piątek, 10 lutego 2012

Już jesteśmy w dwóch osobach - ja i Marianna!


Jak widać na załączonym obrazku - Marianna już nie w brzuchu, tylko na brzuchu.

Panienka pojawiła się na świecie 7 lutego 2012 o przeraźliwie wczesnej porze 6.10 rano, wcześniej zafundowawszy rodzicom nieprzespaną noc.
Waga: 4010g, wzrost: 59 cm, 10/10 punktów, włosy nikłe i popielate, cera śniada, oczy niebieskie (na razie oczywiście), małe uszy, pucołowate policzki, podwójny podbródek, zgrabny nosek.

Jest śliczna i słodka jak landrynka - no wiem, wiem, nie jestem obiektywna, każda mama tak mówi o swoim dziecięciu, toteż i ja tak mówię.
Dziś wyszłyśmy ze szpitala i mościmy się w domu.

A - przed porodem nic, bo był spontaniczny, ale po udało mi się przeczytać obie spakowane książki- "Gottland" i "Smażone zielone pomidory", wykończyłam też zapomniane w domu "Lwy Al-Rassanu" i jeszcze mi trochę zabrakło, ale już się nie dopominałam od męża, bo w sumie zostały cztery godziny do wyjścia. Marianka dużo śpi. :)

niedziela, 5 lutego 2012

"Krainy Podmroku" antologia - wyjątkowo paskudna


Uwaga, poniższy tekst będzie mało obiektywny, bom się zezłościła na tę książkę okrutnie. Ale od początku. Seria Forgotten Realms nie jest mi nieznana, bo czytałam już co nieco autorstwa Salvatore'a i nie wspominam tego źle. Ot, fantasy, odprężające, nie za skomplikowane.
Toteż na spotkaniu biblionetkowym z chęcią przygarnęłam do poczytania "Krainy Podmroku", bo nieczytanego fantasy mam w domu mało, a czasem się musi, no musi, no!

Nadszedł czas, że musiałam, sięgnęłam więc, otworzyłam i zaczęłam czytać. Z zainteresowaniem przeczytałam opowiadanie pt "Przedmowa: W wydawnictwie" autorstwa Briana M. Thomsena, bo tematyka wydawnictw, literatury, książek w fantasy jest raczej rzadko poruszana. No ale to taka przystaweczka była, ledwo parę stron, na zaostrzenie apetytu.
Następnie wzięłam się za "Ognie Narbondel" (autor Mark Anthony). Czytam, czytam, czyyytaaam... z coraz większym niesmakiem, obrzydzeniem, aż wreszcie zamknęłam książkę i odsunęłam od siebie. Brr. Doczytałam do 68 strony i więcej nie chcę. Brzydki świat, brzydcy bohaterowie, niskie pobudki czynów, no wiem, wiem, patrząc na nazwę krain można by rzec: "no i czego się spodziewałaś, aniołków czy elfów?".

Eksperyment nawet zrobię mały. Otworzę sobie losowo i wypiszę słowa o kontekście/wydźwięku  pozytywnym i negatywnym, zobaczę, jak to wyjdzie.
Pozytywne: odpoczniemy, rozjaśniało, odwagę.
Negatywne: zbrodniarzy,  okrutne, przerażenia, bólu, zaskrzeczała, potwornej, wściekłości, rozedrzeć, kopnął, łamiąc.

Wyrazy tylko i wyłącznie ze strony 54. Statystyka mnie poparła, no proszę.

Oceniam na jeden z pełną odpowiedzialnością, chociaż nie doczytałam, nie polecam, nie czytajcie, paskudne, ble. I dużo pająków.

"Krainy Podmroku" pod redakcją J. Roberta Kinga, seria Forgotten Realms, wyd. ISA, Warszawa, 1999.

sobota, 4 lutego 2012

"Kroniki birmańskie" Guy Delisle



Dopiero co pochłonęłam "Fun Home", niepomiernie zaskoczona ogromem emocji i osobistych przeżyć autorki, a tu znów trafił mi się komiks, oparty na osobistych przeżyciach autora. Ale "Kroniki birmańskie" to zupełnie coś innego. Guy Delisle to kanadyjski rysownik komiksów, którego żona, pracująca w organizacji "Lekarze bez granic" ma wyjechać do Birmy na misję. Jako że mają malutkiego synka, który jest jeszcze przy piersi, jadą wszyscy razem, ona do pracy, syn przy mamie, mąż przy synu.

Spędzają tam sporo czasu, bo ponad rok, a autor wszystko pilnie obserwuje. W końcu trafił do świata bardzo bardzo egzotycznego, jak na przeciętnego Kanadyjczyka czy Europejczyka (dla niego może nie do końca, przecież wcześniej był w Korei Północnej, co zilustrował w komiksie "Phenian" - jeszcze go nie mam, ale jest w planach).
"Kroniki birmańskie" składają się z wielu małych scenek, narysowanych przeważnie na dwóch lub czterech stronach. Przy czym zwracam uwagę na może drobiażdżek - jakże wygodnie dla czytelnika, te dwie strony umieszczone są obok siebie, otwiera się książkę i ma się całą scenkę jednocześnie przed oczami.

O czym są te scenki? Otwieram "Kroniki" na chybił trafił i trafiam na scenę "Chiński tusz". Autorowi kończą się zapasy, toteż wyrusza na poszukiwania w lokalnych papeteriach. A tam tylko tusz do wiecznych piór, który na rysunkach się rozmazuje. I oto rysunek, na którym nakreślony jest autor przy biurku, nad kartką papieru - rysunek rozmazaną kreską.
Kolejna scenka: o mnichach, którzy rankiem wędrują po ulicach, zbierając do misek ryż.
Kolejna: kiedy to autorowi zabrakło mleka do kawy. Chwilkę myśli, po czym wyciąga z lodówki butlę z mlekiem dla synka i odlewa odrobinę do kubka z kawą.
I takie żartobliwe, domowo-codzienne scenki przeplatane są rysunkami opowiadającymi historię kraju, jego rządy, biedę, cenzurę...

Wszystko to bardzo pouczające, a przy tym takie... jak by to nazwać - spokojne. Delisle nie ocenia, nie grzmi, nie szokuje, on po prostu obserwuje i swoje spostrzeżenia przelewa na papier.

Świetny komiks, muszę koniecznie poszukać też "Phenianu", koniecznie!

Przykładowe plansze pochodzą ze strony Gandalf.com.



"Kroniki birmańskie" Guy Delisle, tłumaczyła Katarzyna Koła, wyd. Kultura gniewu, Warszawa 2008.

piątek, 3 lutego 2012

"Kill Grill: Restauracja od kuchni" Anthony Bourdain - smakowite!


Traf chciał, że "Kill Grill" czytałam zaraz po "Grillbar Galaktyka". Zbieżność tytułów i tematów - jak na zawołanie! Tyle że ta książka to nie żadne s-f, tylko historia życia słynnego szefa kuchni.
A teraz przyznam się, że napisałam "słynnego" kłamliwie, bo w życiu o takim nie słyszałam, ani też wcześniej nie widziałam, dopiero na okładce książki. Po prostu to słówko "słynny" zabrzmiało tak fajnie, okładkowo i blurbowo, że nie mogłam się oprzeć. Proszę o wybaczenie!

Bourdain napisał autobiografię, a że życie ma nierozerwalnie związane z kuchnią i gotowaniem, wyszła mu mimochodem książka o restauracjach, gotowaniu, szefowaniu w kuchni, potrawach, smakach, mięsach, warzywach, właścicielach restauracji, grillach, sałatkach, owocach morza, dostawcach, klientach... i tak by jeszcze można wymieniać i wymieniać.

Czyta się znakomicie, bo widać, że napisał to człowiek z pasją. Praktycznych wskazówek można by wynieść z książki sporo, jeśli ktoś profesjonalnie zajmuje się gotowaniem. Ja się nie zajmuję, więc może tylko jedna (a nuż widelec wam też się przyda): "Nie jem w restauracjach, które mają brudne łazienki" * - uzasadniać chyba nie trzeba?
Dla miłośników Gesslerów, Okrasy, Makłowicza i tym podobnych książka idealna!

* "Kill Grill: Restauracja od kuchni" Anthony Bourdain, przełożył Jacek Konieczny, W.A.B., Warszawa 2009, s. 101.

czwartek, 2 lutego 2012

"Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska - karuzela!


Lubię programy kulinarne, Gesslerów, Makłowicza czy Okrasę. Lubię oglądać, jak kroją, siekają, mieszają i dobierają przyprawy. Sama gotuję całkiem zwyczajnie, ale czasem lubię zjeść coś ekstra wyjątkowego, nic więc dziwnego, że się na "Grillbar" oblizywałam od dawna, od momentu, kiedy usłyszałam o jej wydaniu. Po czym z prawdziwą radością kupiłam ją mężowi na urodziny i jak tylko było można, dopadłam i zawładnęłam. Przeczytałam migiem, jak błyskawica i świetnie się przy tym bawiłam.

Hermoso Madrid Iven to szef kuchni w restauracji "Płacząca Kometa". Najpierw mu towarzyszyłam, jak gotował - pff, akurat tylko gotował, szef kuchni ma na głowie wszystko, absolutnie wszystko, personel, zaopatrzenie, menu na dany dzień, kontrole sanepidu, inspekcje unijne, walkę ze szkodnikami i Bóg wie co jeszcze.
Potem mu towarzyszyłam, jak uciekał, oskarżony o zamordowanie pewnego VIP-a. Ucieka przez światy tak różne, że migają przed oczami jak na karuzeli czy w kalejdoskopie (tak to jest, jak się szybko czyta i na dodatek książka jest wciągająca). Hermoso tu i ówdzie gotuje, gdzieniegdzie pracuje w innym charakterze, ukrywa się, nawiązuje różnorakie kontakty, przyjaźnie, śmiga tu i tam w przestrzeni, ogólnie ruchliwy jest jak nie przymierzając rybik w łazience po zapaleniu światła.
Zaawansowane ADHD nie przeszkadza mu jednak w rozwiązaniu zagadki zielonej pożywki/odżywki/śmierdzącej papki, którą Unia Galaktyczna (czy coś w tym guście) chce wepchnąć ustawowo do restauracji i innych podobnych przybytków jako pełnowartościowe i zbilansowanie pożywienie.

Przejechała się rzetelnie Kossakowska po Unii, przy okazji zabierając czytelnika w fantastyczną podróż, czyli właśnie jak na karuzeli. Główny bohater zaś przypomina mi (bardzo bardzo) Jima di Griz, czyli Stalowego Szczura z książek Harrisona.

Dałam się porwać w podróż i bardzo jestem z tego zadowolona.

"Grillbar Galaktyka" Maja Lidia Kossakowska, ilustracje Daniel Grzeszkowicz, Fabryka Słów, Lublin 2011.

Grillbar Galaktyka [Maja Lidia Kossakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 1 lutego 2012

"Tupcio Chrupcio ma rodzeństwo" Anna Casalis - coś całkiem na czasie!



Nie, Krzyś jeszcze nie ma, to znaczy ma, ale na razie starannie ukryte przed światem zewnętrznym, wciąż czekamy. Ale przecież wie, że lada moment będzie miał, bo mu tłumaczę, pokazując brzuszek i mówiąc, że w środku jest malutka dzidzia, jego siostrzyczka. Mówię też (może i na wyrost, ale mówię), że dzidzia bardzo go kocha. Krzyś na razie miłość z zapałem odwzajemnia, ochoczo daje buziaki brzuchowi oraz przytula się mocno (co staje się nieco uciążliwe, kiedy to ja leżę, a syn leży na mnie, ugniatając brzuch, dzidzię i w ogóle wszystko).

Kiedy więc dostałam z wydawnictwa Wilga książkę "Tupcio Chrupcio ma rodzeństwo", bardzo się ucieszyłam, że z jeszcze jednej strony naświetlę synowi kwestię posiadania rodzeństwa. I rzeczywiście, mała książeczka, a sporo zawiera, bo i chęć posiadania rodzeństwa przez głównego bohatera, i więzi rodzinne (muszę częściej oglądać z synkiem zdjęcia) i uczestniczenie w tym, jak rośnie brzuszek mamusi (zaraz, ile trwa ciąża u myszy? muszę sprawdzić) i wreszcie narodziny malutkiej myszki i wielkie rozczarowanie Tupcia, bo noworodek okazał się dziewczynką! A Tupcio chciał braciszka, który by z nim grał  w piłkę i takie tam.
Ale przekonuje się w końcu, że bycie starszym bratem to naprawdę ważna rzecz.

Och, oby tak było z Krzysiem. Trochę się nasłuchałam o zazdrości starszego dziecka o młodsze, które dopiero co pojawiło się na świecie i obawiam się, jak to będzie u nas wyglądało. Trzymajcie więc za nas kciuki.

A pani Agacie z wydawnictwa Wilga bardzo dziękuję za Tupcia!

"Tupcio Chrupcio ma rodzeństwo" Anna Casalis, tłum. Wioletta Święcińska, ilustrował Marco Campanella, wydawnictwo Siedmioróg, Wrocław 2007.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

"Suka" Jelena Woronowicz i Andrij Tkalenko - komiks o stalkerce


Kupiłam, bo przepadam za Strugackimi i "Piknikiem na skraju drogi" - a "Suka", jak gdzieś wyczytałam, inspirowana jest właśnie Strefą. Tylko Strefą, nie całym "Piknikiem" - ok, wszak i gra tylko na tym się opiera, i film Tarkowskiego też raczej tak, niech będzie.

Komiks podzielony jest na rozdziały, każdy rozdział to osobna historia, spójnie łącząca się z sąsiadującymi, ale jednak osobna.
W pierwszym rozdziale poznałam główną bohaterkę, stalkerkę. Młoda dziewczyna, ksywa "Suka" (tak, patrz tytuł). Młoda, ładna, zwinna, trochę już doświadczona, jeśli chodzi o pułapki Strefy. Właśnie ginie jej partner i musi jakoś się odnaleźć. Na początek, żeby odreagować nieoczekiwaną stratę, trzeba się zabrać za tych, którzy zabili jej partnera. Vet za vet. Cel osiąga, ale (zawsze jest jakieś ale) okazuje się, że za tym zabójstwem stoi jakiś tajemniczy mocodawca. Jaki? Nie wiadomo...

Kolejny rozdział cofa czytelnika odrobinę w czasie i naświetla sam moment Lądowania. Strugaccy skupiają się na jednej Strefie, w Harmont, ale zaznaczają, że jest ich więcej. Autorzy niniejszego komiksu korzystają z tego i obierają Moskwę za jedną z nich. I proszę, główny nacisk nie jest położony na fakt przybycia Obcych, tylko na zachowanie władz miejskich, czyli tłumienie zamieszek strzałami. Potem zaś konkludują, że wyłączenie Moskwy z obiegu jest powodem rozpadu całego kraju. Hm.

Kolejne rozdziały to sceny już ze Strefy: jeden facet za wszelką cenę chce dostać się w głąb, Suka mu pomaga, omijają pułapki, unikają patroli, wędrują metrem pełnym zjaw i... koniec. Dalsze przygody i rozwiązanie zawiązanej fabuły w kolejnej części, zapowiadanej na czerwiec tego roku. Ale nie jestem pewna, czy chcę poznać dokończenie tej historii. W tej chwili nie.

Dlaczego?
Ano bo mistrzom trudno dorównać, zwłaszcza jeśli się chce pociągnąć ich pomysł w tej samej konwencji: atmosfera pełna strachu, pułapek i niedomówień. Mroczne plansze, minimum światła, brr, strach się bać. A jednak Strugaccy nie epatowali strachem czy przemocą. A tu, w "Suce" jakoś tak przemoc wyłazi stąd czy owąd. To mi się nie podoba.

Podobało mi się za to opowiadanie Kiryła Bułyczowa "Na ratunek" (publikowane w "Nowej Fantastyce" w lutym 1997), gdzie inspiracja jest ta sama - Strefa, stalkerzy, wędrówka - ale Bułyczow zrobił z tego pastisz, porozumiewawcze mrugnięcie okiem do czytelnika. Takie rzeczy lubię.


P.S. Brak numeracji stron mi się też nie podoba, mąż mi zabrał i czyta, musiałam na chwilę zabrać, żeby przepisać stopkę, a on ze zdumieniem: no to jak mam zapamiętać, na której stronie jestem, no?...


"Suka", scenariusz: Jelena Woronowicz, rysunek: Andrij Tkalenko, tłumaczenie: Paweł Timofiejuk, wydawca: Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2008.

sobota, 28 stycznia 2012

"Fun Home. Tragikomiks rodzinny" Alison Bechdel - powieść graficzna zupełnie wyjątkowa


Zamknęłam książkę ze zdumieniem. Właściwie to zdumienie odczuwałam podczas całego procesu: lektury połączonej z oglądaniem.

No ale dlaczego?
Bo spotkałam się z czymś, z czym do tej pory nie miałam styczności. Nie chodzi tutaj o komiks jako ogólnie gatunek, bo ten znam (słabo, ale znam). Nie chodzi też o komiksową autobiografię, jak u Marjane Satrapi. Do licha, to niezwykłe połączenie obrazów i słów, ilustrujące... (tu się zakałapućkałam, bo mi zabrakło słów), no właśnie, co?
Życie autorki, jej dzieciństwo i młodość.
Jej relacje z rodzicami, zwłaszcza z ojcem.
Poszukiwanie własnej tożsamości - różnymi drogami, ścieżkami, obrazami.

Alison rozsuwała mi przed oczami panoramy (rozdziały), kilka, za każdym razem inne, utkane z jej słów, rysunków, fragmentów książek, fotografii, notatek policyjnych, listów, pamiętnika, rozmów telefonicznych i wspomnień. W każdej dochodziło do głosu coś innego, rzucając nowe światło na to, co zdążyłam już poznać. Nowa kosteczka dołożona do już leżącego domina.

Czego się dowiedziałam?
Tego, jak poznali się rodzice Alison, pobrali się, zamieszkali razem. Urodziła się Alison, a potem jej dwaj bracia. Ojciec pracował w domu pogrzebowym (rodzinny interes), poza tym uczył angielskiego w lokalnym liceum. Alison w kolejnych odsłonach mówi a to o zatrważającym chłodzie, jaki panował w jej domu, a to o swoich problemach psychologicznych (nerwica natręctw), a to o lekturach, które czyta pod wpływem ojca, a to o jego śmierci, a to o budzeniu się lesbijskiej samoświadomości, a to o skłonnościach ojca do młodych mężczyzn.
Autorka jeździ po swoim życiu w tę i z powrotem, jak wałkiem po ścianie, tyle że wałek zamalowuje, a ona odsłania, coraz bardziej, te wszystkie szczegóły, te drobiazgi, które ją ukształtowały.

To było naprawdę niezwykłe doświadczenie, wyższy poziom komiksu, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. Przy czym wciąż nie umiem opędzić się od wrażenia, że mnóstwo mi umknęło, że nie wszystko zrozumiałam, nie ogarnęłam, że za głupia jestem. To wyjątkowo onieśmielająca i wyjątkowo osobista powieść graficzna.
Z pewnością nadaje się do ponownego czytania i do ponownego pisania o niej, choćby o nawiązaniach literackich, których jest cała masa. Może kiedyś.

"Fun Home. Tragikomiks rodzinny" Alison Bechdel, tłum. Wojciech Szot, Sebastian Buła, wydawca: Timof i cisi wspólnicy, współwydawca: Abiekt.pl, Warszawa 2010.

piątek, 27 stycznia 2012

"Na plebanii w Haworth" Anna Przedpełska-Trzeciakowska


Będzie krótko, bo weny mi brak, a książkę jutro oddaję*, toteż tylko wrażenia.

Nie jestem wcale a wcale fanką sióstr Brontë, po prostu czytałam "Dziwne losy Jane Eyre" i bardzo mi się podobało, czytałam też "Wichrowe wzgórza" i też mi się podobało. "Na plebanii" zaś cieszyło się znakomitą opinią blogerów i dlatego też wrzuciłam do schowka, po czym udało mi się pożyczyć i przeczytać.

To znakomita pozycja. Pani Anna Przedpełska-Trzeciakowska namalowała mi przed oczami całe życie rodziny Brontë, o którym (naprawdę) nie miałam zielonego pojęcia.
Sięga do przodków ojca, pastora Brontë, ale na krótko, ważniejsze przecież jest ich życie, które rodzina spędziła na plebanii w Haworth, od momentu, gdy pastor dostał tam probostwo. Wcześnie odumarła ich matka, pastor nie ożenił się powtórnie, dziećmi zajęła się ciotka, stara panna. Całą szóstką: Marią, Elżbietą, Charlottą, Branwellem, Emilią i Anną.
I te dzieci tam mieszkają, na odludziu, wśród wrzosowisk, w domu, którego okna wychodzą na cmentarz, całe życie, wyjąwszy te nie za długie epizody, kiedy to wyjeżdżają albo się uczyć, albo pracować. Tam kształtuje się ich wrażliwość, tam dają upust wyobraźni, wymyślając swoje światy i bohaterów, tam piszą książki, tam też umierają. Wszyscy.

Ja zaś śledziłam losy każdego z rodzeństwa, podążając ścieżką ubitą już porządnie przez autorkę, wyłożoną uczciwie faktami, listami, dokumentami i wnioskami. Pasjonująca podróż.
Do pełni szczęścia brakowało mi przeczytanych wcześniej książek sióstr Brontë, ułożonych obok na stosiku, by móc od czasu do czasu sięgać i porównywać. Ale nie wymagajmy za wiele, nie miałam i trudno, nie mówiąc o przeczytaniu.

Bardzo, bardzo mi się ta biografia podobała. Obym zawsze trafiała na takie!

* - Pisałam to dzień przed spotkaniem biblionetkowym, gdzie miałam książkę oddać, okazało się jednak, że książka zostanie u mnie :) Jednakowoż już napisaną notkę rozbudować trudno, zostanie więc w obecnym kształcie. Pochwaliłam się już mamie, że to mam, i że czeka na nią. Ucieszyła się :)


"Na plebanii w Haworth. Dzieje rodziny Brontë" Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki, Warszawa 2010.

czwartek, 26 stycznia 2012

Wybrałam sobie książki do spakowania do szpitala! :)


W końcu, bo myślałam i myślałam.
Dwie będą.
1. "Smażone zielone pomidory" Fannie Flagg
2. "Gottland" Mariusz Szczygieł

Ciekawam, czy uda mi się poczytać w szpitalu. Z Krzysiem, jako że się nie spieszył i trafiłam do szpitala tydzień po terminie, miałam czas na kilka książek - calutki jeden dzień nudziłam się na oddziale, więc rąbałam "Koty, które..." jak maszyna. Mąż mi dowoził, jak się kończyły.
Po porodzie byłam zbyt zajęta i zbyt przejęta (pierwsze dziecię), żeby czytać.

Jak będzie teraz? Nie mam pojęcia. Wątpię, bym dotrzymała się w całości do planowanego terminu, ale kto wie, a jak jeszcze się przeciągnie, to czas na czytanie się znajdzie.

W każdym bądź razie trzeba być przygotowanym! Czytaliście te dwie książki? Dobry wybór?

Na zdjęciu - ja sylwestrowa, rozmiarów słusznych :)