piątek, 31 października 2014

[Thorgal] "Strażniczka kluczy" Rosiński, Van Hamme - chlip, do widzenia


To jest tom, w którym jest więcej magii, oniryzmu, baśni i legend niż w innych tomach. Główną rolę gra w nim taki jeden wredota przebieraniec, znany mi już z "Trzech starców w krainie Aran".
http://pl.thorgal.wikia.com
To ten w żółto-zielonym stroju.
Występuje też strażniczka kluczy, jest wąż, krasnale, światy znane i nieznane.

Fabuła w skrócie: podstępny wąż wysyła wredola o lisich oczkach z misją złodziejską: ma ukraść strażniczce kluczy pas. Żeby było łatwiej, nadaje wredolowi postać Thorgala. Wredol, przepraszam, on ma imię, to Wolsung z Nichor, z misji się wywiązuje, kradnie ten kawałek garderoby (właściwie to CAŁA garderoba strażniczki), a że ten pas zapewnia nietykalność osobistą, korzysta z okazji, by podporządkować sobie Wikingów z osady Thorgala.
Rządzi, rozstawia po kątach, bije, zabija, gwałci, słowem rozrabia jak pijany zając. Na szczęście Thorgal, Jolan, strażniczka kluczy i krasnal biorą się żwawo do roboty, żeby wyrwać chwasta.

Bójki bójkami, istotniejsze jest natomiast to, że Thorgal po tych wszystkich przejściach decyduje się odejść od żony i dzieci, uznawszy, że jego obecność jest dla nich zbyt dużym zagrożeniem. Wciąż im się coś złego dzieje, wciąż muszą dokładać starań, żeby wyjść cało z kolejnych opresji. Nic dziwnego, że łucznik ma tego dość - zamierza odejść w siną dal i tej dali pozostać tak długo, aż bogowie o nim zapomną.

Och. Ciężkie jest rozstanie z Thorgalem, zwłaszcza że to ostatni tom z zestawu mi pożyczonego. Smuteczek. Chlip, chlip, pa, Thorgalu.


"Strażniczka kluczy", tom siedemnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Małgorzata Markowska, "Korona", 1991.

czwartek, 30 października 2014

"X-Men. Obdarowani" Joss Whedon, John Cassaday - do bani


Będzie nader krótko.

Jako osoba dopiero odkrywająca swoją ścieżkę w świecie komiksów i powieści graficznych sięgam w różne strony. Jakoś do tej pory nie było mi po drodze z superbohaterami, ale dotarł do mnie tom "X-Men. Obdarowani".

Film (któryś, już nie pamiętam, który) podobał mi się, ach, te białe włosy Halle Berry, ach, sztylety Wolverine'a; liczyłam więc na dobrą zabawę przy komiksie.

No i niestety, drętwo. Rozczarowałam się. Miałko, płytko. Mutanci mają jakieś tam kłopoty, bo pojawiła się szczepionka na mutacje (jak widać, dylemat "szczepić czy nie szczepić" obecny jest nie tylko wśród rodziców małych dzieci). Oni jednak wolą handryczyć się między sobą, niż rozwiązywać problemy.

 A jak już wyruszają na jakąś akcję, to zakładają okropne obcisłe kostiumy, fuuuuj.

Nie podobało mi się, nie chcę więcej. Filmy tak, komiksy nie. Czyżbym była za stara na komiksowych superbohaterów?

"X-Men. Obdarowani", scenariusz Joss Whedon, rysunki John Cassaday, tłumaczenie Tomasz Sidorkiewicz, Wydawnictwo Mucha Comics, 2007.

środa, 29 października 2014

"Gdzie się cis nad grobem schyla" Alan Bradley - płyńcie łzy moje


Przeczytałam najnowszą część Flawii z prawdziwą przyjemnością, ale po zamknięciu książki zakłopotałam się nieco. Powieść bowiem otrzymałam od wydawnictwa - więc jak tu zacznę bić brawa, wyjdzie, że to z wdzięczności za egzemplarz.
Ale nic nie poradzę na to, że każda Flawia podoba mi się nadzwyczajnie i nie znajduję żadnych wad (no dobra, jednak znalazłam, ale o tym potem). Pienia pochwalne będą, bo muszą być.

Po pierwsze za tytuł. Jakże rzadko zdarzają się tak poetyczne tytuły, długie i urokliwe. Widać, że się autor rozwijał, bo zaczynał od nieco pospolitego "Zatrutego ciasteczka", ale potem było coraz lepiej. Teraz dygresja będzie, bo równie urokliwe tytuły nadawał swoim kryminałom Joe Alex, tyle że on czerpał z klasyki; a skąd czerpie Bradley? Nie z klasyki jest też tytuł "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" i uważam go za mistrzostwo świata. Koniec dygresji.

Pienia pochwalne numer dwa należą się Buckshaw i całej atmosferze mu towarzyszącej. Czyli: wielkie domostwo z mnóstwem pokoi, gabinetów, jest pracownia chemiczna (ostoja Flawii), bogato wyposażona biblioteka, a także pokój pamięci Harriet (pani na Buckshaw), do którego nie wolno wchodzić. Można by powiedzieć, że przepych, ale na tym wszystkim, jak kurz, osiadło poczucie beznadziei i finansowej bezradności. Och, jakie to smutne. Płyńcie łzy moje.

Kolejne pienia to sama Flawia, która jak swój wiek jest wyjątkowo bystra i odważna - chociaż z tą odwagą to bym polemizowała, bo czasami mam po prostu wrażenie, że ona nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Umiejętności przepytywania ludzi i wyciągania prawidłowych wniosków z obserwacji odmówić jej jednak nie można. Rośnie na rasowego detektywa Scotland Yardu, zaprawdę powiadam wam.

Teraz kończą się pienia, a zaczynają wyrazy uznania. Za fabułę, pełną trupów starych i nowych, której wątki kręcą się po Buckshaw, cmentarzu i kościele. Za sytuacje mrożące krew w żyłach (eter!) i wywołujące uczucie obrzydzenia (babranie się w przegniłych szczątkach!). Nie będę jednak ukrywać, że na równi z wątkiem kryminalnym interesuje mnie wątek rodzinny klanu de Luce. Autor bowiem, wyjątkowo sprytnie, już w pierwszym tomie cyklu przedstawił czytelnikom pewną tajemnicę (której nie zna także główna bohaterka, Flawia), a w kolejnych odsłania mikroskopijne kawałeczki tego sekretu. Na tyle mikroskopijne, że nie wyjaśniają nic lub prawie nic. Ale jednak są! I dla tych kawałeczków będę kupować i czytać Flawię, póki mi tchu starczy i póki autor będzie pisał (z całego serca życzę mu długiego i twórczego życia).

Do tego ta seria tak ślicznie wygląda na półce, okładki są tak wspaniale zaprojektowane, czcionka w moim ulubionym brązowym kolorze i dołączona bardzo ładna zakładka - że śmiało mogę rzec, iż w tym przypadku forma też jest ważna, nie tylko treść. Ale tu muszę wspomnieć o jednym małym defekcie: grzbiet okładki minimalnie różni się od poprzednich tomów, jakby grafik nie zerknął na pliki, które już mu siedziały w komputerze. Nie zauważyłam, dopóki nie wstawiłam książki na półkę.


Stałe elementy to: symbol graficzny, szarfa z tytułem, autor, logo wydawnictwa. W piątym tomie Flawii dwa pierwsze są zamienione miejscami. Miałam okazję porozmawiać o tym z panami z wydawnictwa Vesper, ale tłumaczyli, że dostają gotowe pliki i nie mają możliwości ingerencji. No dobrze, to może warto (w przyszłości) zwrócić uwagę temu, kto te pliki wysłał?

Pytali mnie też, co sądzę o zmianie tłumacza. No cóż, może odrobinę przekład utracił na lekkości, a naprawdę odrobinę. Nie jestem wyczulona na takie rzeczy.
Chciałam jeszcze dorzucić jakieś smakowite cytaty, ale czytałam tak zachłannie, że nie miałam czasu nic zaznaczyć (serio, serio), więc może innym razem.
Na koniec - ależ dobrze mi się to czytało, ach!

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Vesper za książkę i dziękuję za bardzo miłą rozmowę na Targach w Krakowie przedstawicielom Wydawnictwa.  :)

"Gdzie się cis nad grobem schyla"  Alan Bradley, przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska, Wydawnictwo Vesper, Czerwonak, 2014.


wtorek, 28 października 2014

Targi Książki w Krakowie 2014 - mój drugi raz

Pierwszy raz był bardzo udany, co można sprawdzić tutaj, toteż bez wahania zdecydowałam się na powtórny przyjazd do Krakowa na Targi Książki. I jak było? Doskonale!

Do hali EXPO dotarliśmy (ja, mój mąż i Magda) punkt dziesiąta, dzięki temu w kolejce spędziliśmy jedynie 10 minut, potem tam były jakieś horrendalne kolejki, facebook zasypywany jest zdjęciami tłumów przed wejściem. Też zrobiłam zdjęcie tłumu, ale mój tłum był tylko małym tłumkiem:

 Przy kawie ustaliliśmy z mężem, co najpierw, co potem, gdzie koniecznie, a gdzie można by, ale to jak starczy czasu (dzięki, Magda, za kolorowy plan):

Po kawie udaliśmy się na halę, oddałam książki na akcję "książka za książkę"- świetna ta akcja, upłynniłam kolejne tomy z półek, a w zamian pobrałam ebooka z publio.pl. Potem planowaliśmy zwiedzać sobie stoiska od A do D. Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby tu i ówdzie nie uciąć sobie pogawędki: a to na stoisku Vesper, które wydało właśnie najnowszą Flawię, a to w Centrali, gdzie już prawie kupiłam Chestera Browna, ale odstraszyła mnie czcionka, a to na stoisku Egmontu, gdzie wybór lektur był wielki. Udało nam się trafić na Agnieszkę Frączek, której opowiedziałam, jak czytałam dzieciom w przedszkolu jej wierszyki. Była szczerze ucieszona i zostawiła Krzysiowi autograf (pisze wiecznym piórem z pięknym atramentem w kolorze lilaróż):



Potem zabrnęliśmy w okolice stoiska wydawnictwa Media Rodzina, gdzie kłębił się podejrzanie dziki tłumek. Dziki tłumek okazał się panią prezydentową ze świtą, trzeba było przeczekać lekkie zamieszanie i już mogłam wyrazić swoje słowa uznania pani Iwonie Chmielewskiej, która w zamian podpisała mi się na książce "Dwoje ludzi":


Żeby złapać oddech, bo na halach robiło się coraz tłoczniej, znów pokrzepiliśmy się kawą, przy okazji zarejestrowaliśmy ze zdumieniem, że kolejka do kas rozrosła się dziesięciokrotnie. Ludzie walili tłumnie na targi, nie bacząc, że rzekomo nikt nic nie czyta.

Kolejnym punktem programu było spotkanie blogerów. Na spotkaniu ogłoszono wyniki tegorocznej eBuki, rozlosowano kilka książek. Poza tym panował rozgardiasz. No cóż. Ale można było poznać blogerów i blogerki, znane tylko z bloga - teraz zyskali oni twarze.  :) Przyznam się, że gdy dorwałam się do mikrofonu, wykorzystałam okazję do zareklamowania grupy ŚBK - zwłaszcza że  grupa planuje aktywnie uczestniczyć w Targach Książki w Katowicach. Poza tym można było posłuchać autorów oraz przedstawicieli wydawnictw, którzy przedstawiali swoje opinie na temat współpracy z blogerami.

Po spotkaniu udałam się na dalsze zwiedzanie hali - ooooo, przede wszystkim na stoisko, które mnie szczególnie interesowało, czyli Leuchtturm1917. Przywitałam się serdecznie z panem, którego pamiętałam z poprzedniego roku, przywitałam się z przedstawicielem firmy przybyłym z Niemiec (to niemiecka firma), i przeoglądałam stoisko wzdłuż i wszerz. Chciałam zakupić czarny Ex Libris dla kolegi, niestety, czarnych zabrakło! Czyżby cieszyły się dużą popularnością? A może nie zabrano ich za wiele? Zostały szare i błękitne, zakupiłam szary. Chciałam pomacać Das Lesejournal, nie było!  Pan mnie jednakże upewnił, że różnią się niewiele, przede wszystkim okładką (Das Lesejournal ma płócienną), w środku też są różnice, ale niewielkie. Obejrzałam notatnik "Some lines a day -5 Year Memory Book" - ależ grubasek! Dla osób, które cenią codzienne, albo po prostu systematyczne zapiski, idealny. No i oczywiście Whitelines Link, na który ostrzyłam sobie zęby od dawna, w końcu! Pomacałam, pootwierałam, niemalże obwąchałam :) Oczywiście, że zakupiłam! Wybrałam Whitelines Link Notebook Medium. Do tego wszystkiego dołożyłam jeszcze kalendarzyk na przyszły rok, a miły pan ze swojej strony dołożył mi pen loopy (szlufki) do wszystkich zakupionych notesów, dopasowane kolorystycznie, mini kalendarzyk urodzinowo/imieninowy oraz katalog produktów firmy. Wyszłam stamtąd uboższa o blisko stówę, ale zachwycona.

Równie zachwycona byłam, gdy dotarłam do stoiska dużeKa, gdzie rezydowała właśnie Marta Kisiel. Zachwycona, bo spotkałam tam samych znajomych: Janka Oko, któremu mocno kibicuję - zakłada antykwariat, wiecie? Łukasza, męża Marty - przyznał się do fascynacji skrzatami. Popieram. Bazyla spotkałam! Ukłony, Bazylu, było mi niezmiernie miło Cię w końcu poznać, bo wirtualna znajomość trwa już ładnych parę lat. Zaprawdę powiadam wam, Bazyl jest wielki.
No i w końcu miałam okazję uściskać się serdecznie z Martą, za którą przepadam i za książkami jej też przepadam. W końcu podpisała mi się na książce (mam już wpis Marty, ale w notesie), dostałam do tego piękne zakładki. Mniam.




 Uff, ta relacja niebezpiecznie się rozrasta, komu się będzie chciało czytać tyle, to może jeszcze tylko skrótowo. Dokupiłam "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk dla siebie oraz "Taka jestem i już" Magdaleny Zawadzkiej - ta druga dla mamy i specjalnie dla mamy stanęłam w kolejce po podpis autorki.
 Dokupiłam sobie "Terapię logopedyczną...", a z wydawnictwa Nasza Księgarnia dostałam dla dzieci "Co robią pająki" i "Co robią żaby" oraz Fistaszki.
Na stoisku gildii.pl porozmawiałam trochę o komiksach. 
Dopchałam się też do Czułego Barbarzyńcy, gdzie wypatrzyłam "Paryż" (Sempe), który urzekł mnie kreską. Potargowałam się i zakupiłam za w miarę korzystną cenę.
Odwiedziłam też stoisko Prime Line, gdzie była masa notesów Moleskine w cenach niekonkurencyjnych zupełnie (nie kupiłam nic). Myślałam, że będą mieli atramenty Caran d'Ache, ale z tej firmy mieli tylko długopisy. A z piór - Lamy. Fajne, ale już mam.
Jeszcze tylko poczekałam na podpis od autorów "Opowiem ci mamo...", czyli Katarzyny Bajerowicz , Daniela de Latour i Marcina Brykczyńskiego - i uznałam, że już chyba mam dość na ten jeden dzień i pora udać się na spotkanie potargowe.

Odbyło się w Kolanku i było świetne. Przyszło całe mnóstwo ludzi, część już znałam, część jeszcze nie i miałam okazję poznać. Od Janka (Tramwaj nr 4) pożyczyłam sobie komiks. Aktywnie brałam udział w losowaniach książek (hej, a w ogóle skąd te książki były?). Brawa dla Kasi, organizatorki, że to ogarnęła. Super. Pamiątkowa fotka - pożyczona od AnnRK:



No i oczywiście obowiązkowa fotka przywiezionych z Targów różności, brak jedynie "Yansa" pożyczonego od Janka oraz "Rozgwiazdy" Wattsa, ebooka pobranego już po przyjeździe do domu:





Targi Książki w Krakowie, do zobaczenia za rok!

piątek, 24 października 2014

"Wina" Ferdinand von Schirach - prawnik opowiada, część druga


Miałam kłopot z tym tekstem, bo w zasadzie lwią część mogłabym przepisać z notki o "Przestępstwie". Ale to byłby autoplagiat.

Mam wrażenie, że "Wina" i "Przestępstwo" to jedna wielka powieść, tylko ze względów  edytorskich podzielona na dwie części, żeby nie wyszło za wielkie tomisko. A może podzielone dlatego, żeby nie przesycić się tym całym nieszczęściem, krwią i złem? Bo jednak jest pewna różnica między tymi tytułami. "Wina" bardziej przygniata, jest cięższa, mocniejsza.

Już na samym początku dostałam jakby obuchem w łeb, słuchając, jak kilkoro podchmielonych mężczyzn niemalże jawnie, w biały dzień, podczas koncertu - brutalnie zgwałciło dziewczynę i wdeptało ją w ziemię. Najgorsze było jednak to, że żaden z nich nie został ukarany, choć znano tożsamość każdego z nich.

Słuchałam, jak pewne małżeństwo bawiło się w trójkątne imprezy (mąż był zawsze tylko obserwatorem) i twarz mi się wydłużała, i zadawałam sobie pytanie: ale dlaczego tak? Po co?

Słuchałam, jak pewien mężczyzna przez kilkanaście lat katował  i gwałcił żonę, a ona cierpiała w milczeniu. Do czasu, kiedy zapowiedział jej, że teraz zabierze się za ich córkę, bo już jest wystarczająco dojrzała (dziecko miało 9 lat). Skąd biorą się tacy zwyrodnialcy?

Ale już zupełnie odpadłam podczas słuchania opowiadania o facecie, który miał pilnować trzech rzeczy swojego znajomego przebywającego w więzieniu: psa (doga), samochodu maserati oraz kluczyka do skrytki dworcowej, gdzie przechowywane były pieniądze z handlu narkotykami. Pies zeżarł kluczyk, facet więc nafaszerował go środkami przeczyszczającymi. Po pięciokrotnej dawca pies dał czadu - tyle że siedział w środku maserati. Niestety, kluczyk się nie znalazł (a facet przeszukał dokładnie auto, trzymajcie mnie mocno), więc dog poszedł pod nóż, zrobiło się krwiście; po drodze wmieszali się jacyś bandziorzy i też nie przebierali w środkach - całe opowiadanie było pełne strachu, krwi i ekskrementów. Za duża dawka jak dla mnie i o mało co książki nie porzuciłam.

Wytrzymałam jednak, a potem było już lepiej. Pozostała mi zaduma i konkluzja. Zaduma nad tym, jak ludzie potrafią koncertowo spieprzyć komuś życie. Czasem komuś, czasem sobie. Przerażające.
Konkluzja  - za nic w świecie nie mogłabym być prawnikiem, adwokatem, sędzią. Jestem empatyczna i tak duża dawka zła zniszczyła by mnie emocjonalnie.

Bardzo dziękuję za egzemplarz książki Bibliotece Akustycznej! 

Wina [Ferdinand von Schirach]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


"Wina"Ferdinand von Schirach, przełożyła Anna Kierejewska, czyta Roch Siemianowski, Biblioteka Akustyczna 2014.

czwartek, 23 października 2014

[Thorgal] "Wilczyca" Rosiński, Van Hamme


Po cudownie odprężającym "Władcy gór" pora wrócić du utartego schematu. Czyli: wędruje sobie Thorgal i jego rodzina, przebyli właśnie długą drogę i marzą o tym, żeby gdzieś spokojnie spocząć (zwłaszcza że Aaricia lada moment ma rodzić), aż tu nagle, jak diabełek z pudełka, wyskakuje jakaś niecnota i bruździ.

Tym razem to chciwy Wiking, taki typowy, co to tylko palić, rabować i gwałcić umie. Thorgal mu przeszkadza przez rodzinne powiązania i Wiking najchętniej by go ukatrupił bez dania racji, ale to było dla komiksu za mało spektakularne, no i cykl by się za szybko zakończył. Toteż, jak zwykle, skrupi się na Aaricii i Jolanie. Aaricia szczególnie tu jest narażona na szykany, bo to ona jest spadkobierczynią dóbr Gandalfa Szalonego. Wiking jednak wychodzi z założenia, że najlepiej jest wykosić wszystkich, całą rodzinkę, dla pewności. Ha, nie ma jednak tak łatwo, bo jakiś cichociemny partyzant przeszkadza w planach, po cichutku i skutecznie likwidując mu ludzi. Taka Niewidzialna Ręka.

Koniec zaś podsumuję tak:

"Pitu pitu chlastu chlastu
Thorgal wykosił przeciwników jedenastu
Jego żona, oj niebożę
dziecię powiła w wilczej norze"

I dała dziecięciu na imię Wilczyca. Słodko. Oj, wiem, po francusku Louve - wygląda o niebo lepiej.

"Wilczyca", tom szesnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Stanisław Kroszczyński, "Orbita", Warszawa 1990.

środa, 22 października 2014

[Thorgal] "Władca gór" Rosiński, Van Hamme


Ho ho ho! Ho ho! Tak sobie hohocham, bo w końcu trafiłam na wielce nietypowy tom przygód Thorgala. Nietypowy, bo:
- nikt nie czyha na rodzinę Thorgala
- nikt ich nie porywa ani nie więzi
- Aaricia nie wzdycha "Och Thorgalu"
- nie ma Wikingów
- nie ma ludzi z gwiazd
- nie ma bogów

Cóż więc jest? Góry, kotlina w górach, mała chatka - a w niej, w zależności od tego, w jakim czasie tam jesteśmy, albo para młodych ludzi ciężko pracująca na swoje utrzymanie, albo pustka i zimny wicher hulający po kątach.
Kim jest tytułowy Władca gór? W zależności od czasu - albo groźnym i okrutnym panem, albo młodym, chciwym chłopcem albo też dojrzałą, zmęczoną kobietą.

Thorgal, chłopak i kobieta skaczą sobie w czasie jak wsza po grzebieniu, nie przejmując się wcale łańcuchami przyczynowo-skutkowymi (łańcuchy są dla raperów!). Tu jeden zaznaczy rysę na ścianie, jak Tony Halik, tam inny natknie się na samego siebie, gdzie indziej znów zastawią pułapkę z zamiarami mało pokojowymi. Dzieje się. Nie nudziłam się ani sekundy.

"Władca gór", tom piętnasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Małgorzata Markowska, "Orbita", Warszawa 1990.

poniedziałek, 20 października 2014

"Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński - przerażająca powieść


Nadmieniałam kiedyś przy okazji pisania o "Gwiazdozbiorze Psa", że lubię powieści postapokaliptyczne, fascynuje mnie sprawdzanie, co też takiego okropnego autorzy wymyślili dla ludności. Miałam okazję posłuchać autora, Pawła Palińskiego, na Polconie w Bielsku-Białej, gdy opowiadał o swojej książce. To, co opowiadał, w połączeniu wzmiankowaną fascynacją sprawiło, że w oku mi błysnęło i serce żywiej zabiło.

Posłuchajcie - zawsze ta apokalipsa jest gdzieś daleko, w Ameryce, Australii czy w Moskwie. A tu proszę, Polska i polskie miasto S. Zawsze w tych powieściach główną rolę gra facet, mięśniak albo mózgowiec, z maczetą albo z mikroskopem próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A tu proszę, kobieta!
Żeby mnie nie zasypało protestami, że kobiety w postapokalipsie nie istnieją: wiem, że istnieją, ale jak często mają główne role? Sama znam tylko dwa komiksy, "Kwiatuszku" oraz "Suka". A w książce Palińskiego istnieje TYLKO kobieta, tylko ona i jej zmagania ze światem.

Teresa Szulc jest starszą kobietą, byłą nauczycielką wychowania fizycznego, samotną do szpiku kości. Mieszka w domu po rodzicach i z całych sił próbuje przetrwać. Świat jej tego nie ułatwia. Nie ma już ludzi, a Bierni (taka odmiana zombiaków) są niebezpieczni. Po ulicach grasują zdziczałe, głodne i groźne zwierzęta. Brak wody pitnej, brak jedzenia. Zwariować można. Jak Teresie udaje się nie zwariować, tego nie wiem. Może dlatego, że rozbiła swoje życie na malutkie kawałeczki, takie jak zdobywanie jedzenia, wody, domowe naprawy, nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych. Wszystko ma rozplanowane, do wszystkiego podchodzi z jednakową skrupulatnością. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy, ale...jednak nie do końca. Bo co zrobić, jeśli zdarzy się choroba? Albo gdy zabraknie wody? Co, jeśli zrobi się dziura w dachu i do środka zacznie wlewać się deszcz? Lub też - i to jest najgorsze - co robić, gdy zacznie dzwonić telefon?

Dotarłam właśnie do sedna tej powieści, do konkluzji, która dopiero po zamknięciu książki dociera do umysłu, w trakcie czytania nieco oszołomionego posępnym światem z powieści. Konkluzja jest taka: niezależnie od wszelkich okoliczności przyrody to człowiek jest dobrodziejstwem świata. I jednocześnie jego przekleństwem.

Wszystko zależy od tego, co siedzi w głowie. W tym punkcie "Polaroidy z zagłady" nie różnią się od innych powieści z tego nurtu. Wszędzie znajdą się i ci dobrzy, poukładani, moralni, którzy chcą przetrwać, ale i pomóc innym, słabszym. Tacy, którzy nie krzywdzą i nie depczą.Natomiast ci źli zawsze myślą tylko o sobie i swoich korzyściach. Wiadomo,  komu kibicujemy.

W "Polaroidach..." kibicujemy Teresie. Przyznam się szczerze, że oprócz podziwu czułam przede wszystkim zdumienie. To dlatego, że powieść mocno działa na wyobraźnię i łatwo postawić się w roli bohaterki. Postawiłam się i aż się wzdrygnęłam. Ona daje sobie radę, choć ma tak mizerne perspektywy, hm, prawdę mówiąc, nie dostrzegłam żadnych perspektyw. Najłatwiej byłoby się poddać, naprawdę nie wiem, czy nie wybrałabym łatwego wyjścia z tej sytuacji. Teresa daje radę, choć i ona ma momenty wahania.
"Płakać. Chciałabyś zapłakać. Słowo »samobójstwo« awansuje zaocznie z obszaru odległych nieprawdopodobieństw do poczekalni jawnie rozważanych ewentualności". [1]

Muszę jeszcze napisać o Biernych. To dość często spotykany motyw, te żywe trupy. Jakoś łażą (przeważnie powłócząc nogami), dogadać się z nimi nie sposób, do żywych są wrogo usposobieni, ech. Paweł Paliński zasugerował, skąd się wzięli Bierni.
"[...] Biernym może być każdy? [...] Że w szeroko pojętym interesie należy strzec się stanu znieczulenia, na który wielu z nich, nomen omen, pracowało latami, przestając kochać i zaczynając nienawidzić: rodziny, dzieci, pracy? Przestając czuć i chcąc jedynie brać, aż okazywało się, że fizyczne wyczerpanie pozostawiało w nich wyłącznie potrzebę pożerania, aż zasypiali i wstawali już jako swoje własne widma. Kochając tylko siebie". [2]

Przerażające. Przecież sami to sobie robimy, odmóżdżamy się, karmiąc się medialną papką. Brr.


Jedyne, co mi się nie podobało to sposób narracji w książce, przyznaję, niebanalny, ale on mnie się po prostu nie podoba. Muszę jednak przyznać, że czytało mi się "Polaroidy..." dużo płynniej niż "Potem", gdzie po raz pierwszy spotkałam się z narracją drugoosobową.

Na koniec słowo podsumowania, w którym zwrócę się do samego autora.
Panie Pawle. Napisał pan wyjątkowo przerażającą powieść. Żadnych łatwych rozwiązań w stylu faceta z giwerą ratującego świat. Żadnych kompromisów, żadnych ulg dla czytelnika. Czarna przyszłość, taka, że ciarki przechodzą, do tego opisana czysto, krystalicznie i precyzyjnie. Życzę sobie z całej siły, by pańska wizja przyszłości nigdy nigdy się nie sprawdziła. I gratuluję.


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Powergraph za egzemplarz książki!

Polaroidy z zagłady [Paweł Paliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
--
[1] "Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński, Powergraph, Warszawa 2014, s. 93
[2] Tamże, s. 122


piątek, 17 października 2014

"Zapachy miast" Dawid Rosenbaum - książka ulotna jak zapach



Książka o zapachach, smakach, fakturach. Autor jeździ po świecie i wszędzie, gdzie tylko jest, coś zjada, węszy, smakuje, delektuje się i oblizuje palce. Ale przede wszystkim podnosi głowę i wciąga powietrze.

W Maroku obserwuje, jak pozyskuje się olejek arganowy z owoców drzew żelaznych:
"W powietrzu unosi się zapach podsmażanych migdałów i orzechowy aromat".[1]

W Egipcie odwiedza stary targ w poszukiwaniu świeżych orzechów:
"W powietrzu czuję owocowy i orzeźwiająco wodny zapach arbuza".[2]

Do Nowego Jorku trafia wiosną, zwiedza miasto, a gdy szuka cukierni Magnolii:
"W spokojnym wiosennym powietrzu unosi się słodka woń karmelu".[3]

W Norwegii trochę marznie:
"W czystym, niemal krystalicznym powietrzu czuć jeszcze odrobinę wieczornego chłodu i zapach porannych mgieł".[4]

W Tajlandii znów wymyka się na targ:
"Gorące powietrze pachnie kurzem, egzotycznymi przyprawami i jedzeniem - smażonym mięsem, przypalonym tłuszczem i dymiącym ryżem jaśminowym".[5]

Francja, miasteczko Fontaine de Vauclure słynie z pól lawendowych:
"W ciepłym powietrzu nocy wciąż czuję zapach lawendy, chłodu rzeki, która szumi gdzieś w dole, i aromat ziół - tymianku, rozmarynu i szałwii".[6]

A Rzym, czy jest i Rzym? Jest , oczywiście:
"Na Nomentanie powietrze pachnie żywicą rozłożystych pinii i murami starych kamienic".[7]

A gdy zawędrujemy z autorem do Amsterdamu:
"Ciepłe powietrze pachnie wodą, a delikatne podmuchy wiatru przynoszą od strony dworca kolejowego dyskretną woń konopnego dymu".[8]

Londyn, który lubię, potraktowany jest obcesowo:
"O poranku w Londynie cuchnie przypalonym mlekiem".[9]

Wyspy Kanaryjskie to gorąca Teneryfa:
"Znów czuję w powietrzu smakowity aromat słodkich naleśników z czekoladą, ale zamiast dominującego w ciągu dnia zapachu oliwki i kremów do opalania teraz  pachnie tu dezodorantami i świeżością odświętnych ubrań wyjętych prosto z walizki".[10]

Jest i rozgrzany Meksyk:
"W powietrzu czuć karmel i zapach ciasta drożdżowego wyjętego przed chwilą z piekarnika".[11]

Na koniec - Kazimierz nad Wisłą, zimą:
"W powietrzu unosi się zapach zimy, sosen, śniegu i dymu sączącego się równo i leniwie z kominów".[12]

Wspaniała zmysłowa wycieczka po świecie, równie ulotna jak zapach. Prawie nic nie zostaje w pamięci.

Zapachy miast [Dawid Rosenbaum]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
---
[1] "Zapachy miast" Dawid Rosenbaum, Biblioteka Bluszcza, Elipsa, Warszawa 2011, s. 17
[2] Tamże, s. 24
[3] Tamże, s. 40
[4] Tamże, s. 53
[5] Tamże, s. 62
[6] Tamże, s. 136
[7] Tamże, s. 192
[8] Tamże, s. 103
[9] Tamże, s. 156
[10] Tamże, s.  80
[11] Tamże, s. 179

środa, 15 października 2014

[Notes] Leuchtturm 1917 Ex Libris - trawiasta zieleń i głęboka czerń

Kontynuując serię o notesach, dziś opowiem o notesie Ex Libris marki Leuchtturm1917. Mam takich dwa, jeden kompletnie zapisany - to ten czarny, jeden czysty, zieloniutki jak trawa.

  Notatnik w języku angielskim, jak wskazuje nazwa, jest dedykowany miłośnikom książek, można spisywać wrażenia, cytaty, prowadzić rejestr przeczytanych książek, robić przeróżne listy (do kupienia, do przeczytania itp) - słowem porządkować wszelkie sprawy związane z lekturami.

Garść informacji o notesie:
1. Twarda oprawa z wytłoczonym napisem Ex-Libris
2. Zamknięcie na gumkę w kolorze okładki
3. Zakładka wstążka w kolorze okładki
4. Z tyłu kieszonka na luźne kartki
5. Karta tytułowa ma miejsce na wpisanie swoich danych, dalej kartka z cytatem Elliota (szlufka widoczna na zdjęciu jest dokupiona osobno)

6. 116 numerowanych stron na recenzje, łącznie252 strony

7. 4 kategorie oraz skorowidz alfabetyczny

8. Dorzucone; tekturowa półobwoluta, ulotka z historią firmy, karteczka z podziękowaniami za zakup, zakładka do książki, naklejki na grzbiet oraz tytułowe





9. Brzegi kartek są zaokrąglone
10. Spory margines na stronach, ok. 1,5 cm
11. Notes jest szyty.
12. Gramatura papieru - 80g/m2
13.Wymiary notesu to: 145x210mm.

W notesie pisało mi się znakomicie. Używałam wiecznych piór, prawie wyłącznie Pilotów Plumixów o różnej szerokości stalówki. Papier nie strzępił, atrament nie przebijał na drugą stronę, ale uwaga - jest na tyle cienki, że prześwituje - to zresztą cecha wszystkich notesów ze stajni L1017, jakie mam.

Ocena w sześciostopniowej skali bardzo mi odpowiada, bo taka jest w biblionetce, gdzie oceniam książki.
Minusy? Obok rubryczek "Book" i "Audiobook" brakowało mi jeszcze "Ebook". No i miejsce na notatki o jednej książce - dwanaście linijek to jakaś kpina, stanowczo za mało! Pisałam jednym ciągiem na kolejnych stronach.


Notatnik jest super, tyle że drogi skurczybyk. W sklepie maluje.pl - ok 70 zł, a w Latarni Mola - 56 zł. Toteż nic dziwnego, że gdy w zeszłym roku zobaczyłam ten notatnik na TK w Krakowie za jedyne 30 zł, kupiłam ze szczęściem w oczach.
W tym roku też odwiedzę to stoisko, ale tym razem będę chciała zobaczyć i pomacać (o ile będzie, oczywiście) pamiętnik czytelniczy, czyli Das Lesejournal. Wygląda podobnie, ale chcę zajrzeć do środka.  

wtorek, 14 października 2014

"Ethel & Ernest" Raymond Briggs - wzruszająca historia


Nie umiałabym napisać historii o moich rodzicach, po pierwsze dlatego, że brak mi odpowiednich umiejętności, a po drugie chyba jestem zbyt introwertyczna i nie mogłabym tak odkrywać rodzinnego, mocno osobistego życia. Raymond Briggs nie ma takich oporów i udało mu się stworzyć opowieść szczerą, pełną, niby prostą, a przejmującą do głębi.
O właśnie, kojarzycie taki film: "Prosta historia"? Z pozoru bez wyraźnej fabuły, jakby nieco rozwlekły, ale jak się w niego zapaść, to przepadło. Siedzi się i ogląda, wzruszając się co i rusz.  Dokładnie tak samo jest z komiksem "Ethel & Ernest. Prawdziwa historia".

Przeczytałam i przeoglądałam komiks. Byłam świadkiem, jak tych dwoje się poznało (nawiasem mówiąc, znakomicie to autor narysował, nieme kadry, wymiana spojrzeń, uśmiechów... bardzo to delikatne i bardzo typowe dla młodzieńczej, nieśmiałej miłości), pobrało i żyło ze sobą. Obserwowałam ich radość z zakupu domu i codzienne życie, kiedy to on pracuje, a ona prowadzi i urządza dom. Z rozbawieniem czytałam nieco purytańskie, wiktoriańskie uwagi Ethel
s.17
Potem ze smutkiem oglądałam jej łzy rozpaczy, że nie może mieć dzieci, a zegar tyka, bo już trzydziesty siódmy rok na karku. O, jak doskonale ją rozumiałam! Sama urodziłam pierwsze dziecko w tym wieku. Udało im się jednak, doczekali się syna, który rósł jak na drożdżach i wkrótce zaczął sam decydować o sobie.

Na to życie, typowe, przeciętne życie zwykłej angielskiej rodziny nakłada się, jak czarny szal, druga wojna światowa. Ethel i Ernest muszą ukrywać się przed bombami, muszą wysłać syna na wieś, muszą pracować, by pomóc Anglii. Chociaż nie zawsze wszystko rozumieją (ach ta polityka), spełniają swoje obowiązki bez ociągania się. Oto prawdziwy patriotyzm.
Ech, żałuję, że nie jestem nieco bardziej obeznana z polityką w Wielkiej Brytanii, lepiej bym zrozumiała te wszystkie docinki i przekomarzania na temat poszczególnych partii. Ernest jest bowiem laburzystą, a jego żona konserwatystką.


Ona zawsze liczy się ze zdaniem innych, podobnie jak tysiące osób, które wzdychają "co ludzie powiedzą". Wzruszająco naiwne są uwagi Ethel w stylu:
s.20

On, nieco bardziej postępowy, choć zauważa wady żony, nigdy ich nie wytyka i kocha ją spokojnie i wiernie. Kłótnie? Oczywiście, zdarzają się, jak w każdym małżeństwie. Oto cudowna kłótnia:
s.87

Umierają jak żyją - spokojnie i mało spektakularnie. Ale gdy ich już nie ma. widać, że została dziura. Napełnili za życia swoją nienatrętną obecnością kawałek Londynu, po ich śmierci została pustka jak po wyrwanym zębie. Żal.

Jak ja strasznie podziwiam autora,  że umiał tak zwięźle, a jednocześnie głęboko i z uczuciem oddać sylwetki i charaktery swoich rodziców. Nie bał się szczerości, dzięki czemu ta dwójka jest bliska czytelnikowi, ludzka, kochana.
Uwielbiam takie komiksy. Takie właśnie. O ludziach, biograficzne, autobiograficzne. "Ethel & Ernest" stawiam na półkę obok "Fun Home" i "Blankets", bo traktują o tym samym, o życiu.

Jeśli chodzi o kreskę, to rysunki są nieco, hm, jakby niedbałe, jakby autor posługiwał się kredką od niechcenia. Troszkę przypominają ilustracje do starych książek.   Nie powaliły mnie te rysunki na kolana, ale i tak, znów, wyłazi z nich szczerość: perkaty nos Ethel, łysina Ernesta. Odniosłam wrażenie, że kadry nie są celem samym w sobie, nie są do tego, by się w nie wpatrywać niczym w obraz, one są tylko narzędziem do zrozumienia historii tego małżeństwa. Chociaż, co tu jest do rozumienia... to miłość. Tylko. Aż.


Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za egzemplarz książki! 

"Ethel & Ernest. Prawdziwa historia" Raymond Briggs, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg i Wojciech Szot, Wydawnictwo Komiksowe, Warszawa 2014.

poniedziałek, 13 października 2014

Rozwiązanie konkursu z Flawią!

Drodzy moi, wczytałam się w odpowiedzi udzielone pod poprzednim postem i najbardziej spodobała mi się odpowiedź Bazyla.

Do niej doskonale pasuje obrazek znaleziony na blogu brigette b (ukłony dla autorki - ma talent!)


Bazylu, prześlij mi swój adres. Dziękuję za uwagę :)

Edit: Bazyl stwierdził, że on startował poza konkursem, toteż zarzuciłam na nowo sieć i wyłowiłam rybkę z pozostałych uczestników. Rybką okazała się Grendella.  :) Gratuluję i poproszę o adres. 

poniedziałek, 6 października 2014

"Gdzie się cis nad grobem schyla" Alan Bradley - KONKURS!

Czytelnicy! Wielbiciele Flawii de Luce! Wielbiciele darmowych książek! Miłośnicy książek dobrych, a także koneserzy książek książek znakomitych! Macie oto okazję wygrać egzemplarz piątego tomu z serii "Flawia de Luce".

Co trzeba zrobić? Należy w komentarzu dokończyć zdanie "Flawia to...". Oprócz tego można też polubić fanpage na FB, jakiś dowolny, można też zostawić gdzieś lajka lub też dodać cokolwiek do obserwowanych. ;)

Osoby, które nie mają bloga, zostawiają namiar do siebie! Komentarze można zostawiać do końca niedzieli, 12 października. Po tym terminie wybiorę zwycięzcę.

Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Vesper.  :)

A tu linki do opinii o poprzednich częściach cyklu: pierwsza, druga, trzecia i czwarta.

niedziela, 5 października 2014

[Thorgal] "Aaricia" Rosiński, Van Hamme


To czternasty tom serii, znudzonych notkami o Thorgalu informuję, że już niedługo do końca, bo przeczytałam tylko siedemnaście tomów.  :)

Pamiętacie tom siódmy, czyli "Gwiezdne dziecko"? Tam autorzy pokazali dzieciństwo Thorgala, tu zaś, w tomie czternastym, wykonali ten sam zabieg na Aaricii. Wykorzystali przy tym sprawdzoną już formułę, czyli  krótsze opowieści zamiast jednej długiej.

"Góra Odyna" jest górą, na którą wybiera się młodziutka, kilkuletnia zaledwie Aaricia, szukając matki (zmarła biedaczka, a nikt tego wyraźnie dziecku nie powiedział). Złośliwe i kłamliwe demony, niksy, próbują ją wciągnąć w śmiertelną pułapkę. Na szczęście ktoś już ratuje. Kto? Oczywiście, młody Thorgal. I tu można sobie westchnąć - a więc to tak się wszystko zaczęło...

"Pierwszy śnieg" - Gandalf Szalony wyrzuca Thorgala z wioski, a dumny chłopak bez słowa odchodzi w śnieżną zamieć. Aaricia wykazuje się sprytem i determinacją, znajdując sposób, by Thorgala sprowadzić z powrotem do wioski. Gdyby tego nie zrobiła, zamarzłby w śniegu, na pewno. I autorzy nie mieliby pracy.

"Holmganga" - tu również Aaricia popisała się całkiem niezłym pomyślunkiem. Chłopcy, czyli Thorgal i Bjorn mają zamiar wziąć się na poważnie za łby, a że brat Aaricii nie gra zbyt czysto, dziewczynka znów musi wziąć sprawy w swoje ręce. Dzięki czemu obaj mogą spotkać się w tomie drugim i znów wziąć się za łby.

Ostatnia historia to "Łzy Tjazhiego". Obywa się bez Thorgala (uff), za to zawiera sporo magii. To urocza opowieść o tym, jak to Aaricia jest przewodniczką ślepego boga Virgida, jak razem szukają tęczy, latają beztrosko pod drzewami  wyjaśniają sobie przeznaczenie. Milusio.

Jak widać powyżej, w młodości Aaricia to energiczna, bystra i odważna. Co jej się stało, jak już podrosła? Czemu stała się taka miękka i uległa, wręcz ubezwłasnowolniona "och Thorgalu ach Thorgalu"?

"Aaricia", tom czernasty serii Thorgal, scenariusz Jean Van Hamme, rysunki Grzegorz Rosiński, przekład z francuskiego Wojciech Birek, Egmont Polska, Warszawa 2007.

sobota, 4 października 2014

[nie Pawłysz, ale mógłby być] "Śnieżka" Kir Bułyczow


Niewielkie opowiadanie, ale jakie urocze! Chyba napisane specjalnie dla kobiet, bo to czystej wody romans, nieszczęśliwa miłość i brak happy endu. Nic tylko się wzruszyć. Toteż wzruszyłam się, a jakże, uczciwie i planowo.

Na planecie rozbija się statek kosmiczny, tuż przed katastrofą wysyła sygnał S.O.S, drugi statek przechwytuje sygnał i spieszy z pomocą, niestety, nic już nie można zrobić. Załoga patrzy bezradnie, jak kosmolot roztrzaskuje się na kawałki, zdaje się, że nie ma już czego zbierać, ale... ale zaraz! Jedna osoba
przeżyła, cudem właściwie, ale jednak. To Śnieżka, piękna dziewczyna, w której od pierwszego wejrzenia zakochał się bezimienny narrator.
"Nie znaliśmy składu ich atmosfery i nie wiedzieliśmy, jakie śmiercionośne dla nas, a nieszkodliwe dla niej wirusy żyją sobie na jej białych, błyszczących, krótko ostrzyżonych włosach."
"Oczekiwać podstępu ze strony delikatnej dziewczyny, której długie rzęsy rzucały cień na blade policzki, której twarz wywoływała pragnienie, by ujrzeć, jakiego koloru są jej oczy, oczekiwać podstępu ze strony tej dziewczyny, nawet w postaci wirusów, było jakoś nie po męsku."
  Tylko że Śnieżka jest inna.
"- Przyzwyczailiśmy się uważać, że podstawę wszelkiego życia stanowi woda. U niej tę podstawę stanowi amoniak.
Znaczenie jego słów dotarło do mnie nie od razu. Do pozostałych również.
- Przy ziemskim ciśnieniu - powiedział doktor - amoniak kipi przy minus 33, a zamarza przy minus 78 stopniach.
I wtedy wszystko stało się jasne."
Jak tu się przytulić w takich warunkach? Jak żyć razem? Chłopak codziennie przychodzi pod okienko kabiny, gdzie zainstalowano Śnieżkę, rozmawia z nią i patrzy. Jedyny kontakt, na jaki mogą sobie pozwolić, to wzrokowy. Marzą o sobie, marzą o planecie, na której mogliby żyć oboje.
"- Musimy znaleźć neutralną planetę - powiedziałem.
- Jaką?
- Neutralną. Taką, na której byłoby zawsze minus czterdzieści stopni.
- To zbyt gorąco.
- Minus czterdzieści pięć. Wytrzymasz?
- Oczywiście - odpowiedziała Śnieżka. - Ale czyż będziemy mogli żyć razem, jeśli zawsze trzeba będzie tylko cierpieć?"
Przy rozstaniu, kiedy wysadzają dziewczynę na jej ojczystej planecie, młodzi jednak się dotykają. On zdejmuje rękawicę i dotyka jej policzka. Śnieżka przypłaci to oparzeniem twarzy, a on odmrożeniem ręki - ale czy żałują...?




Post zamieszczony z okazji właśnie rozpoczynającego się Światowego Tygodnia Przestrzeni Kosmicznej.

Opowiadanie było publikowane w Polsce w dwóch zbiorach "Czarne żurawie" z serii "Stało się jutro" (1980 r.) oraz "Nieziemsko piękna szafa" z "Galaktyki Gutenberga Solarisu, świeżynka, 2014.


A tutaj inscenizacja tegoż opowiadania:




czwartek, 2 października 2014

"Czerwone koszule" John Scalzi - bezwstydnie liczyłam na romans, mało brakowało


Jeśli przyjąć, że autor jest rodzicem swego dzieła, to książkę można nazwać synem lub córką, prawda? Opowiem wam o tym, jak spotkałam dwóch braci. Pierwszy to "Wojna starego człowieka" - w tym bracie zakochałam się, uwiódł mnie poczuciem humoru, siłą  i wrażliwością. Potem poznałam drugiego brata, "Czerwone koszule", rwałam się do tego spotkania, bezwstydnie licząc, że ten uwiedzie mnie jeszcze bardziej, będzie silniejszy, przystojniejszy i takie tam, wiecie. Błysk w oku.  Tak się nie stało, ale mało brakowało. 


Akcja dzieje się na statku kosmicznym, gdzie właśnie trafił główny bohater powieści, rekrut Andrew Dahl. Statek jak statek, głównie badawczy, choć zdarzają się i inne misje. Andy po niedługim czasie zauważa, że nikt na te misje się nie pali, a po dłuższym pobycie już wie, że wyprawy są śmiertelnym zagrożeniem, co i rusz ktoś traci na nich życie, wyłączając kilku oficerów.

==UWAGA, SZCZEGÓŁY DO OMINIĘCIA!==
Andrew i grupka jego przyjaciół szybko dochodzą do wniosku (to znaczy wcale nie tak szybko, tylko z buntem i niedowierzaniem i wcale nie oni, tylko ktoś im to podpowiada), że są na planie filmu, że są statystami, że gdy włącza się Narracja, tracą wolę, muszą grać swoje role i nierzadko pełnić funkcję mięsa armatniego, bo przecież żaden z głównych bohaterów nie może zginąć. A ofiary w ludziach są wskazane w celu zwiększenia dramaturgii konkretnego odcinka, toteż Andy i jego przyjaciele nie znają dnia ani godziny, chyba że... No dobrze, to brzmi jak bredzenie szaleńca, ale trzeba po prostu odnaleźć scenarzystę tego serialu i przekonać go, żeby nie pisał takich bzdur i nie uśmiercał ludzi.  Czy ta misja im się powiedzie, łatwo się domyślić. Dla mnie śledzenie drogi, jaką przebywa ta grupa w czasie i przestrzeni, było czystą uciechą, są sympatyczni, z poczuciem humoru, choć czasami jest to humor na poziomie opuszczonych spodni - co nie zmienia faktu, że z tych spodni rechotałam dobrą chwilę.
== UWAGA, MOŻNA CZYTAĆ==

Ale uwaga. To nie jest książka wyłącznie do śmiania się. Tu muszę się przyczepić do blurba "Szczerze powiem, że nie przypominam sobie książki, przy której tak bym się śmiał. Patrick Rothfuss" -  no bez przesady, wygląda to tak, jakby trzeba było nieustannie się śmiać, litości! To jest książka do zadumy, bo i wątek śmiertelnie chorego chłopca łapie za serce; i to, według jakich zasad scenarzyści piszą filmy; i końcówka powieści - wszystko daje do myślenia. To, że autor maczał palce w serialu "Gwiezdne wrota", pewnie miało jakieś znaczenie.

W jednej książce dostałam trzy opowieści, bo oprócz opowieści właściwej jest jeszcze pamiętnik scenarzysty opisującego, jak to zgłaszają się do niego osoby twierdzące, że są postaciami z jego filmu. Ciekawy zabieg, bo pierwsza część jest czystą fikcją, to wiadomo od samego początku, taka umowa między autorem a czytelnikiem.  I nagle Scalzi zrywa umowę, każąc czytelnikowi zwolnić tempo i zadać sobie pytanie: no dobrze, to ściema, co się przydarzyło scenarzyście, bajka, niemożliwe, zdaje mu się. A co, jeśli coś w tym jest? Nie, niemożliwe. No, ale... Czujecie to? W racjonalny do bólu mózg wdziera się igiełka zwątpienia, która właściwie nic nie robi i zaraz znika, ale przez chwilę jest i uwiera.

Wisienką na torcie jest ostatnia opowieść, którą przytuliłam do serca zdecydowanym i pewnym ruchem. To wątek kobiety i mężczyzny, ledwie kilka zdań, ale fantastycznie skrojonych, delikatnych, subtelnych. O uczuciu, które przenika do świata realnego z wymyślonego, które "nie zna granic ni kordonów".

Podziwiam autora za swobodę i lekkość myśli. Facet pisze bez spiny, bez zadęcia, tworzy literaturę rozrywkową, która nie aspiruje, by być czymś więcej, ale temu, kto chce, dostarcza materiału do rozmyślań. Te scenariusze mnie zaciekawiły, pewnie z racji niedawno przeczytanej książki "Łowca androidów: Słowa i obrazy", gdzie tworzenie scenariuszy jest potraktowane warsztatowo i systematycznie.


Dodam tylko jeszcze, że na zawsze "Czerwone koszule" będą mi się kojarzyć z moim pierwszym Polconem. Czytałam to w drodze do B-B, czytałam na mało interesującej prelekcji z Pilipiukiem, wtedy właśnie natknęłam się na słowo "Enterprise" i tym słowem tknięta, przeniosłam się na prelekcję o tym właśnie serialu i znakomicie się bawiłam.

Dziękuję Wydawnictwu Akurat za egzemplarz książki! 


Czerwone koszule [John Scalzi]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

"Czerwone koszule" John Scalzi, przełożył Marcin Wawrzyńczak, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014.