Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 czerwca 2022

"Dziunia, ale dama. Opowieść o Hance Bielickiej" Katarzyna Droga

 


Hanka Bielicka - świetna aktorka komediowa.  Znana wielu, no, może młodzieży nie, ale moje pokolenie z pewnością ją zna i  lubi. Spodziewałam się biografii, a dostałam bardzo barwną, żywą i kwiecistą opowieść o życiu tej fantastycznej babki. 

To historia dobrze osadzona w czasie i rzetelnie opisana. Wiemy, dlaczego i gdzie uciekali rodzice Hanki jeszcze przed jej narodzeniem (przed Niemcami na wschód, w 1915 roku) i jak to się stało, że Hanna urodziła się na  Ukrainie.  Po trzech latach znów musieli uciekać, tym razem przed rewolucją w Rosji - szczęśliwie rodzinie Bielickich udało się dotrzeć do rodzinnej Łomży i tam osiąść.

czwartek, 21 marca 2019

ŚBK: Moje ulubione seriale


Dziś będzie o filmach rozciągniętych do granic możliwości, czyli serialach. Gdy padła propozycja (wiecie, takie nasze wewnętrzne ustalenia: to o czym piszemy w tym miesiącu?) seriali, trochę westchnęłam, trochę wzruszyłam ramionami, bo co ja tam mogę napisać o serialach? Lwia część populacji zachwyca się Netflixem, rzucając tytułami, które są mi kompletnie nieznane (dacie wiarę na przykład, że nie obejrzałam ani kawałka "Gry o tron"?)
Na szczęście nie muszę być przeraźliwie nowoczesna i mogę sięgnąć do zamierzchłych czasów.

No to lecimy.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

"Morderstwo w Orient Expressie" - książka czy film?


Taką oto książkę wyjęłam niedawno ze skrzynki. Jedna przesyłka, a tyle radości!
  • po pierwsze: filmowa okładka; zwykle nie lubię, ale ta jest świetna,
  • po drugie: wąsik, czaderski wąsik,
  • po trzecie: otwieram i patrzę, a tu Marta Kisiel jako tłumacz; jak miło zobaczyć znajome nazwisko!
  • po czwarte: uprzejmy list.
Działania promocyjne odniosły skutek, bo wybrałam się na film. Poniżej pozwolę sobie napisać (wiem, trochę chaotycznie) parę słów na ten temat. 

czwartek, 17 września 2015

"Marsjanin" Andy Weir


Dobra dusza pożyczyła mi książkę, dobrej duszy należy się wpis o tym, czy mi się podobało, czy nie.
Czy jest na sali ktoś, kto nie wie, o czym jest ta książka? Mam wrażenie, że recenzji w blogosferze przewinęło się tyle, że wszyscy już się orientują, jak można zamieszkać na Marsie.

No właśnie, jak? Trzeba mieć pecha. Tak jak Mark Watney, bohater książki, członek wyprawy  na Marsa. Utknął sam, samiuteńki jak palec, na Czerwonej Planecie, a reszta załogi zwinęła się i odleciała, mając go za martwego. Co Mark może zrobić na Marsie, żeby przeżyć, nie zwariować i do tego wrócić do domu?

Ooo. Dużo. I to właśnie robi. A cokolwiek robi, to opisuje to w swoim dzienniku - i to już jest pierwszy krok, żeby nie zwariować. Drugi krok to opracowanie Planu Przeżycia i Powrotu na Ziemię. Trzeci to dołożenie wszelkich starań, żeby nie dać się zabić pustynnej i niegościnnej planecie.
Jednocześnie z jego misją na Ziemi rusza pełną parą praca, by Marka ściągnąć do domu (ktoś tam w końcu dopatrzył, że on żyje) i tak sobie czytałam wahadłowo, przeskakując z Marsa na Ziemię i z powrotem.

Bardzo mi się podobała ta atmosfera solidarności międzyludzkiej, tego, że dla jednego człowieka angażuje się wszystkie siły. Bo swoich się nie zostawia, jak już orzekł dawno temu Lem w "Niezwyciężonym".
Podobał mi się też Mark, facet, którego lubi się od pierwszego wejrzenia i za którego trzyma się kciuki (lubię trzymać kciuki za kogoś w książce) tak mocno, że aż kostki bieleją. Co prawda były momenty, że w swoim dzienniku przynudzał, ale mu wybaczam. Kto nigdy nie przynudzał, niech rzuci ziemniakiem.

To książka dynamiczna, z mnóstwem technicznych szczegółów podanych w wysoce przystępny sposób.Pełno w niej czerwonego marsjańskiego pyłu i pełno w niej życia. Ma się dobrze czytać i dobrze się czyta.

Niebawem pojawi się film! Już wiadomo, kto będzie grał Marka, to Matt Damon. Dobry wybór? A może ktoś inny byłby lepszy?

Marsjanin [Andy Weir]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 20 czerwca 2014

"Łowca androidów: Słowa i obrazy" Andrzej Tuziak - dla miłośników Dicka


Dopiero co pisałam o najpiękniejszej scenie z filmu - to scena z "Łowcy androidów" - aż tu nagle znienacka i niespodziewanie wpadła mi w ręce książka "Łowca androidów: Słowa i obrazy".

Teraz dygresja. Mam wrażenie, że książki same wpadają mi w ręce. Nic już staram się nie kupować, a gdzie wyjdę, to z książką wracam. No dobrze, spotkania blogerów książkowych czy biblionetkowiczów, tu nie można się dziwić; ale spotkania pod szyldem Pelikana, producenta piór wiecznych? A jednak! Jeden z użytkowników forum o piórach popełnił to dzieło, za co jestem mu zobowiązana, bo z przyjemnością czytałam. Świetna książka! Ale uwaga - dla maniaków i zapaleńców. Albo co najmniej miłośników książki i filmu.

Tak naprawdę Andrzej nie pisze ani o książce, ani o filmie, tylko o tym, jak powstawał scenariusz do filmu, przepraszam, liczba mnoga, scenariusze. Śledzi po kolei  wersje, a było ich niemało, zagląda przez ramię scenarzystom, porównuje i analizuje, przemyca przy tym wiedzę nieznaną laikom, czyli jak się konstruuje scenariusze, rozkłada mocne punkty, wprowadza postacie. Ani przez chwilę nie nudzi - czego się odrobinę obawiałam, bo moja wiedza na temat scenariuszy jest wybitnie podstawowa: wiem, że są. No, teraz już wiem troszkę więcej.

Świetnie się bawiłam czytając. Znów pozastanawiałam się nad jednorożcem. Rozstrzygnęłam, czy gołąb powinien ulatywać w niebo czyste czy zachmurzone. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że nigdy nie zastanawiałam się nad jajkami! A przecież w świecie, gdzie żywe zwierzę było na wagę złota, jajka też niewątpliwie były rzadko spotykane, dlaczego więc nonszalancko gotowano je sobie na śniadanko? Ok, jajka były epizodem, wybaczam sobie, mogłam przeoczyć. Ale tytuł?! "Łowca androidów" - a skąd androidy, skoro w całym filmie konsekwentnie używana jest nazwa "replikanci"? No właśnie...

Notabene gorąco popieram Dicka (nie chciał wstawiać w tytuł książki "Blade runnera", tylko zostawić "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?") i sprzeciwiam się nazywaniu książki tytułem filmu. To dwa odrębne byty! I żadna to adaptacja czy ekranizacja, od lat z upodobaniem używam (tylko w stosunku do tego jednego filmu) określenia "wariacja na temat". Autor używa  "inspiracja". Uśmiechnęłam się. Też ładne i chyba chodzi o to samo.

Rozanieliłam się całkiem, gdy trafiłam w podsumowaniu na to:
"I to jest właśnie takie interesujące, że analizując film nie docieramy do konstatacji, że w przyszłości świat ulegnie zagładzie z powodu nadmiernie rozwiniętej technologii, ale dochodzimy do wniosku, że ludzka natura potrafi wygrać nawet ze sztucznymi konstrukcjami jak replikanci".[1]  s154

Ach, popędziłam do półki z Lemem, szybko przerzuciłam kartki i znalazłam!
"Więc, w takim rozumieniu, człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym, czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją - czy nie tak? A zatem należy iść we współzawodnictwie - na słabość? To znaczy: znaleźć sytuację, w której słabość i ułomność człowieka jest lepsza od siły i doskonałości - nieludzkiej..."[2]

Jeszcze jeden plusik - jak ktoś dawno filmu nie widział czy też książki nie czytał, to może to wszystko sobie przypomnieć dzięki streszczeniom zamieszczonym na końcu książki. Brawo.

Jedyne, co mi się nie podobało, to układ tekstu na stronie, czyli robota pana od typografii. Margines z lewej  (na wszystkich stronach) jest ok, ale zaczynanie nowego akapitu w miejscu, gdzie kończył się ostatni wers poprzedniego akapitu jakoś nie spodobało mi się wizualnie, ale to przecież pikuś.

Mocno polecam miłośnikom Dicka. MOCNO.


---
[1] "Łowca androidów: Słowa i obrazy" Andrzej Tuziak, Instytucja Filmowa "Silesia-Film", Katowice 2014, s. 154.
[2] "Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisław Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 286.

środa, 14 marca 2012

"Audrey. Osobisty album Audrey Hepburn" Suzanne Lander - dla fanów Audrey obowiązkowo!


Kupiłam dla mamy, fanki Audrey, ale zanim jej dałam, nie omieszkałam sama przejrzeć. Album, jak sama nazwa wskazuje (a właściwie nie, ale mniejsza z tym) zawiera zdjęcia, tekstu tam niewiele, więc trzeba przede wszystkim oglądać.

Wynotowałam sobie plusy i minusy.
Plusy:
Piękne wydanie, znakomitej jakości papier, twarda, ale puchata oprawa (takie teraz są modne, prawda?), cudowny kolor stron (kolor jesiennych liści) oraz niektóre podpisy pod zdjęciami. No i same zdjęcia, w 99% pochodzące z filmów z udziałem Audrey. Ten 1% to jakieś zakulisowe czy "nagrodowe".
Minusy:
Literówki - mało, bo może ze dwie sztuki, ale jedna z nich taka, że całe zdanie stało się dla mnie nieczytelne. Brak chronologii, zdjęcia są pomieszane jak radosny groch z kapustą. Brak zdjęć osobistych (ja tak rozumiem prywatne fotki), a tytuł wszak wskazuje, że powinny być. Jedno zdjęcie zostało zdublowane, z innym podpisem. No i dziwne sprawa z powodami odrzucenia przez Audrey roli Anny Frank. Raz pod fotką napisano, że trzydziestoletnia aktorka nie chciała grać czternastoletniej dziewczynki, a w innym miejscu napisano, iż Audrey nie chciała zarabiać (gażą aktorską) na tragedii.

Ale i tak warto było kupić, bo to przepiękny album! Mama była zachwycona.

P.S. Zapomniałam wcześniej dopisać: niech modowe piekło pochłonie tych, którzy wylansowali modę na grube, proste i mocno zaznaczone brwi. Wyjątkowo oszpecają Audrey, ona ma za delikatną buzię do takich brwi!
Porównajcie sami:


"Audrey. Osobisty album Audrey Hepburn" Suzanne Lander, tłum. Weronika Berezowska, Jan Bolanowski, Wydawnictwo Buchmann, Warszawa 2012.

środa, 4 sierpnia 2010

"1001 filmów, które musisz zobaczyć" pod red. Stevena Jaya Schneidera

Nie uważam się za filmomaniaczkę, ale lubię dobre kino, toteż z przyjemnością wzięłam do ręki opasły tom. Postanowiłam bowiem sprawdzić, ileż to z tych tysiąca zachwalanych filmów znam i ile jeszcze przede mną. Z obliczeń wynikło, że obejrzałam 170 tytułów. A z lektury (pobieżnej, bo dokładne przeczytanie tej prawie tysiącstronicowej książki odłożyłam na później) wyciągnęłam kilka wniosków.

Po pierwsze, chętniej czytałam o filmach mi znanych, oczywiście konfrontując (a czasami przypominając sobie) swoje wrażenie z seansów z tym, co napisano w książce. Pamiętacie film Rejs i Mamonia? "Proszę pana ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę." No właśnie!

Po drugie, mam wrażenie, właściwie miałam, że autorzy uprzywilejowali w zestawieniu kino amerykańskie. Wrażenie przeszło mi nieco, gdy uprzytomniłam sobie, jak wiele pojawiło się w książce filmów z wszystkich stron świata. Po prostu w Ameryce wyspecjalizowali się w robieniu filmów i kręcą ich diablo dużo, nic dziwnego, że w statystykach wypadają znakomicie.

Po trzecie, każdy film opisany jest ciekawie i na pewno nie są to zwykłe streszczenia, tylko krótkie opisy plus wskazanie, dlaczego akurat ten film warto obejrzeć: bo nowatorski, bo fantastyczne zdjęcia, bo aktorzy, bo klimat, bo scenariusz, bo... itd.

Po czwarte: podczas czytania, a właściwie już po, ma się milion myśli w stylu: dlaczego taki (tu wstawić dowolny tytuł z zestawienia) film jest w wykazie, oglądałam go i wcale nie jest za specjalny, a taki świetny (tu wstawić dowolny tytuł, ale nie z zestawienia) jest pominięty. To jest świetne, bo prowokuje do analiz, porównań, przemyśleń. Kwestie wyboru tytułów tych "naj" zawsze należą do wybierających i nie ma co rzucać w nich kamieniami.

Po piąte, zauważyłam rzecz dziwną, czasem łapałam się na tym, że nie wiedziałam, czy dany film oglądałam, czy też nie! Dotyczy to tych klasycznych tytułów, tak znanych, że doskonale wiem, o co w filmie chodzi, znam bohaterów i poszczególne wątki - ale czy obejrzałam go kiedyś w całości od początku do końca - nie wiem! Na przykład "Siedmiu samurajów" Kurosawy - wiem na pewno, że kiedyś widziałam początek, ale czy całość? Albo "Tramwaj zwany pożądaniem" czy "Buntownik bez powodu", też są dla mnie zagadką.

Po szóste, naprawdę polecam, także ze względu na zdjęcia z filmów, osobiście uwielbiam oglądać fotosy filmow, a tu jest ich mnóstwo, niektóre na cała stronę, miodzio!

Ocena: 4,5/6.

wtorek, 2 lutego 2010

"Wybawienie" James Dickey

W ramach wyzwania czytelniczego sięgnęłam po "Wybawienie". Oczekiwałam czegoś w stylu "Przeminęło z wiatrem", plantacje, niewolnicy, rasizm, niesprawiedliwość i tak dalej - no bo amerykańskie południe. Nie nie, to zupełnie nie to. Dostałam kawał porządnej, mocnej historii, pełnej emocjonujących momentów.

Czwórka przyjaciół wybiera się na spływ rzeką, Jeden z nich to prowodyr, to on namawia pozostałych. Lewis, bo tak ma na imię, jest gorącym orędownikiem kultu przetrwania, kultu siły. Zawzięcie ćwiczy, doskonaląc swoje ciało. Trenuje łucznictwo, namawiając do tego przyjaciela Eda. Ba, buduje nawet w ogrodzie schron przeciwatomowy! Jego dewizą jest przeżyć, przetrwać, dzięki sobie, własnym siłom, własnej determinacji. Nic dziwnego więc, że wyjazd w dziką głuszę jest dla niego nie lada gratką, okazją do zaprezentowania swoich umiejętności, chociaż przede wszystkim dla czwórki przyjaciół ma to być miła odskocznia od miejskiego, nudnego życia.
I była, na początku.
Potem mamy brutalny napad i wszystko się zmienia. To już nie bajka, to twarda walka o przetrwanie, odrzucenie wpojonych przez cywilizację wartości, zostaje tylko instynkt, instynkt życia. Ale o dziwo, to nie Lewis wiedzie tu prym, ale Ed. Cichy, miły, zwyczajny facet z konieczności przeobraża się w zawziętego, bezwzględnego mężczyznę. I tak najbardziej to właśnie o tę przemianę tu idzie, o to, czego jesteśmy w stanie dokonać, gdy ktoś zagraża nam, naszej rodzinie, przyjaciołom. Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć? Jak szybko możemy otrzepać z siebie cywilizacyjny kurz i wyciągnąć z zanadrza maczugę? Czy łatwo nam to przychodzi? I czy to doświadczenie pozostanie bez śladu w naszej psychice?
Wiele pytań, odpowiedzi znajdziecie w książce.
.
P.S. Na podstawie książki nakręcono film "Uwolnienie". Nie widziałam, ale jeśli będę miała okazję, chętnie obejrzę.

Bonus: słynna scena z filmu:

sobota, 12 grudnia 2009

"Wiele hałasu o nic" William Szekspir

Dawno temu obejrzałam ekranizację sztuki Szekspira "Wiele hałasu o nic" w reżyserii Kennetha Branagha. Spodobało mi się niezmiernie, cudo, śliczności, miód i perełki.

Zapamiętałam Emmę Thompson jako Beatrice o ciętym języku, Denzela Washingtona, no i oczywiście Branagha jako Benedicka. Zajrzałam na filmweb, głównie po to, by poprzeglądać galerię zdjęć, potem trafiłam na zakładkę reżysera, o, no proszę, okazało się, że Kenneth był żonaty z Emmą w czasie, gdy film był kręcony - czyżby stąd wzięła się ta chemia między nimi na ekranie?

Branagh to miłośnik Szekspira. Faktycznie, trzeba miłośnika, by wziąć na warsztat to dzieło mistrza i uczynić z niego przemiły, słoneczny, rozświetlony, dowcipny film. Albowiem sztuka Szekspira wcale taka nie jest. To raczej nudna historyjka o intrygach miłosnych pomiędzy parą, która chyba tak naprawdę wcale się nie kocha. Na okrasę mamy drugą parę, która też się nie kocha, ale się czubią, więc się lubią. Czarne charaktery są również, zaraz, właściwie to skąpo ich, bo jeden taki porządnie czarny. No i dla śmiechu kilka gamoni, co to się jąkają i plączą wyrazy.

 Więc tak - najpierw przeczytajcie książkę, żeby było wiadomo, o co chodzi, a potem szybciutko poszukajcie filmu i rozkoszujcie się fantastyczną ucztą.

 P.S. Tak, hrabiego Claudia gra dr Wilson :D 

Wiele hałasu o nic [William Shakespeare]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE