Nowy dla mnie podgatunek kryminału: kryminał botaniczny. Wzięłam, żeby sprawdzić, z czym to się je. Jeśli chodzi o botanikę, "Czarcie ziele" jest ekstra. Jako kryminał wypadł niestety blado.
Przewrotny tytuł "Nie lubię książek" zwrócił moją uwagę, a po zakupie zawartość okazała się po prostu świetna!
Hildur Rúnarsdóttir to islandzka policjantka, pracująca w rejonie Fiordów Zachodnich (to raczej oddalona od stolicy część Islandii). Sprawa kilku tajemniczych zgonów dostaje się właśnie jej, a w śledztwie pomaga jej obcokrajowiec Jakob, Fin, który przyjechał do Ísafjörður na praktyki w policji.
To jest kryminał, ginie młoda i piękna dziewczyna, niemalże zdekapitowana, a ekipa policyjna, czyli Monika, Marcin i Oskar szuka sprawcy. Intryga rozwija się niemrawo, bo autor uznał za stosowne najpierw uraczyć nas rozwlekłym i nudnym opisem drogi życiowej, celów i perspektyw każdego z ekipy, przeplatając opisy a to sceną bójki z alfonsem, a to fantazjami seksualnymi, a to czymś tam jeszcze, doprawdyż, wzdech. Mimo wszystko jakoś to się kulało do przodu, przymykałam oko na drętwy styl, na drobiazgowość (drodzy autorzy, nie trzeba koniecznie opisywać WSZYSTKIEGO, co robi bohater, naprawdę), no i ten głos pana Siemianowskiego - miękło mi serce i słuchałam.
Lucia Guerrero to charakterna babka. Właśnie prowadzi śledztwo w sprawie zabójstw młodych kobiet hiszpańskiej Galicji (nie wiedziałam, że w Hiszpanii jest Galicja, serio!), łączących się w ponury łańcuch zła. I nagle, niemalże w środku akcji pościgowej, przychodzi rozkaz z góry: "Guerrero, rzuć wszystko i (napraw rowerek*) biegusiem udaj się w inne miejsce, bo popełniono tam straszną zbrodnię".
Japońska szkoła, dzieciaki mniej więcej jak nasi szósto-ósmoklasiści, tradycyjnie znajdzie się tam paczka narwańców łobuziaków, tradycyjnie także grupka dziewczyneczek przyjaciółeczek - jak wszędzie.
Prym w paczce łobuziaków wiedzie Shoya Ishida, trochę bezczelny, trochę zwariowany, mocno egoistyczny i często bezkrytyczny. Ma się za ważniaka.