Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilian Jackson Braun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilian Jackson Braun. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

"Kot, który..." x 3 L.J.Braun (powoli wymiękam)

"Kot, który wykradał banany", "Kot, który spuścił bombę" i "Kot, który miał 60 wąsów" - wszystkie trzy tytuły razem, bo gdybym miała napisać coś o każdej książce z osobna, miałabym problem. Są nijakie i mdłe, szybko je przeczytałam i jeszcze szybciej zapomniałam. Intrygi kryminalnej w nich jak na lekarstwo i sprowadza się ona najczęściej do tego, że ktoś ginie, a potem okazuje się, że ktoś inny maczał w tym palce, przeważnie z chciwości.

Tak naprawdę te "Koty" stały się spisanymi losami Qwillerana, czyli kroniką tego, jak mu się układa z Polly, nieoficjalną towarzyszką, w co aktualnie bawią się jego koty, co słychać u jego licznych przyjaciół i znajomych i co dzieje się w mieście Pickax - tego ostatniego jest najwięcej.

Sam Qwill nie rozwiązuje już zagadek, ogranicza się do obserwowania Koko, kiedy ten wydaje z siebie mrożące krew w żyłach wycie, zapamiętując czas, a kiedy poczta pantoflowa donosi, że ktoś stracił życie - Qwill wie, że to było morderstwo, bo Koko wył. Jakby nie wył, to śmierć była naturalna, proste. Diagnoza się zawsze potwierdza, z udziałem Q. lub nie. Historyjki bawią i odprężają, są jak mydlane bańki - cieszą oko, ale szybko pękają.

Przede mną jeszcze jedna, ostatnia książka z tej serii, przeczytam ją, ale pozwolę sobie o niej nie pisać. Zapewne musiałabym z grubsza powtórzyć to, co napisałam wyżej.

"Kot, który wykradał banany" tłum. Maja Szybińska, "Kot, który spuścił bombę" tłum. Monika Gajdzińska, "Kot, który miał 60 wąsów" tłum. Jan Kabat, Lilian Jackson Braun, Elipsa 2008

niedziela, 7 sierpnia 2011

"Kot, który mówił po indyczemu" L.J. Braun - mąż ocalał


Złapałam się za to, żeby po prostu poleżeć sobie z książką i czymś zabić czas oraz irytację. Tak, irytację, taką domową, zwykłą, typu "znowu rozrzucasz wszędzie brudne skarpetki", dodatkowo podkręconą odpowiedzią "a ty znowu się o wszystko czepiasz i narzekasz". Mam wrażenie, że każda mężatka mnie zrozumie, bo mimo niewątpliwej i nieustającej miłości do towarzysza życia są takie momenty, że by się go najchętniej zamordowało, a potem kazało wynosić się gdzieś daleko, żeby się na oczy nie pokazywał przez tydzień.

Toteż wzięłam sobie książkę do ręki, leżałam i czytałam. A z całej powieści zapamiętałam tylko tytuł - choć minął zaledwie tydzień od przeczytania do napisania recenzji (to znaczy tych paru słów, zaraz tam recenzji). Na szczęście irytacja przeszła, właściwie to nawet ważniejsze niż pamięć o tej właśnie książce.
Mąż ocalał.

niedziela, 12 czerwca 2011

"Kot, który wyczuł pismo nosem" L.J. Braun (kiedyś to umiał czytać, teraz tylko wyczuwa pismo...)


Ten tom (23.) serii, niestety, dobitnie udowadnia, że powinnam na jakiś czas resztę "Kotów", które mi jeszcze zostały do przeczytania, odsunąć w głąb półki i nie tykać przez najbliższe tygodnie.
Co się dzieje? Koko szaleje w oczekiwaniu na Wielką Zamieć (ten motyw już był), do miasteczka przybywa osoba, która mieszkała tu za młodu (ten też), ktoś próbuje uskutecznić grubszy szwindel (a to już w każdym prawie odcinku), umiera ktoś miły i sympatyczny, ale raczej nie z najbliższego otoczenia Qwilla (tak, to też się powtarza), a sam Qwill bierze się za bary z zagadką, pociera elektryzujące wąsy i wpatruje się w Koko jak w obrazek.
Na przykład to, że Koko zwymiotował na książkę, uważa dowód wielkiej przenikliwości kota. No litości. Ja uważam, że to dowód na to, iż Koko coś zaszkodziło, albo posmyrał go kłaczek.

Ze smutkiem stwierdzam, że jedyne, co mi pozostanie w pamięci z książki, to pożar księgarni-antykwariatu. Wizja dziesiątków tysięcy książek, które poszły z dymem, łapie mnie za serce.

Spojrzałam teraz na pierwsza akapit tego, co napisałam - nie, chyba jednak nie przesyt "Kotami" jest powodem mojego braku zachwytu. Te powieści są po prostu coraz gorsze, niestety.

piątek, 20 maja 2011

"Kot, który przedrzeźniał ptaki" L. J. Braun (ale co to za przedrzeźnianie?)



Im głębiej w las, tym dalej pada jabłko od jabłoni - rzekłam sobie przeczytawszy książkę o kocie, który przedrzeźniał ptaki. Bo też kot właściwie to nie przedrzeźniał ptaków, ani też to rzekome przedrzeźnianie ptaków jakoś nie wpływało znacząco na rozwiązanie zagadki morderstwa. Innymi słowy - to typowy kryminał, a Koko, jakkolwiek to bardzo mądry kot, to jednak coraz mniejszą rolę odgrywa w śledztwie, albo też ta rola jest bardzo, ale to bardzo ukryta przed czytelnikami.

Chciałam napisać parę słów o intrydze kryminalnej, ale właściwie jakoś ciężko mi ubrać to w słowa. Ginie bowiem prawie stuletnia staruszka, motywem są korzyści majątkowe, zamieszany w to jest antypatyczny miejscowy notabl, a Qwill rozwiązuje zagadkę. Ech.

Mam wrażenie, że łatwiej będzie mi opisać didaskalia, bo są takie, co mi się bardzo podobają.
Zorganizowanie dyktanda na przykład. Uwielbiam dyktanda. Tyle że w Ameryce mają zdaje się inną defincję dyktanda, bo oni nie piszą, tylko literują.
Motyle i dziewczyna, która je maluje z natury, a modele w postaci gąsienic trzyma w pudełku, karmi i czeka aż się przepoczwarzą. Urocze hobby.
Facet, który zbiera epitafia, na zdjęciach. I tu wstawię fragment, albowiem to super fragment, czy macie czasem tak, że wałęsacie się po cmentarzu i oglądacie nagrobki? Moja mama tak ma i trochę mnie zaraziła.

"Historia tutejszych cmentarzy rozpoczyna się wraz z historią kolonizacji tych terenów. Jeśli któryś z pionierów zginął w karczemnej bójce, jego znajomi robili składkę na pochówek. Mój pradziadek wyczuł sprawę nosem i został kamieniarzem. Przychodzili do niego towarzysze takiego nieboszczykai kazali ryć: ZA TEN KAMIEŃ ZAPŁACILI KUMPLE Z SALOONU JEBA. To autentyczne epitafium z Bloody Creek. [...] No a później interes przejął mój dziadek. Zrobił nawet swój nagrobek, zresztą dosyć dowcipny. PRZESKROBAŁ CAŁE ŻYCIE." *

Ogród Qwilla zaś jest naturalnym skupiskiem krzewów, traw, ziół i polnych kwiatów. Uwielbiam takie, byle tylko bagien nie było, bo taplać się w błocie nie lubię.
Polly zostaje sportretowana z "Hamletem" w ręku (kto pamięta genezę jej imienia?).

Same urywki, migawki, obrazy - oto co zapamiętałam. A na deser jeszcze garść epitafiów wynotowanych z książki:
TU LEŻY SZCZĘŚLIWY OBYWATEL. NIGDY NIE MIAŁ ŻONY.
TU LEŻY MÓJ JEDYNY WIERNY MĄŻ.
UMARŁ OD WRZODU.
ZABIŁY GO JEGO WŁASNE NERKI.
ZJADŁ ZEPSUTĄ RYBĘ.
ZASTRZELONA PRZEZ KOCHAJĄCEGO MĘŻA. 
POWIESZONY ZA ZABICIE SWOJEJ DROGIEJ MAŁŻONKI.

Podczas wczorajszego powrotu z pracy straszliwie zmogło mnie spanie. Niebezpieczne to, bo strach zasnąć za kierownicą, toteż zjechałam na pobocze i zatrzymałam się koło małego cmentarza. Miły, zacieniony. Przespacerowałam się, żeby odegnać senność i oglądałam nagrobki. Nie, takich epitafiów jak wyżej nie było, ale i tak znalazłam ciekawostki. Napisy gotykiem, wiersz jako dedykacja (po niemiecku), albo takie staropolskie (chyba) przestawienie kobiety tylko z nazwiska "Macierzykowa. Z domu Chochoł" (nazwiska wymyślone).

---
* L.J.Braun "Kot, który przedrzeźniał ptaki", tłum. Tomasz Rosiński, s.71


I jeszcze prośba na koniec. Przeczytajcie jedną notkę, a potem drugą.
Zamierzam wesprzeć Sylwię przelewem. Jeśli ktoś z czytających również to zrobi, to dziękuję.

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Kot, który tropił złodzieja" L.J.Braun


Koleżanka, która mi pożycza te kryminały, uprzedzała, że im dalej w las (czyt. większy numerek serii), tym bardziej książeczki podupadają.

Na szczęście tom dziewiętnasty, czyli powyższy, wcale nie jest podupadły. Rozsądnie wyważono w nim proporcje pomiędzy: ilością kota w książce, rozmaitością jedzenia, życiem codziennym w Picax i wątkiem kryminalnym. Do tego sympatyczne szkockie akcenty, no i psikusy pogodowe. Nie można się nudzić, czytając. Ach, zapomniałam, drobny minus - osoba podejrzana jest jedna od początku do końca, ale co tam, przecież ważne są dowody, nie tylko podejrzenia, do rozwiązania zagadki morderstwa.

Koko, wracając do tytułu, wcale nie tropił złodzieja, tylko swoim zwyczajem zrzucał książki z półek, książki oczywiście o odpowiednich tytułach. Złodziej nękał miasteczko drobnymi kradzieżami, niejako przygotowując je na prawdziwe, wielkie oszustwo. Prawie się udało, ale od czego jest Qwill i jego wścibskie wąsy.
Szkoda tylko, że zginęła miła i sympatyczna osoba. Nawiasem mówiąc, jej śmierć była wyraźnie inspirowana książką Gardnera "Sprawa opieszałego Kupidyna" - czyli małżeństwo, sałatka z krabów, arszenik i zagadkowa śmierć...
Fajnie, że poznałam w końcu Pogodnego Jima oraz Claytona, wnuka perliście się śmiejącej Celii Robinson. Fantastycznie, że Polly zmieniła imię kotu. Był Bootsie, jest Brutus.

poniedziałek, 7 marca 2011

"Kot, który lubił sery" L.J. Braun (program degustacji serów)

Z FRANCJI:
roquefort, król serów - niebiesko żyłkowany, opatentowany przed pięcioma wiekami;

brie - książę wśród serów - miękki, maślany, słonawy i kapryśny - niegdyś odgrywał sporą  rolę we francuskiej polityce;

camembert, wynaleziony przez kobietę - miękki, elegancki ser deserowy, kojarzący się z dostatkiem;

port du salut, produkowany początkowo przez mnichów z zakonu trapistów - w jego bogatym, dojrzałym smaku nie ma jednak niczego mnisiego;

neufchâtel - drobny, biały, kremowy, o łagodnym smaku - z wiekiem staje się pikantny.
Z NIEMIEC:
tylżycki - dobrze zbudowany, dojrzały smak, przyjemny dla nosa i podniebienia. Ceniony wyżej niż ser limburski

Z WŁOCH:
bel paese - gruszkowa biel, słodkawa łagodność i przyjemna gumowatość tekstury;
fontina - żółtawy i czasami lekko dymny. Ser stołowy nadający się też do gotowania (dobrze się topi);
gorgonzola - niebiesko żyłkowany jak roquefort, ale mniej słony i raczej kremowy niż kruszący się.



ZE SZWAJCARII:
ementaler - wielki ser z wielkimi dziurami. Koła ementalera ważą do 75 kg. Smak: szwajcarski.

gruyère - mniejszy, bardziej słony, kremowy i przepyszny ser szwajcarski z mniejszymi dziurami (zwanymi "oczkami");

raclette - wysokokaloryczny ser używany do founde i podczas rytuału "raclette" ochrzczonego jego nazwą, a polegającego na topieniu sera i zeskrobywaniu go.



Z DANII:
havarti - łagodny, o czystym smaku, lekko kwaskowy - z wiekiem staje się ostrzejszy;

samsoe - w smaku podobny do cheddara, z lekko słodką, orzechową nutą.


Z HOLANDII:
edamski - popularny ser niskotłuszczowy w kształcie poduszki, z czerwoną skórką. Tekstura zbliżona do mydła, ale przyjemna:

gouda - żółty, dość twardy, obdarzony silnym smakiem, ale nie pikantny.


Z KANADY:
cheddar - słynny smak i słynna czarna skórka. Czy trzeba mówić więcej?


Z GRECJI:
feta - miękki, biały, mocno osolony. Pokruszoną fetą warto posypać sałatki, pizze i inne dania.


Z WIELKIEJ BRYTANII:
cheddar - z kraju, w którym wszystko się zaczęło. Trudno go zrobić, łatwo pokochać;


stilton - cudowny, niebiesko żyłkowany ser, który łatwo kroi się w plastry. Klasyczny towarzysz porto.



---
"Kot, który lubił sery" L.J.Braun, tłum. Anna Gren, wyd. Elipsa, s. 153.

niedziela, 6 marca 2011

"Kot, który lubił sery" L.J. Braun (to nie kryminał, to poradnik kulinarny!)

Kolejny koci kryminał, gdzie znaczącą rolę odgrywa jedzenie. To właśnie lubię w tych kryminałach, ten spokojny hedonizm Qwilla, który bez skrępowania przyznaje się, że samodzielnie umie tylko kawę zrobić i mrożonkę odgrzać - toteż dobre restauracje i dobre w nich jedzenie jest dla niego wyjątkowo ważne.

Toteż gorąco popiera zorganizowanie festiwalu Wielka Eksplozja Smaków, sekunduje nowym restauracjom w miasteczku (np. "Złota łyżka" ma się specjalizować w wykwintnych zupach, a "Pasty Parlor" w pasztecikach), bierze udział w kursie pieczenia indyka i organizuje u siebie w składzie degustację serów. Jest też jurorem w konkursie na najlepszy pasztecik, a do tego wszystkiego mimochodem prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zaginionego zeszytu z cennymi, unikatowymi przepisami kulinarnymi.

W całej tej kulinarnej masie wydarzeń ginie gdzieś intryga kryminalna. Plącze się po książce tajemnicza kobieta o czarnych włosach nazwiskiem Dolmathakia (oczywiście próbuje ugotować Qwillowi greckie gołąbki dolmadakie), plącze się też nieco poszkodowany na umyśle, aczkolwiek bardzo sympatyczny, hodowca pszczół. Jakieś wybuchy, jakieś strzały, tajemnice z przeszłości - wszystko ok, ale mnie daleko bardziej interesował program degustacji serów, o którym będzie w oddzielnej notce, bo na to zasługuje.

Ocena: 4/6.

wtorek, 15 lutego 2011

"Kot, który pchnął śledztwo na właściwe tory" L.J.Braun (jedzie pociąg z daleka)

Tory, które są w tytule, należy traktować dosłownie, bo odgrywają ważną rolę jako droga dla wypasionego parowozu, odrestaurowanego przez ekscentrycznego milionera.  Parowóz i trzy fikuśne wagony, szampan, kelnerzy w białych fraczkach i inne bajery, a to wszystko za jedyne pięćset dolarów - oto przepis na ekskluzywną podróż pociągiem.
W świetle tego, co dzieje się obecnie na polskiej kolei, wygląda to odrobinę utopijnie, no ale w końcu to fikcja literacka. Zresztą pomysł na urządzanie takich wycieczek regularnie upadł bardzo szybko, z prozaicznego powodu - oto właściciel parowozu nagle znika (znikają też olbrzymie sumy z przedsiębiorstwa, którym kierował). Zostawia ciężko chorą żonę, córkę i syna, zabiera za to niezwykle atrakcyjną asystentkę.
Nie da się ukryć, że Qwill jest zaciekawiony tymi wydarzeniami, choć innych wrażeń mu nie brakuje: Polly, jego przyjaciółka, usiłuje zbudować dom, w Pickax wystawiają sztukę "Sen nocy letniej" z kosmitami zamiast duszków, do miasteczka przyjeżdża Celia Robinson, telefoniczna znajoma Qwilla z Florydy, Koko kradnie czarne ołówki i powoduje piętnastominutową przerwę w dostawie prądu do całego miasteczka.
Dużo tu o pociągach i kolejnictwie, o budownictwie, trochę o Szekspirze ("Dość. Zdzierżymy albo pękną nam cięciwy"). Mało o jedzeniu. Jestem zaskoczona.

Ocena: 3,5/6.
P.S. Tak pracowicie opisuję te koty tylko i wyłącznie ku pamięci. Zdarzy się jakiś konkurs, a mnie się fabuły pomieszają. 

sobota, 12 lutego 2011

"Kot, który przyszedł na śniadanie" L.J.Braun (ale te śniadania to naprawdę coś!)

Śniadania u Lori:
- Naleśniki z orzechowym nadzieniem polane syropem klonowym oraz parówki z indyka albo omlet ze szczypiorkiem i estragonem oraz wątróbki drobiowe saute.
- Suflet z szynki i jajka ze świeżym ananasem albo wafle z serem ricotta i truskawki.
- Jajka po benedyktyńsku z sosem holenderskim lub placki kukurydziane z kiełbasą i sokiem jabłkowym.
- Wędzony łosoś i jajecznica lub zapiekanka z ziemniakami i szynką polana gęstym słodkim sosem.
- Suchary z szynką w sosie serowym albo dorsz w cieście i jajecznica.
- Siekana peklowana wołowina i jajka gotowane bez skorupki albo mamałyga z kiełbaskami w sosie.
- Naleśniki z orzechami  i paszteciki z kiełbasą domowej roboty lub bułeczki faszerowane mieloną wołowiną.
- Francuskie tosty z masłem jabłkowym i paskami bekonu, jajka gotowane w wodzie bez skorupek i wołowina konserwowa.

Zadałam sobie trud wypisania tych śniadań serwowanych na Wyspie Śniadaniowej, gdzie wybrał się Qwilleran, bo urzekają. Solidne, różnorodne, bogate. Chociaż nie zawsze dla mnie zrozumiałe - wątróbki na śniadanie? Dorsz w cieście? Zapiekanka z ziemniakami? To solidne dania, według mnie odpowiednie na obiad, ale pewnie są ludzie, którzy lubią sobie zdrowo podjeść na dobre rozpoczęcie dnia.
Tak jak Qwill, który, gdy tylko ma okazję, zamawia z tych śniadań obydwa komplety (większość ludzi bierze jeden zestaw), bo lubi jeść. Wiadomo, to Qwill.

Sama intryga kryminalna schodzi tu prawie całkowicie na dalszy plan. Na wyspie, dotąd spokojnej, buduje się kurort dla turystów. Rdzenni mieszkańcy nie są zadowoleni z gwaru, śmieci, spalin i ogólnego rozgardiaszu - zresztą, wcale nie jestem zdziwiona.  Qwill przypływa na wyspę wraz z kotami, aby powęszyć w sprawie dziwnych incydentów: łódź na przystani wylatuje w powietrze, ginie jej właściciel, ktoś topi się w basenie hotelowym, jeszcze ktoś inny umiera po spożyciu zatrutego kurczaka. Wszystko z osobna to przypadki, ale razem wygląda to bardzo podejrzanie. No i niby Q. rozwiązuje zagadkę, ale jako tak - nieprzekonująco. Woli włóczyć się po wyspie, poznawać coraz to nowych ludzi, grać z Koko w domino i obżerać się śniadaniami.
Ale i tak go lubię.

4/6.

sobota, 18 grudnia 2010

"Kot, który myszkował w szafach" L.J. Braun

Q znów się przeprowadził - ze składu jabłek (mój ulubiony) do rezydencji na głównej ulicy Pickax. Jak sam mówi: odśnieżanie albo by go zabiło, albo zrujnowało.
Ta rezydencja to dom babki Juniora Goodwintera (obecnego redaktora naczelnego gazety "Moose County coś tam"), która powodowana nagłym kaprysem sprzedała ów dom, wyposażenie i inne ruchomości, po czym przeniosła się na Florydę. Tam zakupiła przyczepę na osiedlu takich przyczep, zaczęła prowadzić spotkania z seniorami na temat prawidłowego oddychania, zaprzyjaźniła się z kierownictwem  osiedla, zapisała im swój majątek, po czym zmarła, przedawkowawszy leki nasenne. Śmierdzi z daleka, toteż nic dziwnego, że Q nie popuścił i rozpoczął śledztwo. Zwłaszcza że Koko jak zwykle pomaga mu po swojemu, myszkując w szafach (a było ich naprawdę sporo) wielkiego domostwa i przynosząc Q znalezione tam drobiazgi. A to sztuczną szczękę babci, a to złoty sygnet, a to w końcu list, który okazuje się być dowodem na grzechy młodości babci. Junior zyskuje nowego członka rodziny, Q rozwiązuje zagadkę śmierci starszej pani i wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi.
Koniec.
Koniec też dla mnie z Koko i Q na jakiś czas, skończyły mi się te pożyczone od koleżanki, na następną partię trzeba będzie poczekać do kolejnego spotkania biblionetkowego.

P.S. Pomysł spektaklu przedstawiającego wielki pożar jest obłędny, wstrząsający i wielki.

niedziela, 12 grudnia 2010

"Kot, który znał kardynała" L.J.Braun (koty lubią ptaki)

Nie, moi drodzy, nie chodzi tutaj o dostojnika kościelnego, a o ptaszka o pięknym, czerwonym ubarwieniu: "Ostatnio zawarł znajomość z gościem wyróżniającym się czerwonym upierzeniem, królewską koroną i patrycjuszowskim dziobem, który wciąż pogwizdywał pytająco  »kto to?«".*  Koko ma okazję obserwować ptaki, bo Q. znów się przeprowadził - tym razem do starej szopy.
Mówimy: szopa, myślimy: szopa, rudera, drewniany barak. Drewno się zgadza, ale cała reszta już nie. Szopa to dawny skład jabłek, drewniana budowla na fundamencie z kamienia polnego, wysoka jak trzypiętrowy budynek. Po renowacji i przystosowaniu składu do zamieszkania wciąż ze ścian emanuje miły zapach jabłek. Budowla otoczona jest sadem.
Takie opisy od razu przypadają mi do gustu, toteż od pierwszych stron książka mi się spodobała. Do tego tradycyjny trup, który pada w każdej książce o kotach, jest bardzo interesujacy. To człowiek (za życia oczywiście) wyjątkowo antypatyczny, zarozumiały i wyniosły. A do tego skuteczny, kompetentny i energiczny.
I ten człowiek wywołujacy ambiwalentne uczucia zostaje zamordowany w sadzie Q - oczywistym jest więc to, że Q poświęca się rozwiązaniu zagadki tego zabójstwa. Kardynał w tym śledztwie odgrywa niepoślednią rolę, tak jak i Koko. Jak zawsze zresztą.
Jabłkowy skład bardzo mnie ujął, toteż daję wyższą ocenę.
A to kardynał:


---
* Lilian Jackson Braun, "Kot, który znał kardynała", tłum. Tomasz Rosiński, wyd. Elipsa, s. 11.

piątek, 10 grudnia 2010

"Kot, który znał Szekspira" L.J.Braun (pada śnieg, pada śnieg...)

Koko doskonale umie czytać napisy na okładkach, toteż z łatwością rozpoznaje tytuły dramatów Szekspira, które właśnie zrzuca z półki na podłogę. Czyli na przykład "Burzę" przed burzą śnieżną.
Oczekiwanie na burzę i opady śniegu wypełnia całą niemal książkę. Poza tym pewien drukarz ponosi śmierć w wypadku, a gospodyni Qwilla, pani Cobb zakochuje się. Trudno to sobie wyobrazić, ale te fakty ściśle się ze sobą wiążą.
Cóż tu mamy oprócz tego? Otóż niewiele. Wciąż czeka się na śnieg. Rozmawia. Chadza na obiady. Koko i Yum Yum są zachwycające jak zawsze. Qwill spotyka się z Polly, bibliotekarką. Cisza, spokój. Oprócz tego łubudu na koniec książki, którego szczegółów nie zdradzę. No i jeszcze ten cudnej urody cytat:

"Czy wiesz, dlaczego jest taka tradycja, żeby wstać, gdy chór śpiewa Alleluja?
- Słyszałem, że król Anglii był pod takim wrażeniem, kiedy usłyszał to po raz pierwszy, że zerwał się, a kiedy król wstaje, wszyscy wstają. Czy to nie ta historia?
- Tak właśnie! Około 1743 roku". *


---
* Lilian Jackson Braun "Kot, który znał Szekspira", tłum. Anna Barcz, wyd. Elipsa, 2008, s.169.

wtorek, 30 listopada 2010

"Kot, który bawił się w listonosza" L.J.Braun (Q jako bogacz miasteczkowy)

Qwill zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny - takim zdaniem zakończyłam poprzednią notkę i takim rozpoczynam tę notkę, ponieważ cała książka się wokół tego kręci. Q próbuje odnaleźć się w nowej, bogatszej rzeczywistości i o dziwo, udaje mu się to znakomicie (o dziwo, bo podejrzewam, że większość ludzi poupajałaby się bogactwem, potarzała w luksusie i tym podobne) - obejmuje w posiadanie rezydencję K (nazwisko rodowe nie do wymówienia) z wdziękiem, skromnością i prostotą. Zresztą prawie natychmiast decyduje, iż osiądzie w pomieszczeniach służbowych, dom zaś traktuje jako klub, kawiarnię czy też muzeum. Tymczsem, póki trwa remont służbówki, mieszka w olbrzymim domu, zwiedza go i oczywiście na strychu odkrywa walizkę porzuconą przez dawną służącą, która znikła któregoś lata i ślad po niej zaginął. Mówiono, że wyjechała na Florydę do nowej pracy, ale czemu nie zabrała rzeczy? Q nie byłby sobą, gdyby nie zainteresował się tym znaleziskiem i nie spróbował się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat, co prowadzi do tragicznych skutków, Q ląduje w szpitalu, a trup ściele się gęsto.
No dobrze, ale skąd listonosz?
Otóż Q, jako miejscowy bogacz, zaczął otrzymywać nagle stosy listów, wpadały przez szparę w drzwiach jak kaskada, a koty brodziły w nich jak w wodzie, tarzały się, baraszkowały, roztrącały nosem stosy kopert, Yum Yum kradła co ładniejsze i chowała pod dywan, a Koko wydłubywał z całego tego bałaganu ważne listy i przynosił je Q. Jak listonosz.

niedziela, 28 listopada 2010

"Kot, który lubił Brahmsa" L.J. Braun (Q. na wakacjach)

Zacznijmy od rozszyfrowania tytułu. Inaczej za rok już nie będę pamiętać, czym ten właśnie "Kot, który..." różni się od innych. Otóż, kot Koko słuchał koncertów Brahmsa na magnetofonie w domku letniskowym w Mooseville. Udał się tam z Yum Yum, aby pomóc Qwilleranowi w odprężeniu się podczas urlopu. Domek letniskowy to własność ciotki Fanny, wyjątkowo bogatej i upiornie żywotnej staruszki (ma 90 lat!) - ona i matka Q. były swego czasu przyjaciółkami.
Q spędza tam wyjątkowy urlop. Koszmarny. Za oknem jest tak cicho, że mieszczuch Q nie może zasnąć spokojnie (za to śpi jak dziecko podczas burzy). Do tego jedzenie w okolicznych knajpach jest mało wyrafinowane, a często niesmaczne. Domek odwiedzają nieproszeni goście, na plaży śmierdzą śnięte ryby a nocą po dachu tupią niewychowane szopy pracze. Coś potwornego!
A ten trup w jeziorze! Ach!
Na domiar zaś złego pod koniec książki Q zostaje spadkobiercą olbrzymiej fortuny.

czwartek, 25 listopada 2010

"Kot, który nie polubił czerwieni" L.J. Braun (kici kici, mniam mniam)

Dlaczego Koko nie polubił czerwieni? Kiedy tylko przedstawiono mu do wglądu artystyczną ceramikę z czerwoną glazurą, obszedł się z nią jak pies z jeżem. Dlaczego? Ponieważ Koko wiedział, że z tą glazurą jest coś nie tak. Przede wszystkim z jej twórcą, garncarzem artystą bez kciuka, który przez tę nieszczęśliwą niekompletność nie umie zrobić okrągłego garnka, wytaczając go na kole garncarskim, więc robi talerze za pomocą wałka. Do tego jest nieprzyjemny dla swojej żony. A jego żona jest dawną miłością Qwilla. Więc Qwill go nie lubi, tak jak Koko czerwieni.

Qwill w tym tomie ma niełatwe zadania. Dostaje nową rubrykę do redagowania: ma odwiedzać restauracje, zamawiać potrawy, jeść, oceniać, a następnie to opisywać. Fucha - marzenie, gdyby nie jeden szkopuł: przeszedł właśnie na dietę. Ale wszystko się da, jak się chce i fantastycznie jest czytać o zupie o boskim smaku i zapachu.

Inne niełatwa sprawa to spotkanie z dawną miłością: ona ma kłopoty, a Qwill nie wie, czy jej pomóc, czy ma ją kryć przed mężem, a na dokładkę ona znika i co teraz?! Znika też inna osoba. Ale nie ma co się martwić, znajduje się za to coś innego. Na przykład skorupy z "żyjącą glazurą" w jeziorze. Albo sfałszowany czek.

Dużo się dzieje, zapachy dobrego jedzenia unoszą sę z kart książki, koty są godne i spokojne, a Qwill błyskotliwy i odważny.

Ocena: 3,5/6.

środa, 26 sierpnia 2009

Kocie kryminały


Ostatnio wpadły mi w ręce trzy książki kryminalne z kotami.
1. "Kot, który czytał wspak" Lilian Jackson Braun
2. "Kot, który jadał wełnę" autorka jak wyżej
3. "Salve Roma! Koci kryminał" Akif Pirinçci

Dwie pierwsze książki to zaczynają serię "Kota, który...", gdzie głównym bohaterem i rozwiązywaczem zagadek jest dziennikarz nazwiskiem Qwilleran (zmora korekty), a kot jest tylko dodatkiem. Znaczącym dodatkiem, trzeba dodać. Ale tylko w pierwszym tomie, w drugim nabiera znaczącego znaczenia i staje się pełnoprawnym uczestnikiem zdarzeń. Nic dziwnego, jest wszak pełnokrwistym kotem syjamskim cudownej piękności. Bardzo inteligentnym. I z nutką dekadenckiej, tfu, detektywistycznej intuicji. Ta parka da się lubić!

Trzecia książka jest nieco inna, tu koty są głównymi bohaterami, a ludzie służą przede wszystkim do wypełnienia tła i obsadzenia ról czarnych bohaterów. Kot Francis wędruje za swoim nieco przygłupawym panem do Rzymu, gdzie natyka się na przerażające morderstwa (popełnione na kotach, oczywiście) i dzięki swemu przenikliwemu intelektowi udaje mu się wykryć sprawców. Troszkę przeszkadzało mi to uczłowieczenie kotów... ale niedużo. Smaczku książce zaś nadawał koci gej.

Wszystkie trzy polecam osobom lubiącym koty. Bo wiecie, KOTY SĄ MIŁE.

czwartek, 6 sierpnia 2009

"Kot, który..."


Qwilleran roześmiał się. - Wiem tylko, że jakieś trzysta lat temu pewien mądry człowiek powiedział, że z pieniędzmi jest jak z gnojem - nie ma z niego pożytku, dopóki nie rozrzuci się go wokół. "Kot, którego nurtował strumień", tłum. Iza Rosińska, s. 169 - [...] Mamy kaczy chód, kaczki dziennikarskie, możemy też puścić kaczkę. - Slang jest zawsze pełen jadalnych rzeczowników - zaśmiała się. - Nazywamy kogoś pasztetem, parówą, bułką z masłem, śmiejemy się do sera, wpadamy jak śliwka w kompot. "Kot, który patrzył w gwiazdy", tłum. Maja Szybińska, s. 136

- Nie mam pojęcia o kotach - odwróciła się. - Zawsze mieliśmy psy. Po takim oświadczeniu długie, gibkie futerka wykonały synchronicznie zwrot o sto osiemdziesiąt stopni - kiedy przód kota skierowany był już w stronę wyjścia, tylne łapki wciąż jeszcze wchodziły do pokoju.
"Kot, który poruszył górę", tłum. Iza Rosińska, s. 118

piątek, 5 czerwca 2009

"Kot, ktory wąchał klej" Lilian Jackson Braun


Gdy się przeczytało już kilka tomów z serii "Kot, który..." - to po pewnym okresie czasu zaczynają się one mylić, mieszać i zlewać jeden z drugim. Nie zawsze tytuł pomaga w zidentyfikowaniu intrygi, a już na pewno nie wtedy, gdy ta intryga nie jest najwyższych lotów, jak w tym przypadku. Jeśli chodzi o "Kota, który wąchał klej" została mi garść "migawek": - iż w fabule istotną rolę odgrywali bliźniacy, - takoż i sztuka teatralna, - jeden z bliźniaków kolekcjonował cenne książki (o, to mu się chwali), - występuje w powieści introligator, od którego dowiedziałam się, że: "Sam robię pastę z pszennej mąki albo z mączki kukurydzianej. Klej robię ze zwierzęcej żelatyny. Kupuję ją w listkach i rozpuszczam. Wiedziałeś, że to właśnie klej introligatorski przyciąga mole książkowe?" (1) Nie wiedziałam, do licha, nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale to bardzo ciekawe! Z książki wydłubałam sobie także odnośnik do innej lektury: "Zapuścił brodę, założył opaskę na jedno oko i podróżował jak Rysio Snajper." (2) Czytałam "Rysio Snajper" Vonneguta, ale za diabła nie umiem sobie przypomnieć, czy Rysio Snajper podróżował. Jak zwykle jest coś, co irytuje: "Kochano w nim Szkota o postawnej figurze, szerokiej klacie i mocnych nogach, który był wręcz stworzony do kiltu, szkockiej czapki z pomponem i kobzy - rekwizytów, które wyciągał na parady i śluby." (3) Błąd niezwykle powszechny, mylenie kobzy z dudami. A wystarczy zajrzeć na wiki i obejrzeć zdjęcia - kobza jest czymś w rodzaju gitary, a Szkoci grają na dudach. Ale znaleźć się da i akcenty prywatnie mnie rozczulające: "Thelma zawsze podawała rozpadające się burgery, przytrzymując wierzch kanapki kciukiem, stąd nazywano ją Thelma «Odciski Palców». Hamburgery, które dostali dzisiaj, były nadziane na patyczki do mieszania koktajli." (4) Nie tak dawno odwiedziłam Londyn, oczywiście żywiliśmy się w knajpach i tamże właśnie widziałam (zamówiony przez mojego męża) wielkiego, przeogromnego hamburgera przekłutego patyczkiem do szaszłyków. Inaczej by się rozpadł. --- (1)"Kot, który wąchał klej" Lilian Jackson Braun, tłum. Maja Szybińska, Elipsa, Warszawa, 2008, s. 74 (2) Tamże, s. 106 (3) Tamże, s. 7 (4) Tamże, s. 129