Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siergiej Łukjanienko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siergiej Łukjanienko. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 kwietnia 2011

"Czystopis" Siergiej Łukjanienko (o matko)


Uwaga, jeśli ktoś ma dopiero w planach zapoznanie się z dylogią Łukjanienki, to niech lepiej nie czyta poniższego, bo nie pilnuję spoilerów, elementów istotnych dla rozwoju treści i tak dalej. A to z bardzo prostego powodu: napisanie czegokolwiek o tej książce jest dla mnie bardzo trudne.

Dalsze losy Kiryła, znanego mi z "Brudnopisu" celnika pomiędzy światami, zbuntowanego uciekiniera - są tak straszliwie nudne, że kompletnie mnie nie zainteresowały.
Miota się ten biedny Kirył to tu, to tam, czasem włącza mu się funkcyjny "cyfral"*, czasem polega tylko na własnym sprycie. Najpierw ucieka przed ścigającymi go funkcyjnymi, potem sam zaczyna szukać - ale czego? Jądra ciemności, siedziby zła? I czy znajdzie?
Do licha, nie wiem, chociaż książkę, okropnie ziewając, doczytałam do końca.

Mogłam sobie darować.

Dorzucam malutki plusik za rosyjskie klimaty.

* - "cyfral" grzędowiczowski, oczywiście.

sobota, 6 lutego 2010

"Brudnopis" Siergiej Łukjanienko

- Gdybym był braćmi Strugackimi - zaczął - to wymyśliłbym... wymyśliłbym, że jest pan człowiekiem niepotrzebnym, nikczemnym... Przepraszam pana bardzo, ja tylko tak dla przykładu.
- To nic, niech pan mówi dalej - poprosiłem.
- I oto samo życie, sama rzeczywistość zaczęła pana usuwać ze świata. Stopniowo zacierają się pańskie ślady: najpierw dokumenty, potem wspomnienia przypadkowych znajomych, potem wspomnienia przyjaciół i krewnych. A skończyłoby się to... - Zawahał się, a potem skinął głową. - Skończyłoby się tym, że stałby się zapomnianym przez wszystkich widmem. Mniej więcej.
- Dziękuję - powiedziałem, czując dziwną suchość w ustach. - A jakieś inne warianty?
- Oczywiście! - zawołał radośnie Mielnikow. - Gdybym był Głobaczowem, wymyśliłbym, że Ziemię atakują kosmici. W ten właśnie sprytny sposób przygotowują sobie placówkę: usuwają człowieka z życia, usuwają pamięć o nim, zamieniają papierki i pańskie miejsce zajmuje agent wrogiej cywilizacji. Wszystko skończyłoby się tym, że my, Ziemianie, zaczęlibyśmy z nimi walczyć, wdarlibyśmy się na ich planetę i dali im łupnia.
Ta wersja brzmiała bardziej optymistycznie, ale nie bardzo wierzyłem we własne możliwości zastraszenia kosmicznych najeźdźców.
- Gdybym nazywał się Zarow - kontynuował Mielnikow - to byłby pan małym chłopcem albo naiwnym młodzieńcem i w ten sposób obca cywilizacja testowałaby pańską odporność. Ta cywilizacja nie byłaby tak wredna jak u Głobaczowa, ale również mało sympatyczna. Zmężniałby pan, zahartował się w walce, dał wszystkim łupnia i przy okazji zyskał wszechpotęgę, ale zrezygnował z niej z niewiadomych powodów.
- No, tu już mój wiek mnie ogranicza - powiedziałem. - A dalej?
- Gdybym nazywał się Welesow - rzekł w zadumie Mielnikow - to w ten sposób przygotowałby się pan do przejścia do innego świata: z którego przybył pan w niemowlęctwie. Byłby to świat pełen różnych bogów, potworów i magów. Pan byłby pewnie bogiem albo bohaterem i...
- Dałbym wszystkim łupnia - domyśliłem się. - I zajął należne mi miejsce.
- Tak jest. Ale potem doszedłby pan do wniosku, że istnieją jeszcze więksi bogowie, i zacząłby pan z nimi walczyć.
- A jakieś inne wyjście? - zapytał Kotia. Zdaje się, że lubił fantastykę, dlatego uśmiechał się zadowolony, patrząc na Mielnikowa.
- Gdybym nazywał się Ochotnikow, niczego bym nie wyjaśniał. - Mielnikow uśmiechnął się złośliwie. - Obrywałby pan od wszystkich, którzy tylko mieliby ochotę panu przyłożyć. Długo by pan cierpiał, aż w końcu zrozumiałby, że trzeba zacząć życie od czystej karty. Zacząłby pan od początku zdobywać wszystko w życiu, na nowo zdobywalby pan miłość kobiety, która o panu zapomniała.
- Nie bardzo mi się to podoba - przyznałem.
Kotia zachichotał.
- Gdybym nazywał się Czudow - Mielnikow zmrużył oczy - to byłby pan macho. Inteligentem o wnikliwej znajomości otoczenia i z manierami sierżanta. Zła dziewczyna wylałaby na pana zawartość nocnika, gliniarze długo biliby pana pałkami, ale pańska siła ducha przezwyciężyłaby wszystko.
Kotia parsknął śmiechem.
- Gdybym był małżeństwem Inoczenko... - Mielnikow zastanawiał się chwilę - ...to podobne rzeczy działyby się z ludźmi regularnie, wszyscy by na nie czekali i przygotowywali się do nich. Ale najprawdopodobniej byłby pan wtedy dziewczynką albo młodą dziewczyną. Wszystko skończyłoby się smutno, ale optymistycznie.
Kotia rżał na cały głos. Mimo woli uśmiechnąłem się.
- Gdybym był młodym i ambitnym autorem Wasią Pupkinem, to pobawiłbym się z religią - kontynuował Mielnikow. - Na przykład, uczyniłbym z pana współczenego Hioba, którego Bóg doświadcza, zasypując do nieszczęściami. Będąc na pana miejscu, spodziewałbym się jeszcze problemów ze zdrowiem, milicją i światem przestępczym.
- To również mi się nie podoba.
- Gdybym nazywał się Dromow, to epidemia usuwania ludzi z rzeczywistości rozpoczęłaby się nagle i na całym świecie. Pan pracowałby w służbach specjalnych i badał tę sprawę, dopóki z panem nie zaczęłoby się dziać to samo. Jakieś wyjaśnienie jednak bym przedstawił, ale niezbyt przekonujące, bo nie o wyjaśnienia tu chodzi.

---
Ukłon w stronę znanych (również w Polsce) rosyjskich pisarzy fantastów: Nika Pierumowa, Olega Diwowa, Aleksandra Gromowa, Wiaczesława Rybakowa, Wasilija Gołowaczowa, małżeństwa Diaczenko, a nawet samego Łukjanienki.

niedziela, 22 listopada 2009

"Brudnopis" Siergiej Łukjanienko


Książka zaczyna się strasznie. Pomysł, by główny bohater, Kirył Maksimow, stawał się powoli, acz nieubłaganie "niewidzialnym" w społeczeństwie jest koszmarny. Bo pomyślcie sami: nagle wasze mieszkanie nie jest wasze, w pracy o was nie słyszeli, a przyjaciele i rodzina powoli, ale nieubłaganie o was zapominają. Zostajecie sami, bez dachu nad głową, bez pieniędzy, bez żadnego wsparcia. Brrr - otrząsnęłam się ze zgrozą, gdy całość implikacji takiego stanu rzeczy zaczęła do mnie docierać. Trzeba więc przyznać, że Łukjanienko zaczął z grubej rury. Ta część powieści, nieco psychologiczna, najbardziej mi się podobała, co nie znaczy, że potem jest gorzej - jest inaczej. Bo potem zaczyna się uczciwe, klasyczne s-f, czyli inne światy, obok tego naszego, który uznajemy za jedyny i jedynie słuszny. Łukjanienko podchodzi do zagadnienia innych światów w sposób typowy dla rosyjskiej fantastyki, prosty, trochę siermiężny, bardzo podobny do podejścia Bułyczowa, a właściwie Guslarczyków, bez nadęcia, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. Kosmici? Aaa, dobrze, niech wejdą. Niestety, w mojej opinii autor przeszarżował pod koniec powieści. Przyspieszył i zawikłał akcję prawie do granic mojej percepcji (a może ja za szybko czytam po prostu?), za to ma minus. Ale i tak całość bardzo dobra.
Szaleństwo ma w sobie pewien urok. Wyjść z domu po chleb i wyjechać do innego miasta, poznać rano dziewczynę i wieczorem wziąć z nią ślub, zdecydowanym ruchem otworzyć drzwi do ciemnego pokoju, z którego dobiegają podejrzane dźwięki, wejść do klatki hipopotama i poklepać go po tłustym zadzie, pojechać do Tajlandii i uprawiać seks bez prezerwatywy, przyjąć propozycję tajemniczego nie znajomego i podpisać się krwią na czystej kartce papieru. Jednym słowem, rzucenie się na złamanie karku ku przygodzie to bardzo kusząca wizja.