Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą irlandzka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 listopada 2017

"Czarnooka blondynka" Benjamin Black

Książkę wygrałam w konkursie na stronie Kawiarenka Kryminalna. Przyszła błyskawicznie, a ja równie błyskawicznie ją przeczytałam. Dawno nie miałam w rękach kryminału noir i zwyczajnie byłam ciekawa, czy dalej mi się ten gatunek będzie podobał, czy też nie. 
Podoba się!
Gatunek. Książka mniej. Pewnie miałam zbyt wysokie oczekiwania, w końcu bohaterem jest prywatny detektyw Philip Marlowe. Czy to jest ten sam Marlow, co z książek Raymonda Chandlera? Wydaje mi się, że nie, ale podkreślam - wydaje mi się. Zbyt wiele czasu upłynęło od momentu, kiedy czytałam coś Chandlera.

czwartek, 15 czerwca 2017

"Zawód: wojownik" James White


Mały czarny zeszyt z tych popularnych zeszytów Iskier S-F. Kto zna? Oldskulowi miłośnicy s-f uczyli się na nich czytać.  

Trafił do mnie pakiecik tych zeszytów; niektóre już znałam, inne, jak właśnie "Zawód: wojownik" widziałam po raz pierwszy w życiu. 

James White znany mi jest serii o szpitalu kosmicznym. Pamiętam go jako głębokiego pacyfistę, mocno zaangażowanego w propagowanie pokojowych rozwiązań wszelkich konfliktów. "Zawód: wojownik" z pozoru prezentuje postawę skrajnie odmienną. Krótkie opowiadanie przybliża jeden konkretny epizod wojenny pomiędzy Ziemianami a Kelgianami (ogromne owłosione gąsienice; coś mi się zdaje, że o Kelgianach czytałam już we wzmiankowanym szpitalnym cyklu). 

sobota, 20 sierpnia 2016

"Liliowy autobus" Maeve Binchy


Książka wypożyczona z biblioteki w zastępstwie Domenica Jordana Anny Kańtoch (ani Domenica, ani żadnej innej książki tej autorki w dwóch gminnych bibliotekach nie znalazłam, zasmuciło mnie to wielce), nie mogła wydać mi się dobra i się nie wydała.

Liliowy autobus to nie wesoły autobus, to prywatny busik jeżdżący do tydzień z Dublina do małego miasteczka Rathdoon na zachodzie Irlandii.
Mieści się w nim osiem osób razem z kierowcą. Każda z nich ma jakieś kłopoty i egzystencjalne problemy.

czwartek, 22 maja 2014

"Czerwony buk" Maeve Binchy - ku pokrzepieniu serc


Binchy znam już z "Nocy deszczu i gwiazd", miłej i mocno emocjonalnej powieści. Toteż bez obaw sięgnęłam po audiobooka "Czerwony buk". Hm, dziwnym trafem słuchanie początkowo zupełnie mi nie szło, wkradały się przerwy, krótkie, długie, jeszcze dłuższe... Po dłuższych przerwach trudno było na powrót wejść w powieściowy świat. Ale przypilnowałam sama siebie i dokończyłam powieść.

"Czerwony buk" to opowieść o ludziach z małego irlandzkiego miasteczka Shancarrig. Autorka kreśli wątki: a to księdza świeżo przybyłego na probostwo i jego romansu, a to zakochanej w nim nauczycielce, a to grupki uczniów (każdego oddzielnie), którzy właśnie skończyli szkołę w Shancarrig i wydrapali swoje imiona na korze czerwonego buku rosnącego na dziedzińcu szkoły (już wiadomo, skąd tytuł).

Wątki się splatają, rozplatają, słuchałam sobie o smutkach i radościach dnia powszedniego, a także o wielkich życiowych dramatach. Śluby, pogrzeby, narodziny, choroby, tajemnice. Binchy z tych wątków tka obraz Shancarrig, początkowo realny, pod koniec już mniej, bo wszystkie historie kończą się szczęśliwie - co w prawdziwym życiu po prostu się nie zdarza, ot statystyka. Krzepi serca znakomicie. Do tego Irlandczycy zdają mi się bardzo podobni do Polaków w usposobieniu, zaletach i przywarach.

Czyta Blanka Kutyłowska, bardzo miły głos. 

Podobało mi się i polecam.

piątek, 13 maja 2011

"Noce deszczu i gwiazd" Maeve Binchy (idylla)


Kolejna polecanka Kasi.
 O autorce nie wiedziałam kompletnie nic, żadnej jej książki nie miałam wcześniej w rękach, a o czym to jest, co prawda przeczytałam u Kasi, ale zanim zaczęłam słuchać, to zdążyłam zapomnieć. I bardzo słusznie, bo miałam czystą głowę i mogłam bez przeszkód zagłębić się w niespiesznie rozwijaną opowieść o turystach, którzy przyjechali do Grecji z różnych zakątków świata.

Tak sobie myślę, że gdy sama wyjeżdżałam na wakacje, obojętnie gdzie, zawsze spotykałam całą masę ludzi. Przewijali się przed oczami, stali przede mną w kolejce do budki z lodami, mieszkali pokój obok w pensjonacie, siedzieli przy sąsiednim stoliku w restauracji. Mignęli i znikli.

A w powieści "Noce deszczu i gwiazd" ci przypadkowo spotykający się ludzie zostali nagle zatrzymani w pędzie. Na jednej z greckich wysp piątka młodych ludzi: Anglik, Niemka, Amerykanin i dwoje Irlandczyków są świadkami tradegii - w porcie płonie statek pełen wycieczkowiczów, ginie mnóstwo ludzi z załogi i turystów. Ta piątka obserwuje całe zdarzenie z tawerny położonej wysoko na zboczu góry. Widoczność doskonała, ale odległość zbyt duża, by biec na pomoc. Myślę, że to musi nieźle przetrzepać psychikę, być świadkiem śmierci tylu ludzi. Nie da się przejść nad tym do porządki dziennego, trzeba się zatrzymać, złapać oddech, mieć czas na smutek i na radość też - że to nie oni tam byli na tym statku.


I ta stopklatka powoduje radykalne zmiany w życiu każdego z nich. Ten się  odkochuje, tamten znów zakochuje. Ten zaczyna doceniać troskę rodziny, a tamta odrzuca wieloletnią miłość. Od uczuć i emocji aż buzuje w tej książce. I nie czytamy tylko o turystach, o nie. Mieszkańcy wyspy również biorą w tym wszystkim udział. A najbardziej starsza kobieta, która dawno temu przyjechała na wyspę z Irlandii i została tam, popełniając w życiu masę błędów i masę dobrych uczynków.
Nie ma co streszczać książki, chciałam tylko zaznaczyć,  że nie trzeba wyjeżdżać do Prowansji czy Toskanii, szukać starego domu do wyremontowania i zachwycać się urokami wiejskiego przaśnego życia (ha, znajomy schemat, czyż nie?). Można wielką duchową przemianą zostać trafionym w drodze, jak piłką rzuconą zza węgła. Od nas samych zależy, czy się otrząśniemy po trafieniu, szybko zapomnimy o piłce i pójdziemy dalej. Czy też zatrzymamy się, podniesiemy zabawkę i zastanowimy się, kto ją rzucił, skąd i dlaczego i może warto zajrzeć za ten węgieł...

Nie ukrywam, że moje pozytywne nastawienie do tej powieści wynikło stąd, że pięknie jest opisana Grecja, z niewymuszonym wdziękiem i prostotą. Niebo jest niebieskie, noce pełne gwiazd a ludzie w większości przyjaźni (niezależnie od tego, jak bardzo liczą na pieniądze wytargane od turystów). Sielanka, idylla, może i słodka, ale na szczęście nie przesłodzona. I gwoli jasności - tragedia na początku powieści jest tylko impulsem dla bohaterów do zatrzymania się, a dla nas pretekstem, by zanurzyć się w ich świat. Z głową.


czwartek, 11 listopada 2010

"Statek szpitalny" James White (do widzenia panu, panie White)

O książkach z cyklu "Kosmiczny szpital" pisałam już tu i tu, potem trochę odsapnęłam od nich, w końcu zabrałam się za czwartą część pod tytułem "Statek szpitalny".

Tak, mamy tu pewne zmiany, temat Szpitala został już nieco wyeksploatowany, toteż autor wpadł na pomysł kosmicznej karetki. Czyli statku, który jest specjalnie przystosowany do podtrzymywania życia ewentualnym pacjentom, z wykwalifikowaną medycznie załogą na pokładzie, oprócz zwykłego zespołu kierującego statkiem. Dla urozmaicenia fabuły autor nadzwyczaj wyraźnie rozgraniczył te dwa zespoły - na czele jednego stawiając znanego nam już doktora Conway'a, drugim natomiast dowodzi kapitan Fletcher - i nieco je ściął ze sobą, żeby nie było za nudno. Nie, że się biją czy coś, nie nie. Ci panowie po prostu są ambitni i ze sobą rywalizują, który jest lepszy: twardszy, bardziej wytrzymały, stanowczy i konsekwentny. Wiecie, jak dwa samce alfa w jednym miejscu się zejdą, to od razu zaczną pokazywać zęby i prężyć muskuły.

Niestety, to jedyny aspekt, na którym można zawiesić oko, bo cała reszta to już nieco nudna jest. Gdzieś w kosmosie zdarzają się wypadki, na ratunek pędzą lekarze, często nie rozumieją, na czym właściwie polega problem, bo poszkodowani tak różnią się od ludzi, że nie wiadomo, czy ich pokręcony wygląd jest czymś dla nich naturalnym, czy też jest efektem wypadku. Po czym genialny doktor Conway rozwiązuje zagadkę i odnosi spektakularny sukces, zbiera pochwały, koniec, szczęśliwy oczywiście, dziękuję, do zobaczenia w następnym odcinku.
Czyli za jakieś dziesięć lat.

Ocena: 3,5/6.

czwartek, 21 października 2010

"Mamuśka", "Urwisy", "Babunia" Brendan O'Carroll

Przeczytałam wszystkie trzy za jednym zamachem przez półtora dnia. Gdyż nie da się ukryć, że te książki wciągają. Są absolutnie zabawne, autentyczne, ciepłe i rodzinne. Do tego z odpowiednią ilością dramatów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. No dobra, zaczęłam od pochwał, a nawet nie wiecie, o czym to jest.

To historia rodzinna. Głową tej rodziny jest Agnes Browne, Irlandka z Dublina, matka siedmiorga dzieci. Poznajemy ją w momencie, gdy stara się o wdowią rentę, jej męża bowiem potrącił samochód, ze skutkiem śmiertelnym. Śmiem twierdzić, że owdowienie nie było najgorszą rzeczą, jaka przydarzyła się Agnes, mąż pił, bił ją i przepuszczał większość pieniędzy na wyścigach. W spadku zostawił żonie gromadkę przychówku - hm, w sumie jej największy skarb.

Najstarszy - Mark - to złoty chłopiec, obrotny, pracowity i inteligentny. Chce jak najszybciej stanąć na nogi, by pomóc matce utrzymać rodzinę. Nie da się ukryć, że udaje mu się to znakomicie, w głównej mierze dzięki napotkaniu na swej drodze odpowiedniego człowieka, właściciela fabryki mebli.
Pozostali synowie Agnes nie są tak... hm, odpowiedzialni. Frankie jest czarną owcą w rodzinie, wagaruje, kradnie i zadaje się z neofaszystami. Simon idzie w ślady Marka i szybko porzuca szkołę i szuka pracy. Dermot to złoty chłopiec, ale zbyt noszanlancko podchodzi do życia...

Trzy tomy sagi rodzinnej dają nam pełny obraz irlandzkiej rodziny, jaka by ona nie była. Śledzimy dzieci, jak rosną, żenią się, pobierają, rodzą im się dzieci. Patrzymy, jak im się wiedzie, wszystkim. Razem z Agnes wzruszamy się i uśmiechamy.
Świetne, optymistyczne książki.

Ocena: 5/6.

sobota, 25 września 2010

"Trudna operacja" James White

Trzecia część cyklu o doktorze Conway'u trąci Solarisem. Ale nie ma co się bać, żaden plagiat, to tylko moje luźne skojarzenie. Doktora już znacie, pisałam o nim wcześniej, po przeczytaniu "Gwiezdnego chirurga" - nawiasem mówiąc, tytuł książki nic a nic nie mówi o jej treści, zważywszy na fakt, że cały cykl jest o gwiezdnym chirurgu, to już pod tym względem "Trudna operacja" jest lepsza. Bo to naprawdę trudna operacja, gdy pacjent jest wielkości mniej więcej kontynentu, pokrywa powierzchnię globu grubą, mięsistą masą, ma jamy gębowe jak kratery wulkanu i do tego wszystkiego jest nieprzyjaźnie nastawiony do obcych. I choruje. Jeśli choruje, jest pacjentem i kropka. I nieważne, że do jego leczenia zaangażowane są całe oddziały sił zbrojnych, mnóstwo lekarzy, statki kosmiczne, pojazdy naziemne, masa narzędzi, materiałów, wszystkiego! Należy go wyleczyć za wszelką cenę, nawet gdy podczas tego leczenia giną ludzie. Tu mi się trochę zastopowało czytanie, bo priorytety mi się nie zgadzały: jakże to, władowywać się komuś na planetę z buciorami i leczyć na siłę? A gdzie idee nieingerencji? A, to lemowe idee...


Tak czy siak, wielkie istoty są jak myślące oceany Lema w "Solarisie". Tak trochę.

Ocena: 3,5/6.

czwartek, 23 września 2010

"Gwiezdny chirurg" James White

To druga część cyklu o kosmicznym szpitalu - zamysł skądinąd bardzo ciekawy i głęboko humanitarny. Mianowicie na obrzeżach galaktyki jest sobie obiekt zbudowany w całości przez ludzi i członków Federacji, służący tylko i wyłącznie do leczenia. Jest olbrzymi, z mnóstwm pomieszczeń przystosowanych do przeróżnych osobników występujących w kosmosie (a w tym względzie wyobraźnia autora spisała się bez zarzutu), mnóstwem personelu pomocniczego i lekarzy. Jeden z lekarzy, doktor Conway, to taki kosmiczny House, tylko daleko bardziej uprzejmy. Ale wyjątkowa intuicja i skłonność do dedukcji i kojarzenia pozornie nie powiązanych ze sobą faktów czyni go podobnym do słynnego telewizyjnego diagnosty.

W tym tomie, podzielonym na dwie wyraźne części, ma do zrobienia: po pierwsze, uleczenie nieśmiertelnego osobnika starożytnej rasy, prawdziwego gwiezdnego wędrowca, cierpiącego na śpiączkę i odrzucającego wszelkie metody leczenia (House by powiedział, że to choroba autoimmunologiczna i poniekąd miałby rację), po drugie zaś musi uratować Szpital przed zagładą ze strony drapieżnego, acz nieco prymitywnego Imperium.
Stara się, och, stara ze wszystkich sił, by to zadanie wykonać. Pomaga mu w tym personel (szczególnie pewna piękna pielęgniarka), wojsko i naczelny psycholog szpitala, doktor O'Mara. Uuu, właśnie, O'Mara ma charakterek Houde'a, tak trochę! Za mało bezczelny, ale niech tam...

Całość całkiem niezła, momentami zabawna, no i całkowicie przepojona tolerancją dla wszelkich przejawów odmienności. A właściwie to nie tolerancja, tylko raczej wskazanie, że ludzie zbyt dużą uwagę przywiązują do takich głupotek, jak na przykład kolor skóry. Co będzie, gdy już nawiążemy kontakty z innymi cywilizacjami i ich reprezentanci okażą się być istotami gąsienicowatymi, całkiem płynnymi, olbrzymimi jak góra lub oddychającymi kwasem? Ha.


Ocena: 4/6.

wtorek, 16 lutego 2010

"Księga rzeczy utraconych" John Connolly

Prowincjonalna Nauczycielka zapytała mnie o wrażenia po lekturze tej książki. Trudno będzie, bo czytałam to rok temu i żadnych notatek nie zostawiłam. Zostały mi jedynie mgliste wrażenia.

Bohaterem książki jest mały chłopiec, który przechodzi z jednego świata (naszego zwykłego świata) do drugiego (świata magii i legend) w poszukiwaniu młodszego braciszka.

To, co go spotyka w tym drugim świecie, to wszystko to, co w bajkach, baśniach i opowieściach jest przerażającego. Zła czarownica z Narnii, zabójczy mróz z baśni Andersena, wilk zjadający babcię Czerwonego Kapturka. W baśniach wszystko kończy się dobrze, w "Księdze rzeczy utraconych" nie zawsze. Toteż całość historii przesycona jest smutkiem, obawą, nastrój w książce jest rodem z dusznego, sennego koszmaru.
Postawiłam czwórkę, bo doszukałam się mnóstwa odniesień do baśni właśnie czy innych książek, a lubię się doszukiwać.

Na koniec ostrzegam, nie czytajcie tego swoim dzieciom. A już na pewno nie małym, niech dorosną i same sięgną.
Ocena: 4/6