkę. Trochę mnie wsparła ta lektura w codziennym życiu.


Bardzo dziękuję wydawnictwu Media Rodzina za książkę!


"Nie mażę się, ale marzę o...: Rodzice dzieci niepełnosprawnych kim są, jak kochają, o czym marzą" Hanna Barełkowska, Media Rodzina, Poznań 2014.
nie mażę się, ale marzę o... [Hanna Barełkowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Weekend pod znakiem piór i książek - dużo zdjęć!

Tydzień temu spędzałam prawie cały weekend na Targach Książki w Katowicach. Weekend, który dopiero co minął, też miałam pod znakiem Katowic.


Sobota była dniem, w którym spotkali się pióromaniacy. W kinie Kosmos, jak zwykle. Przy kawie i ciastku mogliśmy oddać się tym, co lubimy najbardziej: gadaniu o piórach, pisaniu, oglądaniu, wymianie notesów, oblewaniu się atramentem i tym podobne przyjemności. Poniżej kilka zdjęć (wszystkie  autorstwa forumowej koleżanki aspi).
Zadowolony wyraz twarzy to efekt trzymania w ręku świetnego ołówka Wahl

Tu zaś Sheaffer Targa Slim na papierze z notesu Midori

Stół pełen różności. Zawsze tak jest.

Przepiękne pocztówki z piórami

Pocztówki ze ściągą z kaligrafii


Zaś w niedzielę wybraliśmy się całą rodziną na spotkanie biblionetkowiczów. Liczba przybyłych przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania: 37 osób! Z radością gnietliśmy się w małej, dwudziestoosobowej sali, przekrzykując się wzajemnie i zawalając stoły i parapety książkami. Pamiętam, jak kiedyś liczono książki, które przeszły z rąk do rąk na spotkaniach (parę lat temu), teraz żadna ludzka siła tego nie policzy. :)
Muszę jednak nadmienić, że mąż mnie pochwalił. Na spotkanie zabraliśmy torbę pełną książek i dwa pakiety zakładek. W powrotną drogę zabraliśmy pół pakietu zakładkowego oraz mizerne sześć książek. Mąż spojrzał i rzekł, że w końcu jesteśmy na plusie. Zdjęcia poniżej autorstwa Neelith i mojego.

To zaledwie ułamek grupy

Grupa w kąciku
Krzyś lubi pozować do zdjęć

Grupa w drugim rzędzie od stołu
"U Babuni" oferuje ciekawe wyposażenie

 
A także intrygujące oświetlenie




















P.S A dziś właśnie stuknęło 300 000 odwiedzin na blogu. Dziękuję!

sobota, 29 listopada 2014

Liebster Blog Award od Grendelli i Milvanny

 Wiecie, co to Liebster Blog Award? Taki łańcuszek blogowy, odskocznia od nudnych recenzji (hehe, i recenzje mogą się znudzić), odpowiedzi na kilka pytań.
Siostry przysiadły, naskrobały odpowiedzi, po czym w pocie czoła wymyśliły następne pytania i zarzuciły jedenaście wędek w różne strony blogowego jeziora. Jestem jedną z rybek.

Tu są odpowiedzi i pytania sióstr.

1. Gdybyś wybrał(a) się na bal kostiumowy, w jakiej epoce historycznej szukał(a)byś inspiracji?
Epoka Cesarstwa! Uwielbiam styl empire (dla przypomnienia, suknie w takim stylu nosiły panny Bennet). Chciałam nawet sukienkę do ślubu mieć w tym stylu, ale nie umiałam znaleźć odpowiedniej. ;)

2. Masz słabość do......
Kawy - niestety to nie jest zbyt zdrowe, dlatego ostatnio przerzuciłam się na bezkofeinową. Notesów - używam, ale przybywają mi w zastraszającym tempie. Komiksów - czytam nadzwyczaj chętnie.

3. Gdybyś był(a) potworem, jaki to byłby potwór?
 To jest całkowicie i absolutnie niemożliwe, żebym była potworem. Jestem osobą tak gołębiego serca, że instytucja potworniactwa jest mi zdecydowanie odległa. O lata świetlne!

4. Twój ulubiony czarny charakter?
Nad tym się musiałam nieco zastanowić. Wyszło mi, że Szakal z "Dnia Szakala" Forsytha i to nawet bardziej filmowy niż książkowy (ale książkowy oczywiście też). Mowa o starym filmie i o tym Szakalu:

5. Czekolada czy papryczka chilli?
Czekolada z odrobina chilli - koniecznie w wersji płynnej. Och.
6. Herbatka u królowej angielskiej czy lunch z prezydentem USA?
W świetle tego, że właśnie zaczytuję się w "Oblubienicy z Azincourt" a wcześniej wałkowałam, jak to Henryk V  Francję zdobywał, oczywiście, że herbatka u królowej!  Może jakieś historyczne pamiątki udało by mi się zobaczyć?
P.S. Tylko bez mleka ta herbata!

7. Jakbyś nazwał(a) odkrytą przez siebie gwiazdę?
 Szalony Wędrowiec.
 
8. Gdybyś miał(a) jedną godzinę w ciągu doby więcej, na co byś ją poświęcił(a)?
Na pisanie. Bo o ile czas na czytanie zawsze gdzieś się u mnie znajdzie, tak czas na pisanie kurczy mi się niemożebnie.
9. Otaczają cię zombie, nie masz żadnej broni, co robisz?
Ha! No właśnie, to jest to pytanie, które zabiło mi największego ćwieka! Zombiaków nie lubię, brzydcy są, powłóczą nogami i wyżerają mózgi.  Jeszcze żeby był jeden, góra dwa, to pikuś, uciekłabym, nogami nie powłóczę, pewnie by mi się udało. Ale jak jest ich więcej, pora sięgnąć po staropolskie przysłowie "Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie".
Czyli trzeba się szybciutko upodobnić do takiego. Oczy mam z natury podkrążone na sino (taka moja kosztowna uroda, wiecie, jak drogie są dobre korektory?), jeszcze trzeba twarz szpetnie wykrzywić, zacząć charczeć i powłóczyć nogami. Nie zorientują się. Mam nadzieję.


10. Gdybyś musiał(a) wybierać, zrezygnował(a)byś ze wzroku czy słuchu?
Hm. Tu trafiłyście w czuły punkt, kochane siostry. Mam bowiem córkę, która właśnie (no, nie z własnej woli przecież) słuchu nie posiada, cierpi na wrodzony głęboki obustronny niedosłuch.
Patrzyłam, jak inni odpowiedzą, przeważnie był to słuch właśnie (no, dla mola książkowego możliwość czytania oczami jest nie do przecenienia). Ja jednak nie potrafię wybrać. Brak wzroku wydaje mi się czymś strasznym. Z brakiem słuchu borykam się na co dzień i wcale łatwo nie jest... Może pozostawię to pytanie bez odpowiedzi, co?

11. Blogujesz, bo ......................
Bo to lubię. Lubię pisać o książkach, lubię, jak mnie czytają, jak można nawiązać jakiś kontakt z podobnymi mnie. Tyle już znajomości nawiązałam!  Lubię to, przepadam!

Nie nominuję następnych, bo właśnie zabrakło mi tej godziny, hehe. A w planach jeszcze jeden łańcuszek, tym razem od paren, ale to za jakiś czas.

piątek, 28 listopada 2014

"Podróże w czasie i przestrzeni w celu ratowania ziemi 2" - czyli jak z licznych błędów uczynić zaletę


To komiks wydany przez Fundację Nasza Ziemia - celem jest uświadomienie ekologiczne dzieci w wieku wczesnoszkolnym. To już druga część, pierwszej niestety nie znamy, a szkoda, bo druga jest kontynuacją przygód trójki młodych bohaterów.
Zapewne w pierwszej części jest wyjaśnione, skąd przyjaciele wzięli tajemniczy artefakt pozwalający na podróże w czasie. Chętnie bym się tego dowiedziała.

A  w tym tomie dzieci spotykają się po wakacjach i nie tracąc czasu, przenoszą się do Egiptu. Potem (czyli w następnym rozdziale) na rybacki kuter, następnie do Miasta Małp w dżungli, odwiedzają też epokę kamienia łupanego... Tak sobie skaczą, ale każdy skok poprzedzony jest scenką w domu czy szkole - to ma się ładnie ze sobą łączyć i łączy.

O czym się dowiedzą dzieciaki z tegoż komiksu? Sporo tego: gospodarka odpadami, świadome rybołówstwo, odpowiedzialna turystyka, melioracja gruntów... jak widać, ekologia nie polega tylko na tym nieszczęsnym i wszędzie widocznym segregowaniu śmieci. To coś więcej.

Komiks jest dla dzieci i ma język dostosowany do dzieci. No, tyle że dla dzieci szkolnych, moje to jeszcze przedszkolne, ale co trudniejsze rzeczy wyjaśniałam na bieżąco. Mam nadzieję, że choćby strzępki wiedzy ekologicznej się uchowają, zresztą za jakiś czas zrobimy powtórkę. Będzie ok.

W publikacji namnożyło się literówek, jest ich naprawdę sporo i w normalnych okolicznościach byłabym zła. Ale Wydawnictwo zrobiło rzecz arcyfajną: erratę. Ale nie taką zwyczajną, jak za dawnych lat, kiedy to wklejano szarą karteczkę z rubrykami "strona, jest, powinno być". To kartka na papierze przylepnym, z wydrukowanymi poprawnymi dymkami i krótką instrukcją: odlep dymek opisany numerem strony, odszukaj stronę, odszukaj dymek, nalep poprawny dymek. Krzyś miał przy tym odlepianiu, szukaniu i nalepianiu masę uciechy. Errata na medal, tak trzymać!


Bardzo dziękuję Fundacji za egzemplarz, co prawda były darmowo rozsyłane, ale tylko do instytucji typu szkoły, biblioteki  - toteż bardzo dziękuję jako osoba prywatna.



"Podróże w czasie i przestrzeni w celu ratowania ziemi 2" Scenariusz: Rafał Skarżycki, rysunki: Karol Kalinowski, Fundacja Nasza Ziemia, 2014.

środa, 26 listopada 2014

"Opowiem ci mamo, co robią żaby" Katarzyna Bajerowicz, Marcin Brykczyński - kum


Jako mama przepadam* za takimi książkami: duży format, mocne, kartonowe strony oraz ilustracje od góry do dołu. Książki zarysowana od dna aż do powierzchni, tak właśnie jest w przypadku  "Co robią żaby", bo przecież zaglądamy do zbiornika wodnego. Na dnie leżą małże, w wodzie pływają kijanki, a nad wodą latają ważki i komary. Czyli dokładnie tak, jak to jest w przyrodzie.

Główną rolę w książce grają oczywiście żaby - na pierwszej stronie składają skrzek, na następnych obserwujemy malutkie kijanki, które rosną, przybywa im kończyn, ubywa ogonów, cykl życiowy jak na talerzu. Ale nie samymi żabami staw żyje. Żyje taką mnogością stworzeń, stworzonek i żyjątek, że aż się zdumiałam, bo nie wiedziałam, że aż tyle tego jest. Jakbym nie wierzyła, to jest dorysowany leksykon  z podstawowymi informacjami o poszczególnych gatunkach.

Całość okraszają wiersze Marcina Brykczyńskiego, właściwie to rymowane zagadki, lekko prowadzące lekturę. Nie odciągają uwagi od ilustracji, tylko je komentują i kierunkują uwagę czytającego. Jednak to ilustracje stanowią siłę napędową tej książki i dlatego panią Katarzynę wymieniam na pierwszym miejscu. Ciekawa jestem, ile czasu zajęło jej przygotowanie całej książki, bo wydaje mi się, że to musiało być sporo pracy.

* Wyjaśniam, dlaczego przepadam: bo po pierwszym czytaniu (ja czytam) dzieci same biorą do ręki i śledzą pod- i nawodne sytuacje. Krzyś liczy żaby na stronie (na fazę na liczenie), a Marianka bierze książkę na nasiadówki nanocnikowe (niech rzuci kamieniem ten, co tak nie czyta).

Bardzo dziękuję Naszej Księgarni za egzemplarz książki! Kum!

Jeszcze tylko się pochwalę, że książkę mam z autografami i pani Kasi i pana Marcina, zdobytymi na TK w Krakowie :)

EDIT: I jeszcze jedno: pani Kasia napisała do mnie i podrzuciła link do żab w odcinkach - KONIECZNIE OBEJRZEĆ!


wtorek, 25 listopada 2014

Targi Książki w Katowicach 21-23 listopada 2014 - relacja (tytuł całkiem niechwytliwy, wiem)

Jak tu zacząć? Chyba od tego, co mi najbardziej leży na sercu i muszę z siebie wyrzucić, bo się uduszę. Jak to dobrze, że istnieje taka grupa jak ŚBK, dzięki której mogę nie tylko czytać książki i pisać o nich, ale brać udział w wydarzeniach kulturalnych, ba, sama te wydarzenia organizować!
I dlatego takie Targi, jakie by nie były liche pod względem wystawców czy spotkań autorskich czy reklamy i promocji - i tak wspominam mile.

Bo sami zobaczcie, z iloma ludźmi udało mi się spotkać i porozmawiać.

 Z blogerami i blogerkami.

Początek pierwszego panelu
Panel drugi

Na panelach blogerskich rozmawialiśmy o blogach książkowych i kulturalnych, o statystykach i komentarzach, o autorach i ich reakcjach na opinie, o wydawnictwach, o pisaniu laurek i o innych jeszcze tematach. Swobodnie, bez mikrofonu, ale nikt się nie przekrzykiwał, każdy kto chciał, mógł wyrazić swoje zdanie i został wysłuchany.

Udało nam się, dzięki sponsorom, przygotować dla każdego uczestnika panelu torby z upominkami. Każda paczka zawierała inny tytuł książki od Granice.pl , notesy od Centrum Usług Drukarskich z Rudy Śląskiej, paczuszkę herbaty od Power Rubicon Coffe z Katowic, albo zamiennie "Książki" Magazyn do Czytania od Agory. Dodatkowo mieliśmy dla każdego uczestnika spotkania jeszcze egzemplarze magazynu literackiego "Książki" od Biblioteki Analiz, zakładki od Księgarni Victoria z Zabrza oraz długopisy od firmy HAM.  Zaś Expo Silesia zapewniła dla każdego blogera identyfikator, bardzo przydatna rzecz :) Bardzo dziękujemy!

Zorganizowaliśmy też konkurs dla uczestników, oczywiście z nagrodami. Rozwiązanie (na głos) konkursu było wyjątkowo roześmianym punktem programu. 

Z Anią Kańtoch, którą (przyznaję się) zaprosiłam na panel blogerski jako blogerkę (bo prowadzi), ale w trakcie dyskusji wyrażała swoją opinię jako autorka.
Tu Anna Kańtoch podczas dyskusji o fantastyce młodzieżowej


Z Dariuszem Rekoszem, który konsekwentnie realizuje swoją politykę marketingową i stara się, by jego książki były widoczne.
Dariusz Rekosz razem z Bronisławem Cieślakiem na stoisku Granice.pl


Z ekipą z Naszej Księgarni: Dagmarą, Jankiem i Darkiem udało się pogadać przy stoisku, głównie o literaturze dziecięcej (wiadomo, Krzyś i Marianka lubią książeczki), czyli o wspaniałej serii "Opowiem ci mamo" oraz cyklu, który nie wiem, jak się nazywa, ale zawiera "Poczytaj mi mamo" kilka tomów, Tuwima, Kubusia Puchatka i inne smakowitości; ale widzieliśmy się też na spotkaniu potargowym, tam już gadaliśmy o czym dusza zapragnie.


Z Robertem M. Wegnerem, któremu tylko uścisnęłam dłoń i zamieniłam dwa zdania w przelocie (tak, czekam na kolejny tom Meekhanu, ale nie popędzam).

Ze Sławkiem i jego ekipą z Granic.pl - dla nich szczególne brawa, ich stoisko przyciągało chyba najwięcej osób, oferta nie tylko książkowa, ale i autorzy, z którymi się można było spotkać i porozmawiać.

Z Waldemarem Cichoniem przywitaliśmy się jak starzy znajomi, bo przecież organizowałam spotkanie autorskie z nim dla dzieci z przedszkola Krzysia. Razem sobie pokiwaliśmy głowami nad znikomą ilością książek na Targach Książki.

Z Anną Pawłowską-Koziar, przesympatyczną dziewczyną, której książkę kiedyś przeczytałam, ale bardziej interesowało mnie jej stoisko z rzepiankami. Krzyś ma już taką koszulkę do przyrzepiania - teraz zakupiłam mu przyrzepiankę buźkę - ależ czad. Moje dziecko poszło w niej dziś do przedszkola i każdemu z dumą pokazywało buźkę.


Z Jankiem Oko (i jego nieodłącznym plecakiem, hehe), który kocha książki tak, że założył antykwariat, a na spotkanie potargowe przyniósł wielki stos prezentów (podwójne egzemplarze tego, co miał u siebie), każdy, kto miał ochotę, mógł się uczęstować. Do tego poznałam nieco tajniki funkcjonowania takiego interesu, ale sza, to jest ściśle tajne łamane przez poufne. ;) Strona antykwariatu: Kocham książki.

Z panem z grupy Publicat, z którym miałam przyjemność pogawędzić chwilę o kryminałach wydawanych przez Wydawnictwo Dolnośląskie, ja pragnęłam powrotu gardnerków, on pokazywał z rezygnacją na stosy Jo Nesbo. 

Z Andrzejem Pilipiukem. Jeszcze zanim się wszystko zaczęło, odwiedził nas w sali, gdzie odbywały się panele i można było swobodnie podejść i porozmawiać, dostać kalendarzyk na przyszły rok. Mam dwa, dla siebie i dla męża, mąż bowiem jest miłośnikiem Wędrowycza.

Z Darią ze "Sklepu z cytatami" - sklep znam od czasów, gdy jeszcze nie było sklepu, była tylko strona fb, teraz sklep już oczywiście jest. U niej zakupiłam sobie notes (no przecież nie mogłam wyjść z targów bez jakiegoś notesu!).


Z panią Olą z firmy Biały Mak, która robi przepiękną biżuterię! Książkową! Ach, stałyśmy tam z Magdą i wręcz nosami wodziłyśmy po ofercie. Medaliony, magnesiki, broszki, kolczyki, zawieszki, bransoletki, pierścionki. Z Muminkami, z Alicją z Krainy Czarów, z Hatifnatami, Małą Mi, Buką, Kubusiem Puchatkiem, Kłapouchym, Paddingtonem, Włóczykijem... Wypatrywałam tych książkowych, ale były i inne, pejzaże, zwierzątka. Dmuchawce zatopione w przezroczystej żywicy! Kolczyki z malusieńkimi książeczkami!
Nie mogłyśmy się oderwać.




Dobrze, a jak już się oderwałam, to jeszcze napiszę, że przygotowaliśmy wymianę książkową, która zainteresowała całkiem sporo ludzi, co cieszy tak, że hej. Wymieniono około 225 książek (to znaczy więcej, ale 225 mamy udokumentowane). I już szykujemy następną taką akcję!


Ukoronowaniem dnia było spotkanie blogerów w City Rock Cafe, gdzie złamaliśmy wieszak. Obsługa zrozumiała, było nas dużo i okrycia wierzchnie przeważyły. Bawiliśmy się przednio.

I jeszcze chciałam napisać o blogerach, którzy tak licznie przyjechali, o pudełkach w kształcie książek, o biżuterii z suchych liści, o nakładkach masujących na krzesło, o komiksach, o koszulkach z Kaną Galilejską, relacja by mi się niebezpiecznie rozrosła i nikt by tego nie przeczytał.

To może jeszcze na koniec łupy potargowe.
Ponad dziesięć kg komiksów od Janka z Tramwaju

Książki od NK, notes od Darii, zakładka od Książki w mieście, rzepianka oraz magazyn od Janka, w tle katalog literatury dziecięcej

Paczka przygotowana przez ŚBK

czwartek, 20 listopada 2014

"Królowa Śniegu" Hans Christian Andersen - książka z obezwładniającymi ilustracjami


Każdy zna baśnie Andersena? Z mojego pokolenia prawie każdy, ale co do młodszych wcale nie jestem pewna. Baśni Andersena jakoś też nie widuję w księgarniach, albo też nie umiem ich znaleźć. Poważny język i tchnące smutkiem, a co najmniej melancholią historie są wypierane przez współczesne bajki: wesołe i dynamiczne, z prostym, przystępnym językiem i szczęśliwym zakończeniem.

 Nie mam nic przeciwko takim bajkom, tylko że gdzieś po drodze gubi się ten staroświecki Duńczyk w cylindrze i jego delikatno-okrutne bajki.

Trzeba czegoś ekstra, żeby odkurzyć Andersena. Wydawnictwo M postawiło na ilustracje i to był strzał w dziesiątkę.

Ilustracje są obezwładniająco piękne!

Pogrubiam i podkreślam, bo jeszcze nie spotkałam się z takimi rysunkami. Misterne, pieczołowicie cyzelowane, z mnóstwem szczegółów, dokładne i jednocześnie subtelne. Zobaczcie sami: oto Kaj i Gerda przy oknie, wspaniałe mroźne kwiaty na szybach, rozpływam się na widok koronkowej chusty na ramionach Gerdy, moje dzieci wodzą palcem po włóczce rozplątanej z kłębka (winien jest kot!), wszystko realne, aż namacalne.  I nagle - żarcik autora, który łamie tę aż nienośną doskonałość obrazu, pokazując nam myszkę, siedzącą na krzesełku i czytającą gazetę. Świetne!
Autor, Vladyslav Yerko, nie dość, że utalentowany, to jeszcze pozytywnie zakręcony.


Zaczęłam od obrazu, treść spychając na drugi plan, ale to nie moja wina, to decyzja moich dzieci, które grzecznie wysłuchały pierwszego rozdziału (tego o magicznym lustrze, które krzywo wszystko odbijało), po czym przejęły książkę na własność, oglądając ilustracje. Mają prawo. Treść będę im przedstawiać stopniowo. Bo przecież trzeba znać historię o chłopcu, któremu do oka i do serca wpadł kawałek szkła z magicznego lustra i którego Królowa Śniegu wywiozła do swojego pałacu. Jednak bardziej jest to historia o dziewczynce, jego przyjaciółce, która szukała go z nieustępliwością godną najwyższego podziwu.

Wydawnictwo M chyba nie jest kojarzone z literaturą dziecięcą, tym bardziej się cieszę, że udało mi wypatrzyć tę właśnie pozycję. Myślę, że znakomicie nada się na prezent pod choinkę - treść na najwyższym poziomie, wszak to klasyka, ilustracje na jeszcze wyższym.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu M za książkę!

P.S. Zerknijcie też na ilustracje Yerko do Hamleta - ech, chciałabym mieć takie wydanie.

"Królowa Śniegu" Hans Christian Andersen, ilustracje Vladyslav Yerko, Wydawnictwo M, Kraków 2012.
Królowa śniegu [Hans Christian Andersen]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 18 listopada 2014

Targi Książki w Katowicach 21-23 listopada 2014 - zapraszam!


Już za chwileczkę, już za momencik... nie, nic się nie będzie kręcić, tylko rozpoczynają się Targi Książki w Katowicach. Grupa Śląskich Blogerów Książkowych aktywnie włączyła się w organizację i przygotowała co nieco.

Cały program dostępny jest tutaj.  Ja tylko pozwolę sobie szczególnie zaprosić na dwa  panele przez nas organizowane:

1. Czy na blogach książkowych chcemy czytać tylko o książkach?
2. Problem dyskusji na blogach, czyli jak zachęcić czytelników do polemiki w komentarzach?

 Oprócz tego zapraszam na Wymianę Książkową:


Uwaga: wymieniamy wyłącznie beletrystykę dla dorosłych (ewentualnie dla starszej młodzieży)!

A po Targach zapraszamy na spotkanie potargowe  do City Rock nieopodal  Spodka.
Link do wydarzenia - zachęcam do przyłączenia się.

Co to, kto przyjdzie?