poniedziałek, 16 listopada 2009

"Galapagos" Kurt Vonnegut


Uprzedzam, będą spojlery!

Dzięki uprzejmości Koali (kolega) mam okazję delektować się pozycjami ww autora. I jak go kiedyś nie lubiłam Vonneguta, tak teraz definitywnie zmieniłam zdanie.

Galapagos - historia o tym, jak ludzkość powstała na nowo. Pisana z punktu widzenia ducha, który nie chce odejść w zaświaty, bo go interesuje, co stanie się z ludzkością. Nową.
Futrzastą, z płetwami zamiast rąk, łowiącą ryby w oceanie.
Powstałą, bo na statku, który osiadł na mieliźnie u brzegów wyspy, było kilkoro ludzi. Kapitan, który myślał, że może być nosicielem nieuleczalnej choroby, nauczycielka, ciężarna Japonka, niewidoma Amerykanka i sześć małych dziewczynek. Ciężarna Japonka miała córeczkę, która urodziła się pokryta delikatnym futerkiem, dziewczynki dorosły, a nauczycielka sprawiła, że kapitan (choć tego nie chciał) stał się ojcem ich dzieci. I tak stała się ludzkość.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza