niedziela, 31 stycznia 2010

"Bartomiej Farrar" Josephine Tey

Pani Josephine Tey jest moją ulubioną autorką kryminałów, a "Bartłomiej Farrar" jest drugą (zaraz po "Tam piaski śpiewają") moim ukochanym kryminałem jej autorstwa.Przeczytałam to wieki temu, ale chyba się nie zestarzało.

Mamy taką typową angielską posiadłość, na prowincji. Troszkę podupadającą, ale wciąż będącą domem dla rodziny Ashby - Simona, Eleanor oraz bliźniaczek Ruth i Jane. Opiekuje się nimi ciotka Bee, ponieważ rodzice ich dawno temu zginęli w wypadku. Simon, jako najstarszy, szykuje się do objęcia schedy po rodzicach (wraz z ukończeniem 21 lat), reszta rodziny szykuje przyjęcie urodzinowe. I w te sielsko-anielskie nastroje wkracza z hukiem tytułowy Bartłomiej.
Bartłomiej (Brat, jak na niego mówią) jest sierotą, wychowywał się w przytułku, potem zarabiał na życie ujeżdżając konie za oceanem, póki nie złamał paskudnie nogi. Wrócił więc do Londynu, a tam natknął się na niego Loding, mieszkający kiedyś w sąsiedztwie Ashbych. Loding jest porażony uderzającym podobieństwiem Brata do Simona, i w mgnieniu oka układa intrygę. Mianowicie chce podstawić Brata za zaginionego brata bliźniaka Simona - Patryka, który przed laty popełnił podobno samobójstwo (ciała nigdy nie znaleziono). Jeśli plan się uda, Bartłomiej (jako że Patryk urodził się pierwszy), zgarnie posiadłość i dochody z niej (ach, to rozczulające angielskie prawo pierworództwa).
To zaskakujący, przewrotny plan, który prawie nie ma szans na powodzenie, ale Loding jest zdeterminowany, a Brat oszołomiony perspektywami - i o dziwo, to się udaje!
Po pierwszym szoku rodzina Asbych przyjmuje Brata z otwartymi ramionami, a on do reszty wyzbywa się skrupułów, gdy okazuje się, że znów będzie miał do czynienia z końmi, bowiem kocha z nimi pracować.
Potem jednak pojawiają się rysy, Brat zaczyna mieć wątpliwości co do śmierci Patryka i postanawia je wyjaśnić, nie bacząc, że to zaprzepaści całą misterną intrygę. Nie dba o to, bo w jego życiu, tym nowym, pojawia się kobieta, której nie jest godzien jako oszust... No i tu zaczyna się najciekawsze, którego już streszczać nie zamierzam, bo kto ciekawy, to sobie doczyta.

Książka wyjątkowo mi się podoba, uwielbiam takie przejścia bohaterów z ciemnej na jasną stronę mocy. Do tego ten angielski klimat, dystyngowany, chłodny, troszkę wyniosły - no perełeczka.
Oprócz tego coś, co jest absolutnym mistrzostwem świata: czytałam tę książkę kilka razy i wciąż, do tej pory nie wiem, w jaki sposób Patryk poniósł śmierć. Obłęd. Jakby ktoś wiedział, to go ozłocę!

Ocena: 6/6.

PS. Nakręcono film telewizyjny na podstawie tej książki, w 1986 roku, niestety w Polsce chyba nie był wyświetlany. Podobno planowany jest kolejny film, z Benem Affleckiem, ale news sprzed 6 lat i cisza. Chętnie bym obejrzała, ale nie z tym aktorem.

sobota, 30 stycznia 2010

"Księga Nowego Słońca" Gene Wolfe


Zostałam obdarowana tym cyklem, a jako bonus dorzucono mi parę znaczących mrugnięć, grymasów i tak dalej, a na moje pytanie "o co biega", dostałam odpowiedź, iż to wielkie dzieło jest, pełne znaczeń ukrytych i do wydobycia, tworzą się kluby wydobywających i w ogóle powinnam być szczęśliwa, że za chwilę znajdę się w tym szacownym gronie. Czyli mam czytać, chłonąć, analizować i zachwycać się.
Posłusznie zabrałam się za lekturę, szeroko otwierając oczy w oczekiwaniu na te wspaniałości objawione. I tak czytałam sobie tom pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, w końcu piąty. Wspaniałości mi się nie objawiły, ale dobrze, że ich oczekiwałam, łatwiej mi przyszło doczytać całość do końca.

Kat - bohater książki wędruje z miejsca na miejsce przez całe pięć tomów, rzekłabym kolokwialnie, że go mrówki w tyłek chyba gryzły, że tak na miejscu usiedzieć nie mógł. Do tego jest taką jakby melepetą, czyli bezwolną kukłą, przerzucaną z miasta do miasta, z ziemi w kosmos i z powrotem bez wyraźnego jego udziału. Ot, coś się zdarzyło, tu gonią, nie wiadomo czemu, to uciekamy, o, przestali gonić, to w sumie już nie wracamy, bo to za daleko, to może pójdziemy do przodu?... I tak się kręci przez cały pięcioksiąg.

Nie wiem, dlaczego naszpikowano to mesjanistycznymi nawiązaniami. Nie tylko zresztą, statek kosmiczny sięga nawet dalej, do Arki Noego.
Nie wiem, czemu miała służyć doskonała pamięć bohatera, racząca nas wszelkimi szczegółami i szczególikami z licznych wojaży. Owszem, czasem jakiś szczególik wywoływał wspomnienie sytuacji, rozmowy, spotkania, wiemy, co skąd się wzięło, ale podkreślam, czasem.
Nie wiem, dlaczego autor przedobrzył, przekomplikował i kompletnie zignorował zasadę brzytwy Ockhama. Do tego zniesmaczył mnie kanibalizmem.
Jak tak sobie myślę o elementach powieści, to zawsze wskakuje mi coś, co czytałam wcześniej, a było lepiej ujęte. Choćby wędrówka przez kraje, przez światy, przez czasy. Duncan w" Welinie" zrobił to nieporównanie lepiej (wiem, że czas powstania różni się znacznie, pomińmy to). A te motywy mesjanistyczne, lepiej zrobił to Irving w "Regulaminie tłoczni win" czy choćby Snerg w "Według łotra".

No i co, ponatrząsałam się już, teraz czas na pozytywy. Otóż, bardzo prawdpodobna jest możliwość, że jednokrotne przeczytanie tych książek nie wystarcza, że trzeba przeczytać raz jeszcze, by je zrozumieć, a gdy pojawi się zrozumienie, to i przychylna akceptacja też. Czyli wszystko jest jasne - nie zrozumiałam powieści (bo też i autor niczym mnie nie zachęcił do zrozumienia), a w istocie jest ona złożona, bogata i pełna. Nie wiem, czy to odkryję, jeśli tak rzeczywiście jest, rzadko bowiem wracam do lektury, jeśli jest dla mnie mało zrozumiała (oczywiście są wyjątki, jak wspomniany już "Welin").

Ale pewnym pozytywem książki, który zdołałam samodzielnie odkryć, jest nastrój. Lekka nutka dekadencji... tfu, jaka tam lekka, cały cykl dekadencją jest przesycony na wskroś. Smętna nostalgia za tym, co mija, wrażenie nieuchronności upadku cywilizacji, smutek, melancholijny żal. To nastrój, kiedy jesienią opadną liście z drzew, jeszcze niby kolorowe na ziemi, ale już zaczynają szarzeć, zapowiadając rychłe przyjście zimy. To smutne, ale piękne.
Jeszcze jedno warte jest pochwalenia - cudowna, plastyczna wizja statków kosmicznych, przeogromnych fregat, z masztami i żaglami (tak, tak, statki na wiatr słoneczny). Czyli wzorce ziemskie powielone i zwielokrotnione w skali kosmicznej. Autor bardzo szczegółowo opisuje, opowiada wręcz, o tych kilometrach takielunku, o ogromnych płachtach foliowych żagli tak cieniutkich, że niemalże o tylko dwóch wymiarach. Wizja wcale nie nowa, ale rozmachem wybitnie trafiająca do wyobraźni.

Ocena cyklu: 3,5/6


piątek, 29 stycznia 2010

"Stworzenie świata" Gore Vidal

"Służący przyniósł nam jajka, które trzymano pod ziemią przez kilka lat. Jedliśmy je malutkimi łyżeczkami. Zalatywały delikatnie pleśnią. Później w Suzie i w Halikarnasie często zakopywałem jajka, ale po prostu gniły. Albo gleba chińska różni się od naszej, albo Chińczycy przyrządzają je w jakiś tajemny sposób" [1].


"Z powodu tego starodawnego perskiego zwyczaju Herodot opowiada nam teraz, że Wielki Król podejmuje decyzje polityczne tylko po pijanemu. W istocie jest wręcz przeciwnie. Każde słowo wypowiedziane na bankiecie u króla zapisuje skryba i każde zlecenie wydane przez podpitego monarchę zostaje starannie rozpatrzone w trzeźwym świetle następnego ranka. Jeśli decyzja okaże się nie całkiem sensowna, spokojnie ulega zapomnieniu" [2].


"Konfucjusz był jednym z tych niewielu mądrych ludzi, którzy zadawali pytanie, żeby się czegoś dowiedzieć" [3].
---
[1] Gore Vidal "Stworzenie świata", tłum. Irena Szymańska, Mira Michałowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 450
[2] Tamże, s. 463
[3] Tamże, s. 475

wtorek, 26 stycznia 2010

"Dom na wzgórzu" Erskine Caldwell

Twórczość tego autora była mi już znana wcześniej z książki "Blisko domu". Całkiem niezłej, nawiasem mówiąc. Teraz, w ramach wyzwania, pobrałam z podaja "Dom na wzgórzu" i powiem wam, że bardzo się wkurzałam podczas czytania. Nie na książkę, o nie! Na bohaterkę tej powieści, Lucjanę. Młodziutka, śliczna dziewczyna wychodzi za mąż z miłości, a jej mąż Grady to utracjusz, hazardzista, próżniak i zakamieniały dręczyciel niewolników. Mieszka teraz z nim w rozpadającym się domu na wzgórzu, zadłużonym po ostatnie ździebełko, znosi bez szemrania wyzwiska i urągania teściowej, czeka cierpliwie na męża całymi dniami i tygodniami, a gdy już wróci, próbuje rzucić mu się z utęsknieniem w ramiona. Ten ją jednak pogardliwie odpycha, niezadowolony pan i władca. Cóż robi zawiedziona żona? Cichutko wraca do pokoju, łyka łzy upokorzenia i to wszystko. Och, jak mi się wszystko w środku przewracało, jak to czytałam! Chciałam potrząsnąć Lucjaną mocno i krzyknąć do niej: dziewczyno, opamiętaj się, ten brutal i pijak wyssie z ciebie wszystko, nie dając nic w zamian, odejdź od niego i jego toksycznej mamy, zanim nie będzie za późno!

Otrzeźwienie przyszło, zanim skończyłam książkę, wszak miłość jest powodem najróżniejszych postępków, a Lucjana kochała Grady'ego szczerze i mocno. Zaczęłam wtedy zwracać baczniejszą uwagę na tak zwane tło. Caldwell obudował wątek małżeński starannie odmalowaną scenerią amerykańskiego południa, czarna niania, niewolnicy, biała hołota, ostracyzm wobec białego adwokata pomagającego czarnym... to wszystko jakby już było. A takiej Lucjany nie było i chwała Calwellowi za Lucjanę, bo to naprawdę miła i mądra dziewczyna, jak się okazało w zakończeniu opowieści.

Ocena: 4/6

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Lampka, która czyta gazetę



Ciekawostek czy gadżetów związanych z książkami jest cała masa: fikuśne regały czy półki, zakładki, podpórki, fotele - można tego znaleźć tony w sieci, jak się poszuka.
Ja znalazłam lampeczkę, która czyta - jest przesłodka i w ogóle. Brawa dla projektanta za oszczędność formy i niebieski abażur, tfu, przepraszam, niebieską gazetę.




Czytająca lampeczka posiada kumpla, lampeczkę wspinającą się - temat też mi bliski, bo kiedyś miałam okazję wspinać się po skałkach, świetna sprawa. Toteż doceniam trud lampeczki, wspinacza.

Lampki wynalezione na miood.pl.

niedziela, 24 stycznia 2010

Łańcuszek blogowo-książkowy


Claudette zarzuciła na mnie łańcuszkowy haczyk i pociągnęła, toteż czuję się wyciągnięta (z ochotą) do odpowiedzi na następujące pytania:

1. Czy przywiązujesz się bardzo mocno do posiadanych książek , czy też pożyczasz je bez problemu znajomym, a nawet oddajesz jeżeli danej osobie wyraźnie na tym zależy?

Ogólnie to lubię, jak książka jest w ruchu, sama namiętnie pożyczam od znajomych, kupuję, nie mieści mi się na półkach, to pożyczam innym, czasem z "prawie nie czytanej" książki robię prezent jubilatom czy solenizantom, wymieniam się na podaju, na spotkaniach biblionetkowych i właściwie sama już nie wiem, jak się w tym wszystkim łapię. Ale są książki, pojedyncze egzemplarze, których nie oddam, a pożyczam tylko zaufanym.

2. Z jakim literackim bohaterem/bohaterką identyfikujesz się najmocniej i dlaczego?

To pytanie obiło się już kiedyś o mnie. Nie identyfikuję się, bohaterowie są bohaterami, a ja jestem czytelniczką, każde z nas zna swoje miejsce. Oni mi się podobają, lubię ich, ale nie chciałabym być taka jak one/oni.

3. Czy są jakieś miejsca (rzeczywiste, bądź nierzeczywiste) do których lubisz się przenosić za pomocą książek?

Wielki, ogromny,przeogromny świat fantazji, co tam jeden, wiele światów! Wszystkie światy z książek sf, te na ziemi i te w przestrzeni ite obok, równoległe i poprzeczne, alternatywne, każde! A niech to, właśnie zdałam sobie sprawę, że tak lubię sf, a tak rzadko o tym piszę.

4. W kinach wyświetlany jest bardzo zachwalany film będący adaptacją znanej powieści na który pragniesz się wybrać. Jednocześnie masz ogromną chęć na przeczytanie powieści. Czy kroki swe skierujesz najpierw do najbliżej księgarni/biblioteki, czy też do kina?

Najpierw biorę się za książkę. Bo jakbym obejrzała wcześniej film, to książka by do mnie gadała głosami aktorów, nie nie nie. Tak nie lubię.

5. Wybierasz się w długi, dwudziestogodzinny lot. Możesz zabrać skończoną liczbę książek na pokład samolotu, gdyż limit bagażu to tylko 5 kg. Czy postawisz na kilka, a nawet kilkanaście cieniutkich książeczek (może jakiś opowiadań, opowiastek, króciutkich powieści), czy też na wielkie tomiszcza, ale tylko w dwóch egzemplarzach?

Stawiam na różnorodność. Bo zdarzyć by się mogło, że to jedno tomisko to "Tęcza grawitacji" Pynchona i wtedy cała podróż zmarnowana... - przez to dzieło nie przebrnęłam do końca, umęczyłam się tylko. A tak to mam kilka, czytam jedno, nie podoba się, to biorę inne, jak skończę te podobające się, to wezmę pewnie i te niepodobające, ale jak krótkie, to przecież dam radę.


Teraz moje pytania, o odpowiedź na nie proszę: Annę, eruanę i Koalę.

1. Czy od razu po przeczytaniu książki możesz o niej dyskutować/pisać, czy też musisz odczekać, by wrażenia się "uleżały" czy skrystalizowały?
2. Dlaczego piszesz recenzje książek?
3. Czy pożyczyłabyś/pożyczyłbyś książkę do poczytania osobie prowadzącej inny książkowy blog, gdyby o to poprosiła? Nie chodzi o znajomych, jak w pytaniu Claudette, tylko o kompletnie obcą osobę, znaną jedynie jako nick.
4. Czytasz blurby na okładkach? Jeśli tak, to czy one decydują o tym, czy książkę kupisz, czy nie?
5. Podpisujesz swoje książki?

I serdecznie życzę, by się dobrze bawili przy odpowiadaniu, a potem wymyślili własne pytania i puścili łańcuszek dalej w świat.

sobota, 23 stycznia 2010

"Po imieniu" Szymon Kobyliński

Zwykle podczas lektury czegokolwiek mam pod ręką malutkie samoprzylepne karteczki, żeby zaznaczyć fragmenty mnie interesujące, nie znane mi słowa (do późniejszego sprawdzenia), lub zdania, które mi coś przypominają i muszę się nad nimi później zastanowić. W tej książce wlepiłam dwadzieścia siedem karteczek, jest więc nimi wręcz upstrzona.

Co my tam mamy...?
"[...] pan Zdrojewski był tym, który pierwszy posiał we mnie wątpliwości wobec Nagrody Nobla. Gdy się bowiem zgadało coś o «Chłopach» Reymonta, rzekł z niechęcią:
- To miejska książka, to nie są wiejscy ludzie ani sprawy. Pańskie romanse i przedrzeźnianie naszej mowy"[1].
Z taką demitologizacją, bardzo podobną, możemy się spotkać w "Po śniadaniu" Eustachego Rylskiego, felieton dotyczący Hemingwaya.
"[...] sztuka trzaskania z pyty, ogromnie trudna sztuka, obowiązywała na pastwiskach sumiennie. Trzeba mi było dopiero doby odrzutowców, abym się dowiedział, że pastuch doprowadzał odpowiednimi rozmachami ów chwościk do szybkości supersonicznej i głośny wystrzał, to nic innego, jak «efekt Bing Bang» w miniaturze, huk przekraczania bariery dźwięku" [2].
Pyta to bat używany przez pastuchów, to tak gwoli wyjaśnienia. Nie miałam pojęcia, że strzelanie z bata na tym polega.
"Tu wtrącę, że już chyba całkiem po wsiach zanikły zamki w kształcie naciskanej kciukiem dźwigienki z metalu [...]". [3]
 No nie wiem, książka z 1985 roku, miałam dwanaście lat, chyba jeszcze był u nas taki zamek, w drzwiach do pomieszczenia, gdzie był parnik.
"Syn Maciek kręcił nosem na lektury mojej młodości, z racji ich ociężałego gadulstwa.
- No więc niechby wsiadł wreszcie na tego konia i pojechał! - prychał, wzruszając ramionami. - Nie, to ja muszę przedtem poczytać o pejzażu, o wyglądzie siodła, o srelach morelach i już mi wszystko jedno, czy pogalopuje, czy nie pogalopuje...". [4] 
Oto odwieczne narzekania uczniów, prawda?
"Podchorąży Leszek... Delikatnej kompleksji, gorzejący wielkim ogniem wewnętrznym, typ grottgerowskiego powstańca [...]" [5] 
Tak  czytam to zdanie i nagle stop, zawróć, co to jest kompleksja? Kopaliński ratuje, otóż kompleksja to przestarzale budowa ciała, usposobienie, temperament. Nie wiedziałam, a teraz wiem.
"Kiedyś, pamiętam, dostałem zlecenie na grafikę okładkową, miał tam widnieć baśniowy facet (z tekstu opowieści Lema, drukowanej wewnątrz numeru), ukazany w momencie szczytowego przerażenia, bo tak wynikało z treści". [6]
Muszę sobie Lema odświeżyć, by zidentyfikować to opowiadanie, a może chodzi o "Przyjaciela"?
"Nadto ta pustka wokół, psychiczna pustka cywilizacji, która zgęstniała zbyt szczelnie, aby się ludzie mogli o siebie zazębiać, jak u nas, u rozlewnie gościnnych i łatwo systemem «brat łata» kontaktujących się bliźnich". [7] 
To o Anglii i o chłodzie międzyludzkim. Ale o Anglii także jest to:
" Nauczyliśmy się i my patrzenia jak przez powietrze przez, przypuśćmy, starego faceta, który zajechał przed pub czarnym motocyklem, obwieszonym równie czarnymi proporczykami, pełnymi trupich główek [...]. Ulicami łazi, kto chce i «jak ma ochotę», to znane". [8] 
Owszem, czytałam te słowa już po naszej wycieczce do Londynu i przed oczami stanęła mi scena uliczna, oglądana z piętra czerwonego autobusu: przejście uliczne, mnóstwo ludzi, a wśród nich jeden, prawie całkiem goły, tylko kostium Borata, do tego różowa peruka. Pies ze złamaną nogą się nie obejrzał, tylko my, jeszcze nie oswojeni z taką swobodą.
Językowo jeszcze ciekawie:  
"[...] młodzież czując piżmo nosem (bo nie należy mówić «pismo», a właśnie «piżmo», jak mnie pouczał Władysław Kopaliński!)". [9] 
Nie da się ukryć, piżmo można wywąchać z daleka, pismo raczej nie, tylko jakim cudem przekształciło się jedno w drugie?

I tak by można jeszcze długo czerpać garściami z tego bogactwa. Ta książka to nadzwyczaj udane gawędy o ludziach, z którymi Kobyliński był po imieniu. Przy czym raz opowiada o samych ludziach, innym razem o zdarzeniach z ludźmi, anegdoty, wspomnienia, gawędy, pełne ciepła, uroku. Do tego pisane pięknym literackim językiem, płynnym, potoczystym i swobodnym.
Jedyny minus egzemplarza, który mi się trafił, to pożółkłe strony i wyblakłe litery, wybitnie utrudniające czytanie. Powtarzam, jedyny minus.

Ocena: 5,5/6

---
[1] "Po imieniu" Szymon Kobyliński, Iskry, Warszawa 1985, s. 8
[2] Tamże, s. 10
[3] Tamże, s.12
[4] Tamże, s. 25
[5] Tamże, s. 25
[6] Tamże, s. 31
[7] Tamże, s. 75
[8] Tamże, s. 77
[9] Tamże, s.129

piątek, 22 stycznia 2010

"Wyżej niż kondory" Wiktor Ostrowski

Kiedyś trafiłam na biografię Wandy Rutkiewicz, spodobała mi się tak, że od tego czasu nie pogardzę, kiedy w moje ręce trafi coś traktującego o wspinaczach czy wspinaczce.

Literatura wysokogórska ma w sobie coś specyficznego. Jakąś lotność, szczerość, prawość. Tak, prawość, słowo prawie już archaiczne, ale wciąż (choć w sumie nie do końca wiadomo, czy wciąż) obecne i żywe wśród alpinistów, himalaistów oraz andynistów. Tych ostatnich bowiem dotyczy ta książka. Wiktor Ostrowski wraz z kolegami z klubu wyjeżdżają na drugi koniec świata, by zdobyć do tej pory niezdobyty szczyt Andów. Opisuje całą wyprawę od początku, czyli od zawiązania się pomysłu, poprzez organizację, planowanie, zbiórkę funduszy, podróż na miejsce, no i same wyprawy wysokogórskie, które tak naprawdę też w przeważającej części składają się z planowania. Ale nie obawiajmy się, również i wspinaczka jest opisana dokładnie, pięknie i szczerze. Dzień po dniu towarzyszymy grupie Polaków, zdobywających kolejne szczyty. Nie brakuje tam opisów przyrody, wiele jest o więzach przyjaźni, zdarzają się elementy komediowe, a także i dramatyczne. Z całego dzieła przebija przesłanie: w górach najważniejszy jest człowiek, nie rekord, nie zwycięstwo, nie wynik. Najważniejsze jest, by tyle samo osób zeszło ze szczytu, ile na niego weszło. Zresztą mówi o tym już samo motto autorstwa Wawrzyńca Żuławskiego, umieszczone na początku książki:
"Nie opuszcza się przyjaciela, nawet jeżeli jest już tylko zmarzniętą bryłą".
Ostrowski jest na to szczególnie wyczulony, gdyż wie, że w górach pomocna dłoń może uratować życie. W imię tej zasady doprowadza nawet do wycofania z rynku książki, w której dziennikarz opisuje wyprawę wysokogórską, podczas której zginęli ludzie. Zginęli, bo nikt na nich nie zaczekał, nie zainteresował się ich losem... Dziennikarz zaś (biorący udział w tej wyprawie) ubrał się w szatki bohatera, a tragizm tej wyprawy potraktował jako doskonały pretekst do napisania bestsellera. No, ale to tak na marginesie.

Istotą tej książki jest miłość do gór, więc jeśli ktoś kocha góry, niekoniecznie te wysokie, niekoniecznie ekstremalną wspinaczkę, po prostu góry - powinien sięgnąć po "Wyżej niż kondory".

Ocena: 5/6

czwartek, 21 stycznia 2010

"Maruta" Kazimierz Korkozowicz

Lubię kryminały i przeczytałam ich sporo, mnóstwo ich pałętało się na półkach w moim rodzinnym domu. "Maruta" to jeden z nich - ale bardzo, bardzo nietypowy.

Akcja bowiem toczy się w Warszawie, kiedy to Powstanie Warszawskie jest w toku. Przez miasto przedziera się oddział powstańców, dążąc do wyznaczonej kwatery. Są już prawie u celu, gdy nagle słychać strzał i jeden z nich pada martwy. Szok, żal, rozgoryczenie, wściekłość - oto jakie uczucia miotają żołnierzami, o tę śmierć nie w walce, a z ręki snajpera, o krok od bezpiecznego schronienia. Toteż nie należy się dziwić, że dowódca grupy, Bitny, podejmuje decyzję, by wytropić "gołębiarza". Po dotarciu na kwaterę i odpoczynku zabiera się do pracy, ma na to czas, gdyż czeka na rozkazy od dowództwa. Zabiera się do rozwiązania zagadki jak detektyw czy policjant: najpierw wizja lokalna, czyli przeszukanie ruin, skąd padł strzał, potem poznanie lokatorów kamienicy, gdzie się zatrzymali - gdyż wiele wskazuje na to, że sprawca kryje się wśród nich...
Nie tylko zagadka zabójstwa zaprząta głowę Bitnego, okazuje się bowiem, że w kamienicy mieszka Maruta, dziewczyna, którą znał i kochał przed wojną, a potem, kierowany mało zrozumiałymi pobudkami, porzucił. Teraz chciałby naprawić swój błąd, gdyż, jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje.
Towarzyszymy więc Bitnemu, gdy prowadzi śledztwo, widzimy, jak próbuje odzyskać dziewczynę, wzdrygamy się, kiedy padają kolejne strzały i kolejne osoby zostają zamordowane. W tle mamy zrujnowaną Warszawę, bitwy i potyczki, naloty bombowe, zejścia do schronów, wędrówki piwnicami czy też kanałami.
Kiedy dochodzi do konfrontacji między Bitnym a mordercą, historia nagle się urywa.
Nadmienić bowiem należy, że powieść ma budowę szkatułkową, o czym nie wspomniałam wcześniej. Istnieje osoba narratora, a wszystkie te zdarzenia opisane były w notatniku znalezionym przez narratora na podłodze w piwnicy domu w Warszawie. Zabrał go, przeczytał i przedstawił nam, czytelnikom. Istnieje też zakończenie tej historii, narrator bowiem po latach widzi na Mazurach żaglówkę nazwaną "Maruta". To nietypowe imię, nic więc dziwnego, że postanawia spotkać się z właścicielem łodzi i porozmawiać z nim. Spotkanie okazuje się bardzo owocne, ponieważ właściciel jest jedną z osób biorących udział w opisanych w notatniku wydarzeniach. Wyjaśnia to, co pozostało niedopowiedziane, narratorowi, a przede wszystkim nam.
Moim zdaniem to świetny kryminał, gorąco polecam.

Ocena: 5/6.

środa, 20 stycznia 2010

"Szkatułka z malachitu" Paweł Bażow

Jak to fajnie, że istnieje internet, allegro i tak dalej. No, ja wiem, że ogólnie z internetem jest fajnie, ale już wyjaśniam, o co mi chodzi.

Odwiedziła mnie kiedyś moja Mama, rozmawiałyśmy o książkach przy okazji wyciągania z regału różności, co to Mama ich nie czytała (zresztą zawsze rozmawiamy o książkach), i zgadało nam się jakoś o "Szkatułce z malachitu" Pawła Bażowa.
Mama zaczęła wspominać, że to takie opowiadania, stareńkie jak świat, klechdy rosyjskie, no i ona by to sobie przypomniała, a książka oczywiście zaginęła w odmętach czasu. Siadłam więc szybciutko do komputera i odpaliłam gugla. Jest! Tyle że niekompletna, jeden albo drugi tom, a jak jest całość, bo to wydano w dwóch tomach, to drogo jakoś (50 zł). Ale co tam, poczekałam, pojawiło się na allegro, 15 zł i moje!

Przeczytałam. Rzeczywiście, stareńkie. Ale urocze, jak się odfiltruje gdzieniegdzie natrętny leninizm, to zostają ludowe podania ludzi z Uralu, gdzie kopie się rudy przeróżne, miedź, żelazo, gdzie wydobywa się złoto i minerały. Malachit. Piękny zielony kamień...
A bajki takie jak z naszych kopalni i Skarbku, tylko bogatsze i bardziej kolorowe. Urocze. Stęchłe, ale urocze.

Mama się ucieszyła.

Ocena: 4/6.