Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Moers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Walter Moers. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

"Jasioł i Mgłosia. Baśń z Camonii" Walter Moers


Znacie bajkę o Jasiu i Małgosi? Każdy zna! To jest to rodzeństwo, co w lesie sypało okruszki na ziemię, ale ptaki żarłocznie wyjadły okruszki i dzieci zgubiły drogę. Głodne trafiły na domek z piernika... i tak dalej.

U Moersa jest wariacja na ten temat. Niby to samo, ale wszystko inne. Jest śmiesznie, jest strasznie.

Dzieci to Jasioł i Mgłosia von Hachen, rodzeństwo z Fernhachii. Gubią się one w Wielkim Lesie Kolorowych Misów, gdzie nie można schodzić z ustalonych ścieżek, bo może być źle. I proszę - jest źle.

środa, 16 września 2015

"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers - wygrzebane z dna szuflady


W plikach na dysku znalazłam taki krótki szkic, nawet nie pamiętam, kiedy to pisałam, czyżby w 2008 roku?:

Widząc zapowiedzi następnej książki Moersa, zacierałam ręce: o, będzie kolejna uczta! Nie zawiodłam się. Moers kolejny raz daje popis literackiego kunsztu i kolejny raz przekonałam się, że jego wyobraźnia nie zna granic.

Miejscami krwawa i okrutna, to jednak daje nadzieję (jak każda bajka), że dobro zwycięża, a zło zostaje ukarane.

"Miasto ..."było dla dojrzałego czytelnika, "Niebieski Miś" dla dzieci, "Rumo..." jest dla młodzieży. Dziwiła mnie na początku ta kolejność wydawania, teraz już ją trochę rozumiem. Miasto miało podbić serca czytelników i znakomicie się z tego zadania wywiązało. Miś zaś miał pokazać, iż autor pisze dla szerokiego kręgu czytelników. Obie te książki przygotowały mnie na przyjęcie Rumo.


Tu się szkic urywa, nawet nie dopisałam, że Rumo jest Wolpertingiem (zresztą, czy to by wam coś powiedziało?) i że ma wyjątkowo czuły nos i że to, co mu się przytrafia, budzi całą gamę emocji. Ale za to znalazłam wpis z cytatem z tej książki, o przyjemności jedzenia opiekanych mysich pęcherzy.
Proszę, tu - > KLIK. 
P.S. O rany, po ile to teraz chodzi na allegro!


"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers, tłum. Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008.

wtorek, 10 marca 2015

"Labirynt Śniących Książek" Walter Moers

 Mało kto z moli książkowych nie zna "Miasta Śniących Książek"! Powieść ta, wydana w Polsce przed ośmiu laty, szturmem wzięła wszystkie bastiony książkomaniaków.  Wcale się nie dziwię, mnie też podbiła, zawierała bowiem to, co lubię bardzo: książki, powieści, autorzy, regały, biblioteki, regały, księgarnie - i tak można by jeszcze długo wymieniać. Od "Miasta..." się zaczął mój zbiór dzieł Moersa wydanych w Polsce - mam wszystkie na półce.

 Camonia, Camonia, Camonia!

Wiadomość, że ukaże się "Labirynt..." zelektryzowała mnie. Aaaa, czad, myślę sobie. Wracamy do Camonii, do Miasta, do książek, książek, KSIĄŻEK!

Teraz ci, którzy nie czytali "Miasta...", a mają to w planach, pomijają ten akapit. Żeby bowiem choćby odrobinę przybliżyć fabułę "Labiryntu...", muszę zdradzić, co się działo wcześniej. Główny bohater, smok - poeta, Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest świadkiem zagłady miasta i przeogromnych, ukrytych pod nim katakumb. Nie mówiąc już o tych wszystkich książkach... Wraca do domu i z godnością spoczywa na laurach, pisząc bardzo dużo i bardzo źle, przy tym pławi się w blasku sławy i kompletnie głuchnie na głos krytyki.

Z zapartym tchem czekałam na...

Tajemnicze wezwanie ściąga go jednak z powrotem do Miasta Śniących Książek, a tam... No właśnie, na to "a tam" czekałam przez całą książkę z zapartym tchem. I gdyby nie naturalna reakcja obronna organizmu, to bym się udusiła.
Przesadą byłoby stwierdzenie, że, w "Labiryncie..." nic się nie dzieje, ba, w końcu to dzieło ma 376 stron. Ale to, co się dzieje, to nie było to, na co czekałam! Hildegunst po prostu zwiedza Miasto Śniących Książek, a raczej to, co się z Miasta wykluło. Na  szczęście literatura wciąż stoi na pierwszym miejscu, ale są też inne formy działalności, w jakich mieszkańcy znaleźli upodobanie. Na przykład teatr.

O mato z córką, na temat teatru jest pół książki chyba! Odczułam przesyt. Autor ma wizję wielką, monumentalną wręcz. Nieszczęściem, nie umie się powstrzymać, by nie ujawnić czytelnikom wszystkich szczegółów i szczególików  tej wizji. To się nazywa napchać odbiorcę książką po dziurki w nosie. A co ma wspólnego teatr z literaturą?
[...] istnieje pewne dalekie pokrewieństwo między lalkami z teatru a antykwarycznymi księgami miasta, wiesz? Jedne i drugie pogrążone są w czymś w rodzaju magicznego snu tak długo, jak długo nikt ich nie używa, prawda? [...]Wszystkie ożywają w kontakcie z publiką".[1]

I tak kocham Moersa.

Czy to znaczy, że mi się nie podobało? Ależ skąd. Wszystko, co wychodzi spod pióra Moersa, podoba mi się (ani chybi znaczy to, że jestem rasową fanką jego twórczości). Tylko że akurat "Labirynt" podobał mi się mniej, przez to zapchanie oraz przez zakończenie książki. Takie wiecie, urąbanie siekierą, a nie zakończenie. Teraz mam czekać z wywieszonym jęzorem na ciąg dalszy.
O tym, że autor zakamuflował w tekście nazwiska znanych i sławnych ludzi związanych z literaturą (właściwie ogólnie ze sztuką), chyba pisać nie muszę, bo ten sam zabieg zastosował w "Mieście...". Tyle że tutaj dla ułatwienia na końcu książki jest malutka ściąga, tak żeby zachęcić do samodzielnego łamania głowy. Ale i tak, gdy trafimy na zdanie:
"I przeczytałem też wszystkie powieści Olyandera Conthura  o Herlosie  Olmshocku - dziesiątki razy!"[2]
to przecież wiemy, o co chodzi, prawda? To super pomysł i znakomity sposób na rozruszanie szarych komórek.

Na oddzielną wzmiankę zasługują rysunki Moersa. Drobiazgowe, dopieszczone, złożone z miliona malusieńkich kreseczek. Za tymi kreseczkami ukrywa się tylko ułamek wyobraźni autora. Ach, gdybyż tak i "Miasto..." i "Labirynt..." powstały w wersji graficznej! Cóż za pole do popisu!
Lalki z teatru. s. 197



Mała szpila na koniec.

Nie mogłam się oprzeć, by nie przytoczyć też tych słów:
"Stękałem i wzdychałem przy tej lekturze jak podczas wejścia stromą górską ścieżką w parny letni dzień z plecakiem pełnym kostki brukowej. Nigdy nie czułem się tak obarczony przez słowa, wręcz obciążony. Jakby to sam autor kurczowo trzymał się moich nóg, abym wlekł go za sobą przez jałową kamienną pustynię".[3]
To fragment z samego początku książki. Oj, szkoda, że pod koniec Moers o nim zapomniał i sam sobie na plecy zarzucił ładuneczek.


P.S. Wielkie ukłony dla pani Katarzyny, tłumaczki, która przełożyła książkę genialnie. 
---
[1]  "Labirynt Śniących Książek", powieść z Camonii autorstwa  Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, przekład z camońskiego i ilustracje Walter Moers, przekład z Waltera Moersa bez ilustracji Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014, s. 186
[2] Tamże, s. 103
[3] Tamże, s. 21

Bardzo dziękuję ze książkę Wydawnictwo Dolnośląskiemu!

niedziela, 14 marca 2010

"Kot alchemika" Walter Moers

Kolejna książka z cyklu camońskiego, wydana w Polsce z kompletnym chyba zignorowaniem kolejności pisania. Ale akurat w tym przypadku nie ma to większego znaczenia.

Mamy tu miasto Sledwaya, wyjątkowo dziwne miasto, gdzie królują choroby i niemoc. Mieszkańcy wciąż niedomagają, wciąż się leczą, a najliczniej reprezentowaną grupą zawodową w mieście są aptekarze. Za ten stan rzeczy odpowiada przeraźnik Eisspin. Gwoli wyjaśnienia - przeraźnik to jakby czarnoksiężnik, ale tłumaczka wierna była konwencji z poprzednich książek Moersa, gdzie zwykłe czarownice zostały przeraźnicami. Zaraz, nie całkiem czarnksiężnik, ale do tego jeszcze alchemik. Zły alchemik (a bywają dobrzy?), paskudny wręcz, okropny! Swoimi tajemniczymi sposobami rozsiewa po mieście trujące opary, zarazki i mikroby, zatruwa studnie, komponuje przerażającą muzykę, która powoduje wzrost samobójstw w mieście (jak przy halnym) - a do tego wszystkiego ma z tego kupę radochy. Uczciwy, pełnokrwisty czarny charakter jak się patrzy.

I taki typek natyka się na kotka, właściwie krotka (różni się od zwykłych kotków tym, że umie mówić) biednego, małego, zagłodzonego, bezpańskiego krotka. Już truchlejemy ze strachu, że zrobi mu coś okropnego, kopnie, zatłucze na śmierć czy coś. Ale oto przeraźnik bierze krotka na ręce i oferuje mu dom - szok, zaskoczenie, jak to?
Spokojnie. Wszystko w porządku, szwarccharakter jest szwarccharakterem, a przygarnięcie i uratowanie od śmierci głodowej krotka ma swój okrutny cel. Bohaterowie zawierają bowiem umowę: przeraźnik przez miesiąc będzie karmił krotka, a ten w zamian po upływie miesiąca da się ukatrupić. O, nie dla samego ukatrupienia! Szalony alchemik pożąda tłuszczu wytopionego z ciała upasionego kociaka, jest to wszak szczególna alchemiczna gratka.

Cały miesiąc towarzyszymy krotkowi podczas jego pobytu w domu Eisspina, obserwujemy jego rezygnację i apatię, a potem liczne zrywy  niepodlegościowe, do tego mamy sporą porcję smakowitości (Eisspin gotuje bowiem jak anioł) oraz wyjątkowo pouczające rozmowy więźnia i alchemika. Co stanie się, gdy upłynie rzeczony miesiąc, dowiecie się z książki (a akcja zawrotnie przyspiesza pod koniec, nie mogłam się oderwać), jeśli zdecydujecie się ją przeczytać, a polecam, polecam mocno.

Jedyny mankament, jaki mi pozostał z czytania, to to, że nie wiem,co to jest poszerowanie - słowo użyte, oczywiście, w kontekście kulinarnym, między passerowaniem a pralinkowaniem.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 1 lutego 2010

"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers

"Urs uniósł palec.
- Nawet najbardziej bywały w świecie smakosz - rozpoczął uroczystym głosem swą przemowę - nie jest przygotowany na prosty, a zarazem wyrafinowany smak fachowo przygotowanych mysich pęcherzy, gdy kosztuje ich za pierwszym razem. Cała sztuszka polega na nienaruszaniu pęcherza i pozostawienia go w całości, w trakcie wypełniania go poprzez kanaliki pęcherzowe farszem z mysiego mięsa. Aby tego dokonać, mięso musi zostać przekręcone przez maszynkę co najmniej trzydzieści trzy razy, aż rozdrobni się je do niemal płynnej masy, którą wygładza się dodatkowo kwaśną śmietaną i mysim tłuszczem, doprawiając kolejno sokiem z czosnku, rozpuszczoną w wodzie solą, sproszkowaną papryką i oliwą z oliwek. Niektórzy dodają jeszcze do tego kminek, ale ci ludzie to barbarzyńcy. Farsz nabiera się w strzykawkę do śmietany i wtłacza do wnętrza mysich organów, aż napełnią się całkowicie. Na koniec kanaliki pęcherzowe związywane są nicią kuchenną, aby sok pozostał w środku - z kącika ust poleciało Ursowi nieco śliny.
- Następnie na ciężkiej żeliwnej patelni rozgrzewa się w równych proporcjach masło oraz oliwę z oliwek i przez parę minut przypieka się mysie pęcherze, aż przybiorą złotobrązową barwę. Na koniec wędzi się je delikatnie na grillu opalanym korzeniami lukrecji i trzyma w cieple, aż do konsumpcji. I trzeba przy tym wiedzieć, że pęcherze południowoornijskiej Sikumyszy - jedynie z tych myszy wolno przygotowywać tę potrawę! - należą do najbardziej pracowitych organów trawiennych w camońskim świecie zwierząt. Ten pracowity gatunek myszy praktycznie nie robi nic innego poza sikaniem, co czyni ich pęcherze tak elastyczne i intensywne w smaku. Rozkosz skosztowania mysich pęcherzy po raz pierwszy równać się może z objawieniem."

---"Rumo i cuda w ciemnościach" Walter Moers, tłum. Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, s. 283-284

piątek, 3 lipca 2009

"Miasto Śniących Książek" - cytat


Buchlingi to są małe stworki, kolorowe, jednookie, żyjące w podziemiach Miasta. Opiekują się książkami, żyją dzięki nim i dla nich. Odżywiają się - czytając! Ano tak, poczytają trochę i czują się najedzone. W społeczności buchlingów jest tak, że każdy z nich wybiera jednego z pisarzy i uczy się jego twórczości na pamięć. CAŁEJ! Co w przypadku płodnych autorów przysparza nieco kłopotu (czasem się to czy owo myli), ale są twarde i uczą się do upojenia (albo do upadłego, jak kto woli). Dodać też trzeba, że buchling uczący się dzieł jednego twórcy przybiera tegoż twórcy imię. Wzruszający moment jest na końcu książki, gdy na scenę wchodzi mały buchling (scenę powieściową, oczywiście) i ...
- Chcieliśmy ci jeszcze... kogoś przedstawić - powiedzał Dancelot Dw i skinął w kierunku stojących a tyłu buchlingów.
Między buchlingami zrobiło się poruszenie i wypchnięto do przodu maleńkiego osobnika. Był bladozielonej barwy i przestępował z zakłopotaniem z nogi na nogę.
- Kto to jest?- spytałem.
- To jest... Hildegunst Rzeźbiarz Mitów - wysapał Golgo. - Nasz najmłodszy.
To już było za wiele. Łzy trysnęły mi z oczu.- Ale ja przecież jeszcze niczego nie napisałem - wyszlochałem.
- Zdajemy się... na ciebie - powiedział Golgo. - W największym napięciu będziemy oczekiwać na twoją pierwszą książkę.