To moje drugie podejście do prozy Eduarda Mendozy (ależ rym!) i chyba ostatnie. "Sekret hiszpańskiej pensjonarki" zupełnie mi nie przypasował, a "Podróż" przeczytałam wprawdzie bez wstrętu, ale i bez widocznej przyjemności.
Bez wstrętu, bo historia, a właściwie historyjka, opisana przez autora, jest całkiem ciekawa: oto Rzymianin Pomponiusz Flatus, wędrujący po świecie w poszukiwaniu wody (życia lub podobnej), trafia do wioski, gdzie mieszka mały Jezus z rodziną. Wędrowiec od razu zostaje poproszony o pomoc, ponieważ ojciec Jezusa został właśnie oskarżony o morderstwo miejscowego bogacza. Nie odmawia, licząc na zapłatę - i tak, mając do pomocy Jezusa, węszy, pyta, śledzi, dedukuje - słowem stara się ze wszystkich sił, by zagadkę rozwiązać i ocalić Józefa od śmierci przez ukrzyżowanie. Mnóstwo w tym nawiązań do wydarzeń, które znamy z Biblii - i to jest ciekawe, coś, co lubię i co zawsze chętnie czytam.
Nie pasuje mi natomiast język autora, ta jego maniera włóczykija-kloszarda, ta luzacka rubaszność, ten dowcip rodem spod budki z piwem, gdzie pierdnąć można sobie bez krępacji, ba, kumple skwitują rechocząc radośnie.
Z tego też powodu kończę przygodę z panem Mendozą, pozostając z szacunkiem i pozostawiając go innym czytelnikom.
Ocena: 3,5/6.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
niedziela, 30 stycznia 2011
"Sprawa opieszałego Kupidyna" E.S.Gardner (Mason po raz trzeci!)
Kupidyn jest opieszały, bo dopiero po pięćdziesiątce dopadł Selmę i ugodził ją strzałą. Chociaż, czy to uczciwe tak pisać, w sytuacji gdy Selma rok temu straciła męża? Czyżby autor sugerował, że go nie kochała? Ja tak nie sądzę.
Tak czy siak, jest wdową i zaprzyjaźnia się z mężczyzną, który swego czasu prowadził interesy z jej mężem. To starszy mężczyzna, przemiły, zakochany w niej i bardzo bogaty. Właściwie chcą się pobrać, ale zaczynają dziać się dziwne rzeczy.
Selmę śledzi jakiś facet - tak nachalnie, że zirytowana idzie po poradę do Perry'ego Masona. Zaraz potem nachodzi ją pracownik ubezpieczalni, która wypłaciła jej rok temu odszkodowanie za zmarłego męża, tłumacząc wizytę pewnymi niejasnościami w tej sprawie. A następnie (jak lawina, to lawina) zostaje oskarżona o zamordowanie męża; motywem miało być właśnie to odszkodowanie.
Kobieta kompletnie się załamuje, porzuca myśl o powtórnym małżeństwie, zgnębiona utratą czci. Jej wybranek trwa wiernie przy jej boku, choć jego rodzina jest do Selmy wrogo nastawiona i uważa ją za łowczynię spadków po bogatych mężach.
Na szczęście Perry Mason twardo stoi po jej stronie - przecież jest jego klientką! Gładko rozwiązuje sprawę nieszczęsnej sałatki krabowe, doprawionej arszenikiem, udaremnia niecne plany chciwych potencjalnych spadkobierców, a do tego jest niemalże stułą wiążącą ręce dwojgu zakochanym.
Z dumą oznajmiam, że sprawcę odgadłam w miarę szybko. Jeszcze szybciej motyw zabójstwa. Z rozrzewnieniem śledziłam te charakterystyczne potrząśnięcia głową Masona i nie tylko, masa osób tam potrząsa głową w odpowiedzi na pytania; to łapanie za łokieć czy szczerzenie zębów w uśmiechu.
Sałatki z krabów nigdy nie jadłam i nie wiem, czy chcę - może wywołać bardzo niebezpieczne, wręcz śmiertelne zatrucie ;)
A Wydawnictwo Dolnośląskie nie wie, jak wygląda krab, bo zaserwowało na okładce raka. Wstyd!
Ocena: 4/6.
Tom 79 cyklu.
Tak czy siak, jest wdową i zaprzyjaźnia się z mężczyzną, który swego czasu prowadził interesy z jej mężem. To starszy mężczyzna, przemiły, zakochany w niej i bardzo bogaty. Właściwie chcą się pobrać, ale zaczynają dziać się dziwne rzeczy.
Selmę śledzi jakiś facet - tak nachalnie, że zirytowana idzie po poradę do Perry'ego Masona. Zaraz potem nachodzi ją pracownik ubezpieczalni, która wypłaciła jej rok temu odszkodowanie za zmarłego męża, tłumacząc wizytę pewnymi niejasnościami w tej sprawie. A następnie (jak lawina, to lawina) zostaje oskarżona o zamordowanie męża; motywem miało być właśnie to odszkodowanie.
Kobieta kompletnie się załamuje, porzuca myśl o powtórnym małżeństwie, zgnębiona utratą czci. Jej wybranek trwa wiernie przy jej boku, choć jego rodzina jest do Selmy wrogo nastawiona i uważa ją za łowczynię spadków po bogatych mężach.
Na szczęście Perry Mason twardo stoi po jej stronie - przecież jest jego klientką! Gładko rozwiązuje sprawę nieszczęsnej sałatki krabowe, doprawionej arszenikiem, udaremnia niecne plany chciwych potencjalnych spadkobierców, a do tego jest niemalże stułą wiążącą ręce dwojgu zakochanym.
Z dumą oznajmiam, że sprawcę odgadłam w miarę szybko. Jeszcze szybciej motyw zabójstwa. Z rozrzewnieniem śledziłam te charakterystyczne potrząśnięcia głową Masona i nie tylko, masa osób tam potrząsa głową w odpowiedzi na pytania; to łapanie za łokieć czy szczerzenie zębów w uśmiechu.
Sałatki z krabów nigdy nie jadłam i nie wiem, czy chcę - może wywołać bardzo niebezpieczne, wręcz śmiertelne zatrucie ;)
A Wydawnictwo Dolnośląskie nie wie, jak wygląda krab, bo zaserwowało na okładce raka. Wstyd!
Ocena: 4/6.
Tom 79 cyklu.
sobota, 29 stycznia 2011
Styczniowe spotkanie biblionetkowe
Oto stosik biblionetkowy! Uczciwy, solidny i w ogóle. Plon styczniowego spotkania biblionetkowego, zorganizowanego tym razem w formie domowej imprezy składkowej, ale o tym później.
Wydłubałam z półek i wywiozłam na pożyczki:
- Josephine Tey "Tam piaski śpiewają" - dla madame seneki
- William Wharton "Tam, gdzie spotykają się wszystkie światy" - dla mafii
- Karen Blixen "Pożegnanie z Afryką" - j.w.
Oddałam właścicielom:
- L.J. Braun "Kot, który bawił się w listonosza"
- L.J. Braun "Kot, który myszkował w szafach"
- L.J. Braun "Kot, który nie polubił czerwieni"
- L.J. Braun "Kot, który znał kardynała"
- L.J. Braun "Kot, który znał Szekspira" - wszystko Marylka
- antologia "Czarnoksiężnicy" - Dot
- William Faulkner "Azyl" - Marioli
- Jerzy Bralczyk "Moj język prywatny" - chen
Oddano mi i natychmiast poszło dalej:
- Henrik Lange "90 książek" - do reniferze
Oddano mi i mogę wstawić na półkę:
- Stephen E. Ambrose "Kompania braci"
- Łarisa Isarowa "Z dziennika licealistki"
- Shaffer, Barrows "Stowarzyszenie MiłośnikówLiteratury i Placka z Kartoflanych Obierek"
- Stieg Larsson "Zamek z piasku, który runął"
- A.B. Strugaccy "Daleka Tęcza"
- Doris Lessing "O kotach"
- Philip Pullman "Dobry człowiek Jezus i łotr Chrystus"
Dostałam do przeczytania:
- Andriej Bieanin "Moja żona wiedźma" - od Neelith
- Szymon Hołownia "Ludzie na walizkach" - od Apanaczi
- Jurgen Thorwald "Godzina detektywów"- od chen
- L.J. Braun "Kot, który przyszedł na śniadanie"
- L.J. Braun "Kot, który pchnął śledztwo na właściwe tory"
- L.J. Braun "Kot, który lubił sery"
- L.J. Braun "Kot, który tropił złodzieja"
- L.J. Braun "Kot, który przedrzeźniał ptaki" - wszystkie koty od Marylka
Jeśli zaś chodzi o dbałość gości o zaopatrzenie, to przerosła ona najśmielsze oczekiwania. Oto jak wyglądał stół. A wcale nie wszystko było na nim postawione! Bajka :)
czwartek, 27 stycznia 2011
"Za płotem" Simon Tofield (kici, kici, koteczku)
Kota Simona zna mnóstwo osób, filmiki na youtube biją rekordy popularności i mam wrażenie, że kot z Heyah to po części kot Simona.Pierwsza książka, czyli "Kot Simona sam o sobie" traktowała o kocie domowym. Ta natomiast opowiada o tym, co spotyka kota za płotem. Bo kot zdegustowany tym, że właściciel postanowił go wykąpać (no kto normalny pierze kota?), obraża się, pakuje dobytek do węzełka i z godnością odchodzi w siną dal. Godność mu trochę klęśnie, gdy okazuje się, że w węzełku zaplątał się pasażer na gapę - jeż, który zapewne wypił za dużo na imprezie pożegnalnej.
No a potem jest bardzo ciekawie: kot Simona kibicuje wyścigom ślimaków, karmi balonem żabę (nie myślcie o razu o scenie ze Shreka, kot po prostu przywiązał robaczka do sznurka balonikowego, żaba zeżarła robaczka, po czym odleciała unoszona balonikiem), zostaje królem polnych myszy, próbuje dogonić zająca na polu (kończy się to ciężką kocią zapaścią i radosnym rechotem w ogóle nie zmęczonego zająca) - same zabawy! Dopóki kot Simona nie trafi na psa pasterskiego, który umiejętnie (w końcu to jego zawód) zagania go do stadka nie tylko owiec, ale całej gromadki zwierząt gospodarskich.
Oto więc nowy rozdział w podróży, nowi znajomi, nowe wyzwania. Jak ukraść jajko, żeby się kura nie zorientowała, albo jak skłonić krowę do oddania kapki mleka - tego miastowy, domowy kot nie potrafi, ale od czego ma się kumpli. Bo kot Simona nawiązuje całą masę nowych znajomości - wioskowy kot zabijaka, owce, psy, krowy, myszy; a wychodząc poza zagrodę: bażanty, sowy, wydry, wróble, borsuki, nie mówiąc już o zającach, jeżach i ślimakach. Super koledzy!
Warto ich pokazać Simonowi.
Ocena: 6/6.
wtorek, 25 stycznia 2011
A jak się ma jakąś książkę, której już się nie chce czytać, to...
To można ją sobie artystycznie pozaginać, rach, ciach i postawić na półeczce.
No bajer.
Więcej takich dzieł na joemonsterze - zajrzyjcie koniecznie!
Autor: Isaac Salazar, a tu strona, gdzie jest chyba jeszcze więcej zdjęć niż na joemonsterze.
Jak będę miała trochę czasu i KOMPLETNIE nie będę miała co robić, to spróbuję takie coś zrobić :)
No bajer.
Więcej takich dzieł na joemonsterze - zajrzyjcie koniecznie!
Autor: Isaac Salazar, a tu strona, gdzie jest chyba jeszcze więcej zdjęć niż na joemonsterze.
Jak będę miała trochę czasu i KOMPLETNIE nie będę miała co robić, to spróbuję takie coś zrobić :)
niedziela, 23 stycznia 2011
"Aksamitne pazurki" E.S. Gardner (bo lubię Masona)
Rozochocona znakomitym (moim) odbiorem "Sprawy świetlistych śladów" sięgnęłam czym prędzej po inną książkę tego autora, jedną z niewielu o tytule bez słówka "sprawa".
Do Perry'ego Masona trafia klientka, Ewa, kobieta gładka i sprytna (Della od razu czuje do niej antypatię), która zleca adwokatowi ukrycie jej romansu ze znanym politykiem. Na dzień dobry ukrywa swoje prawdziwe nazwisko, zostawia za to namiary do człowieka z gazety. Gazeta, słynny, plotkarski brukowiec, chce wywlec jej romans na wierzch, a Mason ma temu zapobiec. Okazuje się, że właścicielem tej właśnie gazety jest mąż Ewy, co zdecydowanie komplikuje sprawę, bo Ewa nie miała o tym pojęcia.
Jak widać, tajemnica tajemnicę pogania, napięcie rośnie, a jak już urośnie jak trzymane w cieple ciasto drożdżowe, następuje wielkie bum i mamy trupa.
Ewa staje się podejrzaną, a Perry Mason podejmuje się jej obrony, chociaż ta kobieta wrednie i perfidnie rzyca na niego podejrzenia, kłamiąc mu w dodatku w żywe oczy - to trzeba mieć tupet, no. Della jest na nią wściekła. Fajnie się czyta o takiej Delli - bezgranicznie wiernej i oddanej sekretarce, zresztą, nie tylko sekretarce, kontakty pomiędzy Dellą a Perrym z pewnością wykraczają poza służbowe - kiedy jak prychająca kotka gotowa jest wydrapać oczy Ewie.
Nie wydrapuje, bo Mason trzyma ją za łapki. Ewę też, bo ma ostre pazurki, choć w aksamitnych rękawiczkach. I, do licha, wciąż staje w obronie tej nieznośnej kobiety!
Ostatecznie jak zwykle odnosi zwycięstwo, prawda triumfuje, a złoczyńca ponosi karę. To takie krzepiące.
Powyższe wcale nie jest recenzją. To opis dla mojej zawodnej pamięci, która już kiedyś miała do czynienia z "Aksamitnymi pazurkami", ale się tego faktu stanowczo wyparła. Toteż proszę, tu zamieszczam dowód.
Ocena: 4/6.
Tom 1 cyklu.
Do Perry'ego Masona trafia klientka, Ewa, kobieta gładka i sprytna (Della od razu czuje do niej antypatię), która zleca adwokatowi ukrycie jej romansu ze znanym politykiem. Na dzień dobry ukrywa swoje prawdziwe nazwisko, zostawia za to namiary do człowieka z gazety. Gazeta, słynny, plotkarski brukowiec, chce wywlec jej romans na wierzch, a Mason ma temu zapobiec. Okazuje się, że właścicielem tej właśnie gazety jest mąż Ewy, co zdecydowanie komplikuje sprawę, bo Ewa nie miała o tym pojęcia.
Jak widać, tajemnica tajemnicę pogania, napięcie rośnie, a jak już urośnie jak trzymane w cieple ciasto drożdżowe, następuje wielkie bum i mamy trupa.
Ewa staje się podejrzaną, a Perry Mason podejmuje się jej obrony, chociaż ta kobieta wrednie i perfidnie rzyca na niego podejrzenia, kłamiąc mu w dodatku w żywe oczy - to trzeba mieć tupet, no. Della jest na nią wściekła. Fajnie się czyta o takiej Delli - bezgranicznie wiernej i oddanej sekretarce, zresztą, nie tylko sekretarce, kontakty pomiędzy Dellą a Perrym z pewnością wykraczają poza służbowe - kiedy jak prychająca kotka gotowa jest wydrapać oczy Ewie.
Nie wydrapuje, bo Mason trzyma ją za łapki. Ewę też, bo ma ostre pazurki, choć w aksamitnych rękawiczkach. I, do licha, wciąż staje w obronie tej nieznośnej kobiety!
Ostatecznie jak zwykle odnosi zwycięstwo, prawda triumfuje, a złoczyńca ponosi karę. To takie krzepiące.
Powyższe wcale nie jest recenzją. To opis dla mojej zawodnej pamięci, która już kiedyś miała do czynienia z "Aksamitnymi pazurkami", ale się tego faktu stanowczo wyparła. Toteż proszę, tu zamieszczam dowód.
Ocena: 4/6.
Tom 1 cyklu.
piątek, 21 stycznia 2011
"Odd i Lodowi Olbrzymi" Neil Gaiman (szybko się czyta)
Gaiman jest ciekawym autorem, bardzo różnorodnym. Rysuje komiksy, pisze dla dorosłych, młodzieży, a "Odd" przeznaczony jest dla dzieci, tych odrobinę starszych - choć tak naprawdę to historia dla każdego. Baśnie i bajki i legendy i mity można i powinno się czytać w każdym wieku.
To historia o tym, jak mały chłopiec Ogg wybiera się w podróż do świata bogów, tych nordyckich, a konkretnie do Asgardu. oj, wcale nie dlatego, że chce, po prostu ma dobre serduszko i pragnie pomóc wygnanym bogom (Odyn, Thor i Loki) odzyskać swoją krainę. No dobra, ma również osobiste powody - ma już dość zimy, która trwa nadspodziewanie długo, a która ma ponoć nie ustąpić, dopóki Lodowi Olbrzymi trzymają w szachu bogów.
Ponieważ Odd jest takim gaimanowskim prostodusznym dziecięciem (takim naszym najmłodszym synem Jasiem z bajek o żywej wodzie), udaje mu się osiągnąć cel. I do tego jakoś tak prosto, niby bez wysiłku... chociaż z pewnością sporo go to kosztowało.
To bardzo spokojna narracyjnie książeczka, idealna do czytania dzieciom na dobranoc.
Obrazki już nie są takie spokojne, Irek Konior ma ostrą, wyrazistą kreskę, a jego postacie prawie nikną w ilustracjach.
Ocena: 4,5/6.
To historia o tym, jak mały chłopiec Ogg wybiera się w podróż do świata bogów, tych nordyckich, a konkretnie do Asgardu. oj, wcale nie dlatego, że chce, po prostu ma dobre serduszko i pragnie pomóc wygnanym bogom (Odyn, Thor i Loki) odzyskać swoją krainę. No dobra, ma również osobiste powody - ma już dość zimy, która trwa nadspodziewanie długo, a która ma ponoć nie ustąpić, dopóki Lodowi Olbrzymi trzymają w szachu bogów.
Ponieważ Odd jest takim gaimanowskim prostodusznym dziecięciem (takim naszym najmłodszym synem Jasiem z bajek o żywej wodzie), udaje mu się osiągnąć cel. I do tego jakoś tak prosto, niby bez wysiłku... chociaż z pewnością sporo go to kosztowało.
To bardzo spokojna narracyjnie książeczka, idealna do czytania dzieciom na dobranoc.
Obrazki już nie są takie spokojne, Irek Konior ma ostrą, wyrazistą kreskę, a jego postacie prawie nikną w ilustracjach.
Ocena: 4,5/6.
środa, 19 stycznia 2011
"Najgłupszy anioł" Christopher Moore (ale kicha)
Po "Baranku" byłam pełna optymizmu co do pozostałych pozycji tego autora, toteż bez wahania sięgnęłam po "Najgłupszego anioła". No i to był błąd. I wcale nie chodzi mi o to, że to jest zła książka, tylko że to książka kompletnie nie dla mnie.
Anioł nie grzeszący rozumkiem, za to wyglądający jak superbohater kina akcji, zostaje zesłany czy tam powołany na Ziemię, by naprawić swój błąd sprzed dwóch tysięcy lat. rzeczona naprawa ma polegać na tym, że anioł spełni życzenie dziecka, wybranego... eee... dowolnego dziecka. Jakie się akurat napatoczy aniołowi.
Problem polega na tym, że to konkretne dziecko widziało, jak ktoś łopatą zatłukł Mikołaja (swoją drogą, w Ameryce przed świętami jest stanowczo za dużo Mikołajów) i bardzo by chciało, żeby ów Mikołaj ożył. Anioł spełnia życzenie i Mikołaj wstaje z martwych, a wraz z nim wstaje cały cmentarz (anioł nie zawracał sobie głowy precyzją) - wesoła gromadka żywych trupów rusza na miasteczko, by wysysać mózgi mieszkańcom. Mieszkańcy, przywiązani do swoich mózgów, stawiają opór i tak dalej.
Nie lubię horrorów. Bywa. Niestety, wiąże się to z tym, że nie lubię horrorowatych komedii. Przyszły mi na myśl filmy Tarantino: "Death Proof" świetny, a pastisz kina żywych trupów "Planet Terror" mnie odrzucał. To kwestia mojego osobistego podejścia. Trudno.
Ocena: 1,5/6.
Anioł nie grzeszący rozumkiem, za to wyglądający jak superbohater kina akcji, zostaje zesłany czy tam powołany na Ziemię, by naprawić swój błąd sprzed dwóch tysięcy lat. rzeczona naprawa ma polegać na tym, że anioł spełni życzenie dziecka, wybranego... eee... dowolnego dziecka. Jakie się akurat napatoczy aniołowi.
Problem polega na tym, że to konkretne dziecko widziało, jak ktoś łopatą zatłukł Mikołaja (swoją drogą, w Ameryce przed świętami jest stanowczo za dużo Mikołajów) i bardzo by chciało, żeby ów Mikołaj ożył. Anioł spełnia życzenie i Mikołaj wstaje z martwych, a wraz z nim wstaje cały cmentarz (anioł nie zawracał sobie głowy precyzją) - wesoła gromadka żywych trupów rusza na miasteczko, by wysysać mózgi mieszkańcom. Mieszkańcy, przywiązani do swoich mózgów, stawiają opór i tak dalej.
Nie lubię horrorów. Bywa. Niestety, wiąże się to z tym, że nie lubię horrorowatych komedii. Przyszły mi na myśl filmy Tarantino: "Death Proof" świetny, a pastisz kina żywych trupów "Planet Terror" mnie odrzucał. To kwestia mojego osobistego podejścia. Trudno.
Ocena: 1,5/6.
wtorek, 18 stycznia 2011
"Rubio" William Wharton (nieźle mną potrząsnął)
Swego czasu zaczytywałam się Whartonem. To przez "Ptaśka", po którego sięgnęłam za namową koleżanki, a który zachwycił mnie magią, ukrytymi pragnieniami i niedopowiedzeniami. Potem były inne jego książki, regularnie pożyczane od tejże koleżanki, a po spotkaniu z autorem we wrocławskim empiku, gdzie podpisywał swoje utwory - zaczęłam kupować własne egzemplarze. Jak to było do przewidzenia, po pewnym czasie nastąpił przesyt, miałam już dość charakterystycznej, pierwszoosobowej narracji i drobiazgowych opisów wszelkich wykonywanych czynności i porzuciłam Whartona na długo. Dopóki całkiem niedawno sięgnęłam po audiobooka "Rubio". Narracja ta sama, drobiazgowe opisy są, a jakże, ale oprócz tego dostałam też piękną i okropną historię miłosną.
Rubio to Amerykanin, który po rozwodzie trafia do Hiszpanii i postanawia tam się osiedlić. Kupuje zrujnowany dom na uboczu, remontuje go własnymi siłami, kopie studnię, by mieć wodę, buduje wiatrak, by mieć elektryczność - słowem, stwarza sobie nader wygodny i przytulny zakątek praktycznie od podstaw. Pracując ciężko i niezmordowanie, znajduje jednak czas, by zaprzyjaźnić się z jedną hiszpańską rodziną. Głową rodziny jest senor Ramos, fryzjer, mieszkający z żoną i dwiema córkami w miasteczku. Rubio jest zapraszany do państwa Ramos na kolacje, potem rewanżuje się zaproszeniem i tak to się jakoś kręci.
I oczywiście ten facet rozkochuje w sobie śliczną, młodziutką, siedemnastoletnią Dolores Ramos. Była zaręczona z młodym Hiszpanem i czekała, aż ten wróci z wojska - ale zerwała zaręczyny, bo zakochała się w Amerykaninie! Piszę to tonem pełnym potępienia i nagany - nie mam nic przeciwko miłości, a ci dwoje naprawdę się kochają - a w miłości najważniejsze jest, by nie krzywdzić drugiej osoby. A Rubio najpierw dał Dolores prawie niebo na ziemi, a potem skrzywdził tak, że bardziej nie można.
Och, wytelepała mną ta książka. Najpierw sielskie obrazki życia w małej mieścinie w Hiszpanii, potem cudne, rozerotyzowane opisy miłości fizycznej, a potem łup, obuchem w łeb, straszliwy dramat. I te wolty, które autor wyprawia z czytelnikiem, dając mu złudne nadzieje na chwilę. Niech go diabli, tego Whartona! Umie przykuć do książki.
Nie dajmy się omamić tym wszystkim pozycjom typu: "rzucił pracę w korporacji, kupił dom w Prowansji, macał pomidory na targu i był szczęśliwy" - tam zawsze czai się coś pod podszewką.
Ocena: 5/6.
Słówko o lektorze: rasowy aktor, dykcja bezbłędna, ale za bardzo wyodrębnił z tekstu senor Ramosa.
Rubio to Amerykanin, który po rozwodzie trafia do Hiszpanii i postanawia tam się osiedlić. Kupuje zrujnowany dom na uboczu, remontuje go własnymi siłami, kopie studnię, by mieć wodę, buduje wiatrak, by mieć elektryczność - słowem, stwarza sobie nader wygodny i przytulny zakątek praktycznie od podstaw. Pracując ciężko i niezmordowanie, znajduje jednak czas, by zaprzyjaźnić się z jedną hiszpańską rodziną. Głową rodziny jest senor Ramos, fryzjer, mieszkający z żoną i dwiema córkami w miasteczku. Rubio jest zapraszany do państwa Ramos na kolacje, potem rewanżuje się zaproszeniem i tak to się jakoś kręci.
I oczywiście ten facet rozkochuje w sobie śliczną, młodziutką, siedemnastoletnią Dolores Ramos. Była zaręczona z młodym Hiszpanem i czekała, aż ten wróci z wojska - ale zerwała zaręczyny, bo zakochała się w Amerykaninie! Piszę to tonem pełnym potępienia i nagany - nie mam nic przeciwko miłości, a ci dwoje naprawdę się kochają - a w miłości najważniejsze jest, by nie krzywdzić drugiej osoby. A Rubio najpierw dał Dolores prawie niebo na ziemi, a potem skrzywdził tak, że bardziej nie można.
Och, wytelepała mną ta książka. Najpierw sielskie obrazki życia w małej mieścinie w Hiszpanii, potem cudne, rozerotyzowane opisy miłości fizycznej, a potem łup, obuchem w łeb, straszliwy dramat. I te wolty, które autor wyprawia z czytelnikiem, dając mu złudne nadzieje na chwilę. Niech go diabli, tego Whartona! Umie przykuć do książki.
Nie dajmy się omamić tym wszystkim pozycjom typu: "rzucił pracę w korporacji, kupił dom w Prowansji, macał pomidory na targu i był szczęśliwy" - tam zawsze czai się coś pod podszewką.
Ocena: 5/6.
Słówko o lektorze: rasowy aktor, dykcja bezbłędna, ale za bardzo wyodrębnił z tekstu senor Ramosa.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Ktoś powinien mnie trzymać za łokcie, gdy wchodzę do księgarni
Jakiś czas temu, spojrzawszy na półkę i odkrywszy, iż mam nie przeczytane 23 pożyczone książki, a obok leży stos własnych, też nie przeczytanych (12 sztuk), poczyniłam pewne postanowienie: nie kupować żadnych nowych książek, dopóki nie przeczytam choćby tych pożyczonych!
Ale dziś musiałam wejść do księgarni, żeby kupić książkę dla bratanicy w prezencie. No i mam słabą silną wolę, bo mnie wwiało w pobliże półki z audiobookami, a tam wypatrzyłam "Służące", takie zachwalane w blogosferze. No i przepadło.
Ale dziś musiałam wejść do księgarni, żeby kupić książkę dla bratanicy w prezencie. No i mam słabą silną wolę, bo mnie wwiało w pobliże półki z audiobookami, a tam wypatrzyłam "Służące", takie zachwalane w blogosferze. No i przepadło.
Seniuk, Gruszka, Guzik - nie mogłam się oprzeć, Seniuk znakomicie czyta, miałam już okazję słuchać.
Poza tym mam okres lekturowego miotania się. Wzięłam "Pokój na Itace" Marai - coś mi nie pasuje, odłożyłam. Bralczyka "Mój język prywatny" jest świetny, ale w malutkich dawkach. Kobyliński! - myślę sobie, będzie dobry, biorę "Zbrojnego psa" - ale też coś nie tak, sama nie wiem co. Ech, no to może Mendoza i jego "Pomponiusz"? No i zaczęłam, tym sposobem mam pozaczynane kilka książek, żadnej na porządnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










