Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry McMurtry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry McMurtry. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 grudnia 2021
"Ulice Laredo" Larry McMurtry
Co za zaskoczenie! Określiłam kiedyś powieść "Na południe od Brazos" mianem westernu absolutnego. Po przeczytaniu "Ulic Laredo" dotarłam do posłowia Michała Stanka i dowiedziałam się, że McMurtry wcale nie chciał pisać westernu, tylko odbrązowić zdobywanie Dzikiego Zachodu, pokazać prawdę, krew, ból i śmierć. To wszystko tam było, ale było też o wiele więcej i pewnie dlatego czytelnicy powieść o Brazos odebrali mocno westernowo. Toteż Larry pomyślał: "Ludzie, niczego nie zrozumieliście. Napiszę jeszcze raz to samo, tylko bardziej, żebyście pojęli, o co TAK NAPRAWDĘ mi chodziło" i napisał "Ulice Laredo".
poniedziałek, 10 lutego 2020
"Ostatni seans filmowy" Larry McMurtry
Lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, Stany Zjednoczone, Teksas, miasteczko Thalia. Nie sprawdzałam na mapie, czy rzeczywiście istnieje, ale właściwie to mogłoby być każde wystarczająco senne, nijakie i zakurzone miasteczko w Teksasie.
środa, 21 lutego 2018
ŚBK: Największe grubasy w mojej biblioteczce
poniedziałek, 8 grudnia 2014
"Na południe od Brazos" Larry McMartry - western absolutny
Piszę, ponieważ czuję się wywołana do tablicy przez Bibliomiśka. Pytał, czy będzie tekst. No i czuję się nieco zobowiązana wobec niego, bo tylko dzięki niemu udało mi się przeczytać książkę do końca. Muszę się bowiem przyznać, że zaczynałam to ze trzy razy i wciąż się zacinałam na niebieskich świniach i dalej już nie szło. W końcu musiałam oddać pożyczony egzemplarz, za długo już trzymałam - i nie było już widoków na sukces. Aż wreszcie Bibliomisiek wygłosił/napisał zdanie, które mnie zmobilizowało. Zaczęłam czytać po raz czwarty.
Gdy już się przedarłam przez świnie, a potem z nich otrząsnęłam, zaczęłam się rozglądać po powieściowym świecie. O rany, szaleństwo, oszołomił mnie!
Po pierwsze krajobrazy. Ponieważ akcja powieści dzieje się na terenie całych Stanów Zjednoczonych (oto mapka podesłana mi przez Michała), "oglądałam", jak bohaterowie jadą od pustynnych, spalonych słońcem terenów graniczących z Meksykiem, aż po zimne i zlodowaciałe pola w Kanadzie.
Po drugie fabuła. Najkrócej można określić "Na południe..." mianem powieści drogi. Oto grupka kowbojów przeprowadza stado bydła (i kilka niebieskich świń, które są nie do zdarcia) znad granic Meksyku aż do Kanady, licząc na sowity zysk. Brzmi prosto? Niech brzmi. Nie jest prosto.
Po trzecie - i najważniejsze - postacie i relacje między nimi. To zdecydowanie najsilniejsza i najlepsza część powieści. Autor poświęca im mnóstwo czasu, zarówno na bieżące opisy, jak i na to, by sięgnąć w przeszłość i na podstawie dawnych zdarzeń objaśnić, dlatego ten czy ów zachowuje się tak czy owak. Dzięki temu poznałam wszystkich bohaterów tak dokładnie, jakby byli moimi sąsiadami, zżyłam się z nimi, jednych polubiłam, innych nie, za niektórych trzymałam kciuki, dawałam dobre rady i zżymałam się strasznie, że ich nie słuchają, a przynajmniej nie zawsze.
Przybliżę odrobinę fabułę i bohaterów. Oto na pograniczu żyją sobie Kapelusznicy: kapitan Woodrow Call i Augustus McCrae. Zatrudniają Murzyna Deetsa, byłego podkomendnego, kaprala PE, starego kucharza Bolivara i młodziutkiego Newta - razem tworzą przedsiębiorstwo zajmujące się głównie handlem bydłem. Handel polega na tym, że od czasu do czasu wybierają się za granicę, kradną stado krów (wcześniej te krowy ukradli Meksykanie) i sprzedają je po swojej stronie. Nierzadko prawowitym właścicielom. Robota nudna, co niektórym zaczyna doskwierać. Bo co tu robić, jak rozrywka to knajpa w pobliskiej miejscowości z jedną atrakcją - czyli piękną prostytutką Loreną.
Toteż kiedy do chłopaków przybywa Jake Spoon, ich były kompan i namawia ich na karkołomne, ale z pewnością intratne przedsięwzięcie, decydują się na porzucenie nudnego, choć na pewno nie leniwego życia. Gromadzą ogromne stado bydła i ruszają na wyprawę, przez cały kraj, żeby sprzedać stado po drugiej stronie USA. Wiecie, co może się zdarzyć podczas takiej wędrówki? O rany. Burza z piorunami. Napaść Indian. Spotkania z bandziorami. Spotkania ze stróżami prawa. Porwania. Rozstania. Powroty.
Niby to tylko gładkie słowa, które autor poukładał w odpowiedniej kolejności, ale te akurat słowa, a może ta właśnie kolejność - mają wielką moc. Nie mogłam się oderwać, zaciskałam pięści z bezsilności, gdy Indianie porwali Lorenę, miałam ochotę trząść Spoonem jak gruszką, gdy okazało się, jak mało w nim serca. Żywiłam... co ja piszę, wciąż żywię do Augustusa szczery podziw i szacunek, no i co z tego, że to bohater literacki? Ale trochę się zagalopowałam, popadając w zachwyt, a chciałam jeszcze opowiedzieć trochę o książce, a raczej o jej bohaterach.
Jest w niej kilka wyraźnie zarysowanych wątków. Najmocniejszy to wątek Loreny. Prostytutka z baru w Longsdale, wiecznie nieobecna myślami, nieco zrezygnowana i przygaszona, a do tego świeża (tak, tak) i piękna - nagle nabiera wiatru w żagle, gdy Jake ofiaruje się zabrać ją z tej zakurzonej dziury gdzieś do wielkiego miasta, korzystając z wędrówki Kapeluszników. Lorenie ta podróż wcale nie wychodzi na dobre... przeżywa straszliwe chwile. Mocny wątek, choć kobieta delikatna.
Kapitan Call. Ooo, ten to jest naprawdę pełen sprzeczności. Małomówny, twardy, wszelkie uczucia ukrywa wyjątkowo skutecznie. Wkurzał mnie. Jak można być tak wyjątkowo twardogłowym kowbojem, by odmawiać słowa wyjaśnienia komuś, kto na takie słowa czekał całe życie?
Augustus, bez wątpienia najbardziej prawy człowiek, jakiego poznałam na kartach książki. Szlachetny bez patosu, wielkoduszny, gadatliwy, szczery, hojny. Facet, który po prostu wie, co dobre, wie, co należy zrobić w danej chwili i po prostu to robi, bez ociągania się i oglądania na innych. Wspaniały jest też wątek Augustusa i jego dawnej miłości Klary. Klara jest bystrą i silną kobietą, zbyt bystrą, by przed laty poślubić Augustusa. Wciąż jednak, po wielu latach, coś między nimi iskrzy.
Mamy tu jeszcze historię szeryfa ścigającego Jake'a za zabójstwo; historię żony szeryfa zbiegłej z łowcą bizonów, historię wyjątkowo podłego Indianina Sinego Kaczora.... Jak widać, jest co czytać, to wszystko się ze sobą splata i zazębia. Jak raz się wpadnie w sidła tej powieści (pod warunkiem, że się przebrnie przez nieszczęsne świnie), to nie można się wyrwać, aż do ostatniej strony.
Na czym polega fenomen tej powieści? Och, gdybym tylko była nieco bardziej literacko wyedukowana, zapewne umiałabym odpowiedzieć na to pytanie. A tak to tylko mogę przypuszczać, że chodzi o tych ludzi, którzy na kartach książki najzwyczajniej ożyli: kochali się, nienawidzili, walczyli ze sobą i z wrogami, nadstawiali karku za przyjaciół, pędzili bydło w tumanach kurzu... Robili wszystko to, co robić powinni.
Tak na koniec, dla tych, którzy dotarli aż tutaj, dodam, że Larry wymieniony był w książce "Rodeo" Keseya i Babbsa. Tamta powieść podobała mi się bardzo i oceniłam ją na szóstkę. Ta natomiast bije ją na głowę. I jak mam ją ocenić? Na siódemkę w sześciostopniowej skali? ;)
Larry McMurtry, „Na południe od Brazos”, tłum. Michał Kłobukowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1991
Subskrybuj:
Posty (Atom)