wtorek, 23 sierpnia 2011

"Poczytaj mi mamo. Księga pierwsza" - Krzysiowe czytanie (na razie bierne)


Kto nie pamięta z dzieciństwa małych cienkich książeczek z charakterystyczną kolorową tylną okładką, ręka do góry! No, nie widzę, chyba że jakaś bardzo młodziutka ręka. Serio - zrobiłam test wśród rodzinnej młodzieży: taka 19-20-letnia młodzież przyznaje się do tego, że miała kiedyś taki egzemplarz w ręce.

Ach, sentymenty! To właśnie przez nie kupiliśmy Krzysiowi "Poczytaj mi mamo. Księga pierwsza". Czytam mu teraz przez snem. Przygody kotów: Filemona i Bonifacego autorstwa panów Grabowskiego i Nejmana czytam z podziałem na głosy, naśladując intonację flegmatycznego Bonifacego zapamiętaną z telewizyjnych bajek (ha, a wiecie, że bardzo, ale to bardzo długo myliły mi się imiona tych kotów i nie wiedziałam, czy Filemon to ten biały czy czarny...). Filemona oczywiście trzeba czytać dziecinnie. Krzyś z zainteresowaniem ogląda Dziadka i Babcię o oczach jak guziczki. O, i myszy, wszędobylskie myszy.

"Niebieska dziewczynka" Janiny Porazińskiej powstaje jakby na naszych oczach. Joanna Papuzińska z kolei opowiada nam bajkę o Agnieszce, która opowiada bajkę swojej mamie. Z ukrytym przesłaniem ta bajka, ślicznym i mięciutkim przesłaniem. Helena Bechlerowa zdecydowanie bardziej mi się podoba, gdy pisze o zwierzątkach ("Kolczatek") czy roślinach ("Zaczarowana fontanna") niż o ludziach ("Przygoda na balkonie"), ale rozumiem, że równowaga w przyrodzie musi być zachowana.

A na koniec coś, co mnie rozczuliło wręcz. Danuta Wawiłow i jej "Chcę mieć przyjaciela" - bp ja to BARDZO DOBRZE pamiętam z dzieciństwa, pewnie mi się szczególnie podobało.

Słowo o ilustracjach. Są dokładnie takie, jakie były w oryginalnych książeczkach sprzed lat. Lutczyn - tego wszyscy znają, Witwicki, Rychlicki, no to już mniej znane... Ale oto natknęłam się na panią Danutę Przymanowską-Rudzińską, pisałam w notce o "Fortelach Jonatana Koota" o niej, właściwie o Przymanowskiej-Boniuk, ale to ta sama osoba, tylko pewnie mężów zmieniała, a to córka Janusza Przymanowskiego, co wyczytałam w notce biograficznej. Bo takie notki mają nie tylko pisarze, ale  i twórcy ilustracji, taka to dobra książka! Jeśli będzie księga druga, to też zakupimy, do czytania Krzysiowi.

"Poczytaj mi mamo. Księga pierwsza", Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

niedziela, 21 sierpnia 2011

"Zajmująca fizyka" Jakub Perelman, naprawdę zajmująca


Koleżanka pożyczyła mi nader ciekawą pozycję w ramach uzupełniania kategorii (więcej w tej dyskusji na biblionetce), co prawda miałam sobie uzupełnić matematykę, a nie fizykę, ale nie szkodzi, złapałam się najpierw za fizykę.

Pan Jakub Perelman napisał książkę, gdzie przeleciał się po wszystkich najważniejszych działach fizyki, pisząc zajmująco, na temat, bez wzorów (no, chyba że były naprawdę niezbędne), okraszając swe wywody rysunkami i przejrzystymi schematami. Mój Boże, żeby takie były podręczniki, dzieciaki w szkołach byłyby szczęśliwe!
No ale takich nie będzie, nie ma co się łudzić, podręcznik rzadko kiedy jest ciekawy i wciągający.

Chylę czoła, świetna lektura, mimo myszki wyglądającej zza strony - fizyka troszkę poszła do przodu przez te kilkadziesiąt lat, Szczególnie dobitnie uświadomił mi to rozdział o fotografii. Ale proszę państwa, toż to wystarczy lekko zmrużyć jedno oko (to autentyczna rada z wyżej wzmiankowanego rozdziału), żeby widzieć wszystko doskonale.

Polecam, choć zdaję sobie sprawę, że tak leciwe dzieło może być trudno dostępne.

"Zajmująca fizyka" Jakub Perelman, tłum. Janina Budkowska, Państwowe Wydawnictwo Popularno-Naukowe "Wiedza Powszechna", Warszawa 1955

piątek, 19 sierpnia 2011

"Ksiądz Rafał" Maciej Grabski - ku pokrzepieniu serc


Są takie akcje łańcuszkowe, książki wędrują sobie po świecie z rąk do rąk, na tej zasadzie opiera się Włóczykijka, podróż Edwarda Tulana, a teraz ksiądz Rafał dołączył do tego zacnego grona.

Czas - lata PRL, miejsce - wieś Gródek gdzieś w Polsce. Do parafii w Gródku przyjeżdża młody ksiądz Rafał, który ma być nowym proboszczem. Poprzedni proboszcz po długim i owocnym życiu odszedł na wieczny spoczynek, a jego następca nie wie, jak zdoła się odnaleźć na swojej pierwszej parafii (do tej pory był wikarym).
Ale udaje mu się doskonale. Wręcz idealnie.

Ksiądz Rafał to ksiądz ideał. I zadbać o siebie potrafi, i kosą machać, skłóconych gospodarzy pogodzi, mszę za Elvisa odprawi, złego księdza dziekana nawróci, pijaka od wódki odepchnie, lekarza do wsi sprowadzi, a na organach zagrać umie jak sam anioł. Ufa innym i każe ufać sobie. Dewocji nie pochwala, kazania wygłasza krótkie, czego się nie dotknie, w złoto się zamienia. A to, że z ojcem skłócony, to tylko jedna mała plamka na nieskazitelnie jasnym obrazku. Zobaczycie, w drugiej części autor popluje i plamkę rękawem zetrze, a na razie jest to potrzebne dla uwiarygodnienia, że to nie święty na ziemię zstąpił, tylko człowiek z krwi i kości.

Czytało się świetnie, bo to takie skrzyżowanie księdza Mateusza z Anią Shirley i Michałem Wołodyjowskim. Ku pokrzepieniu serca znakomite i jeśli druga część również będzie puszczona w obieg, to się zapiszę.

"Ksiądz Rafał" Maciej Grabski, Znak, 2010

środa, 17 sierpnia 2011

Dojrzałam już do tego, by to napisać


Irytują mnie na blogach komentarze osób, które piszą, byle tylko komentarz zostawić. Z Bazylem o tym rozmawiałam na privie, on również zwrócił na to uwagę, więc uff, co za ulga, nie jestem odosobniona, nie jestem przewrażliwiona. Zresztą świadczą też o tym takie informacje przy komentarzach: "Zamiast pustego komentarza "książka nie dla mnie/na pewno przeczytam/może kiedyś" zostaw swój ślad w ankietce pod postem." (u Kalio) czy "Jak mawiał Pitagoras: "Milcz, albo powiedz coś takiego, co jest lepszym od milczenia." Proszę o wypowiedzi, które coś wnoszą do tekstu nt. książki." (u Bazyla)
Wymieniać nazw tych komentujących nie zamierzam.

Właściwie nawet bardziej niż ten komentarz irytuje mnie to, że w odruchu wzajemności zaglądam na te blogi - a tam po prostu nie mam co czytać! Są tylko recenzje nowości wydawniczych, zakładka "współpraca" puchnie od bannerów wydawnictw, a tym zalewie świeżynek mnie naprawdę trudno wyłowić wartościową pozycję. Odsuwam więc więc wszystkie takie recenzje machnięciem ręki na bok, wszystkie jak leci, wychodząc z założenia, że jak coś jest naprawdę dobre, to za rok czy dwa też będzie dobre (książka to nie jogurt, nie przeterminuje się tak szybko) i wciąż się będzie o tym mówić i polecać.

Dlatego bardzo się cieszę, że sporo blogerów ma w zwyczaju wstawiać stopkę książki (tak to sobie roboczo nazywam), czyli autora, tytuł, tłumacza, wydawnictwo, rok wydania. Bardzo ułatwia mi to korzystanie z czytnika, zaznaczam notki o książkach z 2011 jak przeczytane i mam więcej czasu na inne wpisy.

Cieszę się też, że powstała nagroda blogerów, czyli Złota Zakładka. Toż to właśnie to, o co mi chodzi! Wyłowienie perełek z wydawniczego oceanu! Ja swoje typy już posłałam, jeśli ktoś ma zamiar również to zrobić, to ma czas jeszcze do 31 sierpnia.

wtorek, 16 sierpnia 2011

"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm (o przyszłości i klonowaniu)


Kornwalia o niej pisała, a ja zawstydziłam się trochę, że jej nie znam i czym prędzej wzięłam się do czytania. Zawstydziłam się, bo książka wyszła w Polsce dawno temu i z racji mojej dawnej fascynacji (czyt.: wariactwa i fisia, polegającego na namiętnym połykaniu wszystkiego, co tylko udało się wydłubać w okolicznych bibliotekach, a co miało w nazwie s-f) powinnam była ją znać. A tu nie.

Była sobie Ziemia, ludzie żyli na niej szczęśliwie - pracowali, uczyli się, zakładali rodziny, chodzili na spacery i patrzyli w gwiazdy. I nagle coś się popsuło, nastała era mroku (tylko nie bierzcie tego dosłownie) - brak żywności, problemy z produkcją, no i... coraz mniejszy przyrost naturalny, zarówno u ludzi, jak i zwierząt. Popsuło się, ot co.
Istniała jednak pewna rodzina, która dostrzegła w porę symptomy katastrofy i postanowiła, kolokwialnie mówiąc, nie dać się zeżreć z butami. Do sprawy członkowie rodziny podeszli nad wyraz profesjonalnie: odizolowali się, zaopatrzyli we wszystko, co niezbędne, by przeżyć, a przede wszystkim - rozpoczęli badania. Nad płodnością, nad klonowaniem ludzi i zwierząt, nad wszystkim, co by zapewniło przetrwanie rodzaju ludzkiego na Ziemi.

Udało się, życie przetrwało, ale aż chciałoby się westchnąć "co to za życie?". Dziwne bowiem rzeczy dzieją się z ludźmi, hm, nie ludźmi, tylko klonami, ale zaraz, przecież klony to też ludzie; no i proszę, jak semantyka zawodzi. Kwestia klonowania jest trudna, nie do przewidzenia są zmiany, jakie mogą nastąpić w wyniku klonowania. Bohaterowie książki (i czytelnicy) przekonują się o tym wielokrotnie, czas akcji rozciągnięty jest na wiele, wiele pokoleń. Zmiany w strukturze społeczeństwa (podział na "my" i "oni"), zmiany w psychice klonów, zmiany w psychice ludzi - wszystko to bardzo ciekawe. Czy nas to czeka? Nie wiadomo, bo znane jest stanowisko odnośnie klonowania ludzi - rozumiem, bo dylematów związanych z tym tyle, że aż głowa boli. Ale czy tak będzie zawsze? Co, jeśli staniemy przed perspektywą zagłady, a klonowanie ludzi będzie jednym ze sposobów przetrwania, czy coś się zmieni, czy też w imię zasad ludzkość bez słowa skargi przepadnie w mrokach niepamięci?

Proszę, jak dobrze było sobie to poczytać, rozruszały się szare komórki. Polecam.

"Gdzie dawniej śpiewał ptak" Kate Wilhelm, tłum. Jolanta Kozak, Czytelnik 1981

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

"Kot, który..." x 3 L.J.Braun (powoli wymiękam)

"Kot, który wykradał banany", "Kot, który spuścił bombę" i "Kot, który miał 60 wąsów" - wszystkie trzy tytuły razem, bo gdybym miała napisać coś o każdej książce z osobna, miałabym problem. Są nijakie i mdłe, szybko je przeczytałam i jeszcze szybciej zapomniałam. Intrygi kryminalnej w nich jak na lekarstwo i sprowadza się ona najczęściej do tego, że ktoś ginie, a potem okazuje się, że ktoś inny maczał w tym palce, przeważnie z chciwości.

Tak naprawdę te "Koty" stały się spisanymi losami Qwillerana, czyli kroniką tego, jak mu się układa z Polly, nieoficjalną towarzyszką, w co aktualnie bawią się jego koty, co słychać u jego licznych przyjaciół i znajomych i co dzieje się w mieście Pickax - tego ostatniego jest najwięcej.

Sam Qwill nie rozwiązuje już zagadek, ogranicza się do obserwowania Koko, kiedy ten wydaje z siebie mrożące krew w żyłach wycie, zapamiętując czas, a kiedy poczta pantoflowa donosi, że ktoś stracił życie - Qwill wie, że to było morderstwo, bo Koko wył. Jakby nie wył, to śmierć była naturalna, proste. Diagnoza się zawsze potwierdza, z udziałem Q. lub nie. Historyjki bawią i odprężają, są jak mydlane bańki - cieszą oko, ale szybko pękają.

Przede mną jeszcze jedna, ostatnia książka z tej serii, przeczytam ją, ale pozwolę sobie o niej nie pisać. Zapewne musiałabym z grubsza powtórzyć to, co napisałam wyżej.

"Kot, który wykradał banany" tłum. Maja Szybińska, "Kot, który spuścił bombę" tłum. Monika Gajdzińska, "Kot, który miał 60 wąsów" tłum. Jan Kabat, Lilian Jackson Braun, Elipsa 2008

niedziela, 14 sierpnia 2011

"Alterland" Marcin Wolski (bez rewelacji)


Jak by sama nazwa wskazywała, rzecz cała będzie o kraju alternatywnym - myślę. Słusznie. To Polska, ale zupełnie inna, zrusyfikowana, złamana, zrujnowana... Warszawa w gruzach, kordon żołnierzy wokół niej, wszechobecne przepustki, pozwolenia - paskudny świat.

W takim świecie poznajemy Simona, czyli Szymka. Chłopaka, który pod pozorem badania ekosystemu w gruzowisku byłej stolicy próbuje dostać się do kanałów Starówki. Gdyby nie charyzmatyczny, podobny do ducha ksiądz Jerzy oraz młody chłopak Jacek, wychowany w gruzowisku, pewnie by mu się to nie udało. Ale udaje, właściwie nawet nie jemu - i dzięki temu możliwa była komunikacja przyszłości z przeszłością. Wszystko po to, aby... no właśnie, żeby Polska była Polską, a nie czymś nie wiadomo czym.

Dopóki czytałam o Szymku, co to i komandos, i naukowiec, i chłopak z warszawskiej ferajny - było fajnie. Kciuki trzymałam, żeby mu się udało. Ale potem, stanowczo za szybko jak na mój gust, akcja przeniosła się do czasów wojennych, miejsce Szymka jako głównego bohatera zajął jego dziadek, Adam Raczyński, a sam autor z wyraźną lubością i upodobaniem zaczął wyginać historię  drucik. W te i we te, pach, pach. Lubi i umie to robić, ale mnie to zwyczajnie znudziło i przerzucałam kartki bez czytania, chcąc już tylko sprawdzić, jak się to wszystko skończy. Nijak się skończyło, to znaczy jakoś tak, po prostu, bez wybuchu, bez błysku, bez olśnienia. Białą kartką się skończyło.

Szkoda mi postaci Szymka, tak słabo wyeksploatowanej. Autora zaś wkładam do szuflady "znam, niekoniecznie chcę tę znajomość pogłębiać".


"Alterland", Marcin Wolski, WAB, 2005

sobota, 13 sierpnia 2011

"Pałac" Wiesław Myśliwski (duszny i męczący)


Znalazłam w zakurzonym książkowo-strychowym stosiku tomik, gdzie wydrukowano razem "Pałac" oraz "Nagi sad". Wzięłam i otrzepałam, bo to przecież Myśliwski, nie godzi się, by go myszy zjadły.

Zaczęłam czytać i od razu, od pierwszych stron czułam, że to rzeczywiście Myśliwski, że ta jego maniera narracyjna, ciągłość zdań i przeskakiwanie z tematu na temat płynnie i bez zająknięć - była u niego widoczna od zarania... nie, nie dziejów, twórczości. Bo "Pałac" i "Nagi sad" to jego pierwsze powieści. Na okładce* przeczytałam, że "zostały uznane przez krytykę za pozycje artystycznie wybitne w powojennej prozie i niezwykle ciekawe w nowym ujęciu tzw. tematu wiejskiego". 
Absolutnie nie ujmuję autorowi geniuszu, ale mnie "Pałac" zmęczył tak bardzo, że z ulgą dotarłam do końca, zamknęłam książkę i nawet okiem nie rzuciłam na "Nagi sad". Ufff.


Co mnie tak zmęczyło? Do licha, nie wiem. "Pałac" to rozważania wiejskiego parobka, który po ucieczce z pałacu: jaśnie państwa, służących, pokojówek, lokajów, kucharek  i kuchcików (czyli wszystkich, przerażonych wojną) ośmiela się wejść do pałacu. Dotąd budynek był dla niego niedostępny, jakże inaczej, to tylko pastuch owiec bez prawa wstępu na salony. Aż tu nagle cały pałac stoi otworem! Toteż wszedł, z ciekawości, rozejrzeć się, pooglądać - nigdy nie był w pałacu. Gdy już wszedł i zwiedził kilka pomieszczeń, zasiadł w fotelu i w półśnie, półdrzemce, może półmarzeniach - stał się dziedzicem, jaśnie panem. Wszystkie rojenia i mrzonki, jakie gdzieś tam mu się plątały po głowie, wydostały się na zewnątrz w długim, zawiłym, rozgałęzionym monologu wewnętrznym. Monologu bardzo parobkowym, przenoszącym cechy wiejsko-chłopskie na jaśniepański grunt. Czasem te przenoszenia (ogrodniczo lepiej przesadzenia, bo z gruntu na grunt, ale może to za daleko idąca analogia) są celne i trafne, bo nie które rzeczy są stałe: miłość, nienawiść czy strach. Ale niektóre nie. Jaśnie pan żądający prażuchów, bo jest głodny, zgrzytał mi w uszach.

I ta narracja, charakterystyczna dla Myśliwskiego, jeszcze jakby niedopracowana, męcząca, zawiła jak kłębek splątanych nici, duszna... W późniejszych utworach jest to jakoś zdecydowanie przystępniejsze. Dlatego "Nagi sad" odsuwam na bliżej nieokreśloną przyszłość czytelniczą.

* "Pałac. Nagi sad" Wiesław Myśliwski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, Kolekcja Polskiej Literatury Współczesnej

Pałac [Wiesław Myśliwski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 12 sierpnia 2011

"Mors ultima ratio" Henryk Kurta (dla alkoholików)


Śmierć jest ostatecznym rozwiązaniem - mniej więcej to znaczy tytuł książki, którą przypomniałam sobie po latach. Z nudów, tylko i wyłącznie. Przeciętniuni kryminałek, a akcją osadzoną gdzieś w Ameryce, w małym, zakurzonym i omdlewającym z gorąca miasteczku. Autorowi pewnie marzył się Teksas.

Akcja taka sobie: oto w miasteczku umiera nauczyciel, otruty gazem. Niby samobójstwo, ale ktoś wysyła do prokuratury anonimy sugerujące, że zmarły wcale nie miał zamiaru skończyć ze sobą. Władze przysyłają człowieka, który ma się bliżej przyjrzeć sprawie i ocenić, na ile anonimy mówią prawdę. Przygląda się więc ten człowiek, ocenia, rozmawia z ludźmi w miasteczku, odkrywa, że denat (cudne słowo) był postacią wyjątkowo antypatyczną i kilka osób miało i motyw i chęci, by go ukatrupić. Kto konkretnie z tych kilku osób - policjant odkrywa bez większego trudu. Swoje obserwacje wyjawia w tradycyjny kryminalny sposób - zebrawszy wszystkich zainteresowanych i podejrzanych w jednym pokoju.

Nuda. Ale najgorsze są te drobniutkie kiksy w tekście oraz obsesja alkoholowa autora. Kiksy w stylu: w jednej scenie w ogrodzie pracowała cicho rosiarka, a w innej scenie ta sama rosiarka tak hałasuje, że trzeba zamykać okno, by nie przeszkadzała w przemowie końcowej.
Alkohol zaś leje się strugami. Autor zapewne wyobrażał sobie, że gdy panuje upał, wszyscy raczą się z upodobaniem: whisky z colą, whisky z lodem, whisky z colą i lodem, ginem z tonikiem, likierem i zimnym piwem. Wszyscy! Policjanci na służbie i poza nią, przedsiębiorca pogrzebowy, burmistrz, nauczyciel... ba, lekarz przed wyjazdem w obchód robi sobie przystanek w barze na jedno albo dwa zimne piwka, a policjanta (i siebie też, oczywiście) między jednym a drugim pacjentem częstuje drinkiem.

Zaś sam policjant ze stolicy przed rozmową z miejscowym zamiataczem ulic zaopatruje się w półgalonową butelkę bourbona. Częstuje gościa, sam też za kołnierz nie wylewa, a po kilku godzinach butelka jest pusta. Zaznaczam, że galon amerykański to 3,7 litra - he, he, proszę sobie policzyć promile po kilku godzinach, zakładając, że pili równo, a nie pili, bo gość wyszedł wcześniej (ja policzyłam, wynik boski). Policjant, wcale nie pijany, siedzi sobie na łóżku i robi notatki z przesłuchania, a że butelka jest pusta, a jemu znów gorąco i pić się chce, zamawia z motelu trzy puszki piwa. A powinien właśnie leżeć martwym bykiem. Chyba że jest Rosjaninem z pochodzenia... zachęcam, policzcie sami :)

A sam kryminał stanowczo odradzam, chyba że bardzo, ale to bardzo się ktoś nudzi i nie ma nic pod ręką, to lepiej to niż skład proszku do prania na opakowaniu.


"Mors ultima ratio", Henryk Kurta, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1979

czwartek, 11 sierpnia 2011

"Pozwólcie nam krzyczeć" Stanisława Fleszarowa-Muskat

Czytałam wiele książek, których tematyka krążyła wokół II wojny światowej: o walkach, o powstaniu w Warszawie, o obozach koncentracyjnych, o gettach. Ale o tym, jak wyglądało życie Polaków wywiezionych do Niemiec na roboty, czytałam chyba po raz pierwszy (piszę chyba, bo moja pamięć to jednak czasem zawodzi).

Magdalena, młodziutka dziewczyna, córka lekarza, trafia do transportu do Niemiec, tam pracuje najpierw na wsi, jako pomoc u gospodarza (u bauera, tak się mówiło), potem trafia do fabryki obuwia. Śledziłam jej losy od momentu złapania i wywiezienia, aż do dnia, kiedy decyduje się uciekać do Polski.

I tak się zastanawiam, co było najgorsze w tych wywózkach? Czy praca, ciężka, czasami ponad siły? Czy pogardliwe traktowanie przez Niemców? Czy odcięcie od bliskich, od wiadomości od nich?
Nic z powyższych. I wszystko z powyższych.
Bo Magdalena z początku pracuje ciężko na wsi, a potem przy linii w fabryce, ale następnie awansuje na sekretarkę, co już ciężką pracą fizyczną nie jest.
Co do traktowania - niektórzy Niemcy traktowali Polaków (i Belgów, Francuzów, czy jeszcze innych) z pogardą i nienawiścią; ale byli i tacy, którzy uważali, że cała ta wojna to jedna wielka pomyłka i robotników traktowali obojętnie; a jeszcze inni byli po prostu dobrzy i pomagali głodującym, niezależnie od ich narodowości (niby ukradkiem, ale wiadomo było, do kogo warto się zwrócić w nagłej potrzebie).
Rodzina w Polsce - Magdalena była w tej komfortowej sytuacji, że mogła korespondować z matką i ojcem. Ona im słała listy, a oni jej paczki z żywnością i ubraniami. Inni mieli gorzej, choćby Piotr, przyjaciel Magdaleny, który tak naprawdę nie miał na imię Piotr, nie mógł się przyznać do prawdziwej tożsamości, nie mówiąc nawet o kontakcie z rodziną.

Najgorsza dla Polaków była chyba bezradność. Są daleko od kraju, w którym toczą się walki, wróg okupuje miasta, a oni nie mogą zrobić nic, nawet od informacji są odcięci. Chyba z tego poczucia bezradności bierze się desperacja Magdaleny i innych pracownic fabryki, kiedy ogłaszają strajk. Krzyczą. Nie odmawiają pracy (za to grożą zbyt surowe kary), po prostu krzyczą, zamknięte w hotelu dla robotników krzyczą całymi nocami w proteście przeciwko władzom niemieckim i prawom niemieckim, odbierającym noworodki robotnicom i umieszczającym je w domach dziecka. Krzyczą w obronie młodziutkiej Marysi, która właśnie urodziła poczęte podczas gwałtu dziecko, wycieńczona ciążą, porodem, niedożywieniem i gruźlicą dogorywa w szpitalu i jej jedynym marzeniem jest zobaczyć przed śmiercią swoje dziecko...

Pozwólcie nam krzyczeć - mówi Magdalena - nie możemy zrobić nic więcej, a chcemy coś zrobić, cokolwiek.

To znakomita powieść, przedstawiająca życie Polaków pracujących w Niemczech podczas wojny, ale nie tylko. To również wycinek życia Niemców. Zwyczajnych gospodarzy, zwyczajnych piekarzy, aptekarzy. Zwyczajnych ludzi postawionych w niezwyczajnej sytuacji. Dobrze jest tak spojrzeć i książkę mocno polecam.

"Pozwólcie nam krzyczeć" Stanisława Fleszarowa-Muskat, wyd. MON, 1988

Pozwólcie nam krzyczeć [Stanisława Fleszarowa-Muskat]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE