Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odkurzone tytuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odkurzone tytuły. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lipca 2011

"Papuga z Isfahanu" Friedrich Feld


Nie do wiary, jakie to starocie można wygrzebać z półek, tym razem nie moich, tylko mojej mamy. Zabrałam bowiem Krzysia na długi czerwcowy weekend do babci, a kiedy nadeszła pora kąpania, czytania do snu i usypiania, w panice zaczęłam przetrząsać pólki, żeby znaleźć coś, co nadaje się dla dwulatka.

Znalazłam "Papugę z Isfahanu", barwną opowieść prosto z egzotycznego Iranu. Oto mamy sprzedawcę dywanów i jego żonę, towarzyszymy im, kiedy jadą na wycieczkę w góry i gdy przypadkowo trafiają na papugę, która mówi, a właściwie powtarza ludzką mowę. Ta cudowna właściwość papugi (bo wcześniej  żaden ptak tego nie potrafił) to dar od wdzięcznego czarodzieja w podzięce za uratowanie życia.
Sprzedawca dywanów, kupiec do szpiku kości, wietrzy niebywałą okazję, by zrobić interes życia. Odkupuje papugę od biednego wieśniaka i jego córki, zawozi do domu, po czym wystawia w reprezentacyjnym pokoju, ogłasza się na pobliskim targu, że ma nadzwyczajną gadającą papugę - i oczywiście pobiera od zwiedzającyh miedziaka.
Dziwo cieszy oczy gawiedzi, stosy pieniędzy rosną i sprzedawca dywanów zaczyna inwestować w ziemię, wykupując po kolei posiadłości i gospodarstwa. Miałby już je wszystkie, po horyzont, gdyby nie gospodarstwo wieśniaka, którego już znamy...
Tu chciwiec popełnia świństwo, na szczęście jednak niecny czyn zostaje ukarany. Bogacz staje się nędzarzem, a papuga, ta i wszystkie inne, po dziś dzień obdarzone są świetnym głosem. Oczywiście nie zawsze i nie dzieje się to ot tak sobie, ale kto by się takimi drobiazgami w baśniach przejmował.
Urocza opowiastka.

piątek, 11 marca 2011

"Terminus" Stanisław Lem, czyli czego nauczyliście się dzięki książkom?

Jak już pisałam tutaj, jedna z książek z dzieciństwa rozbudziła we mnie namiętność do pisania pamiętnika. Ostatnio zaś przyszła mi na myśl książka, dzięki której nauczyłam się alfabetu Morse'a.

To "Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisława Lema, a dokładniej - opowiadanie "Terminus".  Jak wiecie (albo i nie wiecie), Pirx w tym opowiadaniu zostaje dowódcą rakiety - transportowca i ma za zadanie przewieźć ładunek z punktu A do punktu B. Rakietę ma nie pierwszej młodości, choć świeżo po remoncie, a wraz z nią dostaje robota, służącego do łatania pęknięć w betonowej osłonie stosu radioaktywnego. To właśnie Terminus, niezbyt zaawansowany technologicznie, mało inteligentny, za to porządnie wysłużony robot. Dzięki niemu Pirx odkrywa, jakie straszliwe wspomnienia kryją się za przemalowaną na nowo nazwą rakiety: rój meteorów, trafienie, rozhermetyzowanie, śmierć części załogi, walka o powietrze nielicznych ocalałych - to w większości tylko przypuszczenia, bo ostatecznie nie przeżył nikt. A Terminus w swoich obwodach zachował pamięć o tym, jak komunikowali się ostatni żyjący na pokładzie - uderzając w rury, nadając alfabetem Morse'a komunikaty, pytania i odpowiedzi. Teraz robot, jak nakręcona katarynka, odtwarza "nagrania" przy cementowaniu przecieków stosu. Jego mechaniczne, beznamiętne ruchy w porównaniu z rozpaczą, strachem, bólem i nadzieją bijącymi z ocalałych rozmów robiły na mnie piorunujące wrażenie.

Oczywiście, jak już rozszyfrowałam alfabet Morse'a.
Pamiętam bowiem, że kwestie Terminusa, które wystukiwał, były zapisane w książce w postaci kropek i kresek. Bardzo możliwe, że na końcu książki był słowniczek, do którego można było zajrzeć i rozszyfrować samodzielnie każdą literę. Mnie gniewało, że za każdym czytaniem (a było ich kilka) musiałam zaglądać na koniec, toteż literki pisałam sobie ołówkiem nad kropkami i kreskami, a w końcu uznałam, że można by się tego Morse'a nauczyć porządnie i mieć z głowy. Nauczyłam się więc, posiłkując jakimś podręcznikiem harcerskim i bardzo ciekawą metodą opartą na słowach. Metoda opisana jest na powyższym obrazku (po kliknięciu powiększy się), prościutka, wymaga tylko zapamiętania pewnych słów, przy czym niektóre słowa na obrazku nie zgadzają się z tymi, które zapamiętałam, np. "c" to było "co mi zrobisz", a "z" - "złotolite". Pisanie alfabetem Morse'a stało się proste jak drut, gorzej było z płynnym czytaniem, ale i to przyszło z czasem (po tym, jak zapisałam kilka stron w pamiętniku tym alfabetem i potem próbowałam to odczytać).

 Kolega mój twierdzi, że takowego wydania nie było, bo raz,  że trudne do czytania, dwa - niezgodne z tekstem autora (hm, ale dlaczego sądził, że niezgodne?). Prawdą jest, że obecne wydania śladu ni popiołu nie mają po kreskach i kropkach. Zachowały się tylko w mej pamięci...

Alfabet Morse'a, raz nauczony, zachował się gdzieś w zakamarkach w głowie i teraz, wysilając się, gotowa jestem dukać po kolei mnemotechniczne słówka: a-zot, bo-ta-ni-ka, co-mi-zro-bisz, do-li-na... i odpowiednio do tego stawiać kreski i kropki: .-/-.../-.-./-../

piątek, 4 marca 2011

"Wakacje w Borkach" Jadwiga Korczakowska (cytat)

W mrocznej sieni Renia strząsnęła z siebie mokry płaszcz i szurgając zabłoconymi botami po krętych schodach, ociężale weszła na piętro. Tuż za nią wcisnął się do pokoju chudy, kulejący wyżeł.
-    Gdzie włazisz, Cezar?! – krzyknęła. – Zjeżdżaj, brudasie.
Nie pomogło żałosne spojrzenie wyblakłych oczu ani przymilne merdanie ogonem – drzwi się zatrzasnęły. Pies, serdecznie wzdychając, umościł się na postrzępionej słomiance.
Dziewczynka ściągnęła boty, opłukała ręce w stojącej na umywalce miednicy, przed lusterkiem na komodzie przyczesała rude, wilgotne kosmyki. Przyjrzała się swemu odbiciu stwierdzając, że znów jej przybyło  piegów, zrobiła kilka krzywych min i raptownie odwróciła lustro. Och, jakże dziś jest rozdrażniona, jaka zła! Na kogo, na co? Trudno określić, chyba na wszystkich i na wszystko!
  Rzuciła się na tapczan, sięgnęła po książkę ze stolika. ”E, nie chce mi się czytać – rozmyśliła się – i tak cały wieczór na to zostanie!”
  Powiał chłód – zerwała się, docisnęła spaczone drzwi, gapi się płaszcząc nos na szybie. Deszcz gra w rynnach, bębni po dachówkach i balkonie.
Gałęzie wybujałego świerku ociekają wodą. Przed domem cisza.(...) Zmoknięte, osowiałe kury drepczą po kałużach. Dalej, za rozgradzającym dwa podwórka parkanem, dokoła niskich zabudowań gajówki także pusto i cicho. Słoneczniki pochylają nad ścieżką ciężkie głowy, na ławce pod rozłożystą lipą drzemią napuszone gołębie.
 Nad ciemną ścianą lasu kłębią się ołowiane chmury. Splątane konary drzew ledwie prześwitują przez gęste, ukośne pręty deszczu.
 “Kiedy to się skończy? – westchnęła. – Leje i leje! Co mam robić? Gdy zejdę na dół, to mama zapędzi do pomagania. Może porysować? E, sprzykrzyło mi się. Nie lubię wakacji, bo w szkole przynajmniej coś się dzieje, a tutaj nic, nic, jeden dzień podobny do drugiego... Oho, mama gra! I oczywiście swoje ulubione preludium “Deszczowe”. Nie dość, że pogoda do kitu, to jeszcze musi truć taką smutną melodią! Strasznie mnie drażni ta muzyka, a mama jest szczęśliwa, gdy dorwie się do pianina. Gdyby chociaż zagrała coś wesołego, eh!”
Wsunęła stopy w przydeptane kapcie, wyjęła z szuflady gruby brulion. W szkole pisanie pamiętników uważa się za dziecinadę, za śmieszny, staroświecki zwyczaj – toteż Renia nikomu się nie przyznaje, że od dwóch lat, niezbyt co prawda regularnie, prowadzi dziennik.(...) Notowanie myśli i najbłahszych nawet zdarzeń przynosi pewną ulgę, zastępuje korespondencję z upragnioną a nie znaną przyjaciółką.
“...Chociaż pada, poszłam rano na grzyby, ale jeszcze się nie pokazują. Przy ogrodzeniu nowej szkółki natknęłam się na Roberta, który gwiżdżąc gapił się na sadzonki, jakby to było coś ciekawego. Gdy zapytałam, po co moknie, odburknął: “A zaklęta księżniczka po co łazi po deszczu? ”Naumyślnie tak mnie przezywa, bo wiadomo, że podobna jestem do księżniczki jak pięść do nosa. Mówi “rudowłosa królewno” lub “piękna leśniczanko”, byle mi dokuczyć, wykpić. Ale co mu zrobię, jest starszy i silny. Mnie chyba nikt nie lubi. Bardzo bym chciała mieć przyjaciółkę. Żeby była miła, łagodna, żebyśmy się rozumiały, żeby nigdy mnie nie wyśmiewała. Ba, lecz gdzie taką znaleźć? Z klasy żadna mi nie pasuje. Ach, że też muszę mieszkać na odludziu, daleko od stacji, od miasta, od całego świata! Nie mogę się doczekać jesieni, powrotu na stancję i do szkoły...”

niedziela, 27 lutego 2011

"Wakacje w Borkach" Jadwiga Korczakowska (kocham tę książkę)

Domki na drzewie to coś, co zapewne miało prawie każde dziecko. Jak nie na drzewie, to szałas w krzakach, ziemiankę w lesie, czy koc narzucony na krzesła w domu. Jako że mieszkałam w dzieciństwie na wsi, miałam takich kryjówek, schowków mnóstwo. Jednym z nich był domek na drzewie, oj tam, zaraz tam domek, po prostu wdrapywałam się na drzewo, na jednej gałęzi siadywałam, poniżej miałam oparcie na nogi, a powyżej dwa konary, na których kładłam deseczkę i to był mój pulpit do pisania i czytania.

Pisałam pamiętnik. A dlaczego? Bo przeczytałam wcześniej “Wakacje w Borkach” Jadwigi Korczakowskiej, a tam Renia pisała pamiętnik. Spodobał mi się ten pomysł tak bardzo, że kiedy nie wiedziałam, co zapisać (no bo co może pisać dziewczątko lat około dziewięciu, głupotki same), to przepisywałam fragmenty pamiętnika Reni do swojego. Tak, tak, od tego się zaczęło to całe pisanie. Pamiętnik prowadziłam przez długie lata, uzbierało się tego kilka grubych brulionów, leżą do dziś gdzieś w piwnicy. A Renię, choć ruda, piegowata i wyjątkowo zakompleksiona - polubiłam. Bo nie sztuka polubić kogoś, kto jest miły, ładny, uśmiechnięty i uprzejmy - jak dzieci, które przyjeżdżają na wakacje do sąsiadów Renaty: Ludka, Wojtek i mały Michaś, sztuka poczuć sympatię do osoby nieufnej i nastroszonej jak mały jeż.

Renia początkowo do przyjezdnych odnosi się nieufnie, chodzi własnymi drogami. A rodzeństwo po pierwszych nieudanych próbach nawiązania przyjaźni odpuszcza, myśląc, że ruda leśniczanka jest wyjątkowo niesympatyczna. Impas przełamuje pożar w lesie, po nim okazuje się, że tak naprawdę to wszystko jest inaczej, niż sądzą bohaterzy powieści.

Szczerze się przyznam, że nie pamiętam treści tak dobrze, jak mi się zdawało, kiedy przystępowałam do pisania tej notki. Pamiętam tylko to uczucie bliskości, niemal namacalna więź z książką, która, ośmielam się twierdzić, odegrała niebagatelną rolę w moim późniejszym  życiu, to ukochanie czytania, te pierwsze próby literackie (bo przecież pisanie pamiętnika niewątpliwie taką jest), ta ogólna i nieprzemijająca miłość do literatury, do słowa. Co tu dużo mówić, to bardzo ważna dla mnie książka. Swoją drogą, fantastycznie, że rodzice takie książki kupowali i nam je podsuwali.

niedziela, 13 lutego 2011

Odkurzone tytuły

Są takie książki ukochane, a czasem nie ukochane, tylko ulubione, a czasem po prostu lubiane, albo mające w sobie to coś - takie pierwsze miłości książkowe - wszystkie bez wyjątku czytane w odległej przeszłości, dziś już zapomniane, zakurzone, w bibliotece upchnięte na półce, szara okładka, pożółkłe strony. Nikt nie trafi.
Piszę czasem o takich starych książkach. Może niekoniecznie z serii "Poczytaj mi mamo"  - ale od takich książek się zaczynało i sporo z literatury dziecięcej zostało mi w pamięci, tak nostalgicznie, uroczo i uparcie trzymając się zwojów mózgowych. Może nie są to jakieś bardzo dobre czy wartościowe pozycje, ale mam do nich sentyment.
Czytałam je jako mała dziewczynka, z pasją i zaangażowaniem. I z tym pstryk wyłączeniem się na bodźce z zewnątrz (teraz już tak nie potrafię).
Wyciągam je teraz na wierzch, otrzepuję z kurzu i piszę - a nuż widelec komuś się spodobają i sięgnie po jedną czy drugą, będąc w bibliotece czy antykwariacie? A może komuś się przypomni, że czytał i uśmiechnie się z zadowoleniem? Kilka z nich ponownie wstawiłam sobie na półkę, magia działa.
Oznaczyłam takie książki tagiem "Odkurzone tytuły". Zajrzyjcie, może znajdziecie coś dla siebie.
A ja już myślę nad tym, jakie by jeszcze tytuły odkurzyć. Może "Wakacje w Borkach" Korczakowskiej, albo "Dzieci z Bullerbyn" Lindgren. Super były książki dzieciowe Shirley Jackson (swoją drogą długo nie mogłam pojąć, że Shirley może być jednocześnie imieniem i nazwiskiem, jak u Montgomery). A czytał ktoś "Piątą operację" Młodika i Własowa? Albo "Karuzele nad miastem" Tomina? O rany, ile tego jeszcze jest...

środa, 24 listopada 2010

"Tam piaski śpiewają" Josephine Tey - jedna z moich najukochańszych książek na świecie

Nie jestem pewna czy to powieść, czy kryminał. Co prawda występuje tam detektyw, jest morderstwo i jest dochodzenie, ale ta książka wymyka się szufladkowaniu, więc chyba najbezpieczniej będzie napisać, że to połączenie jednego z drugim. Jestem natomiast pewna, że to książka, która urzekła mnie od pierwszego przeczytania, a było to lat niespełna trzydzieści temu i urzeka do tej pory.

Detektyw Scotland Yardu, Alan Grant, udaje się na urlop do Szkocji podreperować swoje zdrowie, przede wszystkim psychiczne – cierpi bowiem na pracoholizm i klaustrofobię. W pociągu, którym jedzie, ktoś zabija człowieka, a Grant, mimo iż na urlopie, nie potrafi powstrzymać swojej natury policjanta i angażuje się w śledztwo po uszy. Dlaczego? Bo jest fizjonomistą, a po spojrzeniu na twarz zmarłego mężczyzny uznał, że to twarz bardzo interesująca. Bo wiersz, który przeczytał na marginesie gazety znalezionej w przedziale zmarłego, zdradza niepospolitą wrażliwość na piękno autora, tchnie autentyzmem i intryguje. Inspektor uznaje, że warto poświęcić czas wolny na rozwikłanie zagadki wiersza i zagadki morderstwa.
Toteż, gdy już tylko rozgości się na miejscu (zatrzymuje się u kuzynki), rozpoczyna prywatne dochodzenie, poszukując śpiewających piasków z wiersza, prawdziwej tożsamości zabitego, a w końcu mordercy. Czyni to wszystko z podziwu godną zawziętością i uporem; wędruje po wyspach, nocuje w hotelach, bierze udział w wiejskiej zabawie, doświadcza mnóstwa osobistych przeżyć, które powodują, że dochodzenie staje się powoli bardzo istotną częścią jego życia.

Tytuł "Tam piaski śpiewają" od razu implikuje pytanie: ale gdzie? Tak, dostajemy odpowiedź. To Wabar, mityczna kraina Shangri-la (a może zaginione miasto Ubar, Atlantyda pustyni?), przepiękna, kolorowa, fantazyjna nić wpleciona w wątki książki. Człowiek, od śmierci którego zaczyna się cała książka, był przekonany, że odkrył ową mityczną krainę, albo też coś, co ją bardzo przypominało. Grant mu wierzy, a razem z Grantem wierzy i czytelnik, choć prawdopodobieństwo odkrycia czegoś nieistniejącego jest nader nikłe. Na szczęście fikcja literacka pozostawia duże pole manewru dla wiary. Sama nazwa Shangri-la jest boska - tajemnicze rejony wiecznych szczęśliwości - mmmmrrr, to intryguje i przyciąga.

Grant też mnie zaintrygował. Nie tylko jako uparty i zawzięty detektyw, ale jako człowiek. Wyjątkowo inteligentny i trochę romantyczny. Ten wątek romantyczny delikatną kreską zarysowała w powieści autorka, pisząc o dawnej miłości Alana:
"Ale dopiero w czasie ostatniego młodzieńczego lata szczęście skrystalizowało się w postaci samej Laury Grant, całe lato zogniskowało się w jej osobie. Dotąd jeszcze odczuwał lekkie drżenie serca na wspomnienie owego lata"[1].
Pisze też o obiekcie jego obecnego zauroczenia, z lekkim przymrużeniem oka, bo jednak sprawy zawodowe są ważniejsze:
"Chciał, aby Zoe »do diabła się stąd wyniosła«. Ta Zoe, ktorej obecność stworzyła magię wczorajszego popołudnia, była teraz przeszkodą. Urocza, prostolinijna, boska Zoe, rusz się. Przedmiocie moich zachwytów i księżniczko moich snów, odejdź." [2]

Urzekło mnie przedstawienie papierowych postaci tak, że dla czytelnika są jak żywe. Wyraziście zarysowane charaktery, solidnie osadzone w codzienności. Nawet, zdawałoby się marginalnie zaznaczony sierżant Williams, podwładny Granta ze Scotland Yardu, został tak opisany, że jestem w stanie bardzo dokładnie go sobie wyobrazić.

Mistrzostwo w kreowaniu postaci, wyrazista, a jednocześnie subtelna atmosfera, sprawnie i wciągająco poprowadzona intryga kryminalna - czegóż chcieć więcej od książki? Ja tam ją kocham nad życie i dałam najwyższą ocenę z możliwych.


---
[1] Josephine Tey, "Tam piaski śpiewają", tłum. Krzysztof W. Malinowski, wyd. Iskry, Warszawa 1977, s. 20
[2] Tamże, s. 133-134

P.S. Jeszcze jeden cytat z książki jest o tu.

czwartek, 9 września 2010

"Piotruś szuka przyjaciela" Jan Edward Kucharski

Ponieważ świeżo przeczytanych książek do zrecenzowania brak, opowiem dziś o kolejnej książce z dzieciństwa, która delikatnie i trwale odcisnęła się w moich zwojach mózgowych. Trwale, bo wiadomo, pamiętałam o niej przez lata. Delikatnie, bo przez lata tytuł i autor ulecieli z pamięci i musiałam wspomagać się wpisami na forum o literaturze dziecięcej. Nie uleciały z pamięci ilustracje. Zdecydowana, kreślona z rozmachem kreska, na to miękkie i rozlane akwarelowe kolory. Ilustracje mogę zamieścić, bo tomik mam na półce. Gdy już książkę wyłowiłam z wiru niepamięci, nie mogłam pozwolić, by znów tam wpadła, znalazłam ją na allegro i kupiłam.

Treść też niczego sobie. Piotruś, malutki chłopczyk, budzi się raniutko i jest świadkiem porwania koguta przez lisa. Kogut jest jego ukochanym kogutem, więc Piotruś idąc za głosem serca, wychodzi przez okno i biegnie za rudzielcem, by mu odebrać przyjaciela. Szybko jednak traci zwierzęta z oczu, nie nadąża, musi odpocząć, jest zziębnięty, bosy, zmęczony i głodny. I trochę zagubiony i trochę się boi... Ale za nic w świecie nie chce zrezygnować z poszukiwań. Dzielny mały brzdąc! Ciekawa jest warstwa narracyjna książeczki, bo wprowadzony jest bezimienny, bezcielesny, dorosły narrator, który z Piotrusiem rozmawia i mu doradza. Do tego napotykamy, a właściwie nie my, a chłopczyk, przeróżne zwierzęta, które w jakiś tam sposób starają się Piotrusiowi w poszukiwaniach pomóc. A to jeża, a to kaczki, a to borsuka - każde świetnie zarysowane, z własnym, indywidualnym charakterem.
Znakomicie się czyta tę książkę, czasem wzruszenie łapie za gardło, czasem uśmiechamy się przelotnie, niby do siebie, a tak naprawdę do kart książki.

Ocena: 5/6.

sobota, 21 sierpnia 2010

"Mała zła czarownica" Václav Čtvrtek

Kto zna bajkę o Rumcajsie, Hance i ich synku Cypisku? Wszyscy, prawda? A o Żwirku i Muchomorku też słyszeliście? Autorem tych opowieści, pięknie przeniesionych na ekran telewizyjny jest Václav Čtvrtek (czy to nie nasz polski czwartek?). Napisał też uroczą bajkę o królewnie, która stała się czarownicą, o starej czarownicy, o diable, o... i dalej nie pamiętam. Utkwiły mi za to w pamięci wyjątkowe ilustracje (o czym będzie dalej).
Na szczęście istnieje internet i wyszukiwarka, która zaprowadziła mnie do bloga, którego autorka dzieli się wspomnieniami na temat tej właśnie książki. Blog Justyny Sobolewskiej o wychowywaniu przez czytanie, jest świetny i jeszcze do niego wrócę. Powracając natomiast do "Małej złej czarownicy", przypomniałam sobie z grubsza fabułę. Oto starej czarownicy Agacie kończy się czas, przez który wolno jej było przebywać na ziemi, a z piekła już wysłano po nią diabła Mieszuna. Czarownica jednak wymyśla fortel, który pozwoli jej pobyć dłużej na ziemi - znajdzie młode dziewczę, zamieni ją w czarownicę, co pozwoli kiedyś Mieszunowi wrócić do piekła nie z jedną, ale z dwiema czarownicami. Nieszczęśnicą jest śliczna i niewinna księżniczka Marietka. Na ratunek wyrusza narzeczony Marietki, książę Marianek oraz jej służąca, Tereska, a czytając książeczkę możemy się dowiedzieć, czy im się udało, co stało się z Marietką i jak zmienił się diabeł Miechun.

Książeczka ładna, ale najpiękniejsze są ilustracje. Jak dowiedziałam się z komentarzy pod notką na podanym wyżej blogu, autorem jest Stasys - przyznam się bez bicia, że nie znałam jego nazwiska, ale jego rysunki, obrazy, grafiki, są tak wyjątkowe i charakterystyczne, że z całą pewnością spotkałam się z nimi nie tylko w opowieści Čtvrtka, ale i na plakatach filmowych, teatralnych czy na okładkach innych książek. Zajrzałam na stronę Stasysa i w sekcji ilustracji do książek znalazłam dwie pochodzące właśnie z “Małej złej czarownicy”, jedna to prezentowana już okładka (toteż tylko link  zapodam) a druga pochodzi już z książki.


 Widzimy tu czarownicę Agatę, która w misie z wodą zaprawioną jakimiś tajemniczymi proszkami (coś jak kryształowa kula) podgląda, co się dzieje z diabłem Mieszunem. Jeszcze jedną ilustrację znalazłam u p. Sobolewskiej - gdzie mamy przegląd prawie wszystkich postaci występujących w książeczce: w środku Tereska, po prawej Agata i Mieszun, po lewej królowa (wszak w każdej takiej bajce musi być i królowa) oraz królewicz Marianek z księżniczką Marietką.

A pamiętam jeszcze klejnoty, jakimi była obdarowana królowa, przerysowywałam je potem starannie w moim pamiętniku...  Przypomnę sobie niedługo jeszcze więcej, bo książkę zamówiłam sobie w antykwariacie. Z sentymentu.

Ocena: 5/6.

czwartek, 19 sierpnia 2010

"Wir pamięci" Edmund Wnuk-Lipiński

Niedawno wznowiono trylogię "Apostezjon", o której wydawca pisze:

"Trzy powieści w jednym tomie: Wir pamięci. Rozpad połowiczny. Mord założycielski Na Apostezjonie narasta napięcie. Burzą się ludzie z marginesu i podnoszą głowę temporyści. Szef służb specjalnych przygotowuje zamach stanu. Trylogia o żyjących w totalitarnym zniewoleniu mieszkańcach Apostezjonu to klasyka polskiej fantastyki. Publikowana w latach 1979-89, była ostro cenzurowana i budziła niepokój wśród ówczesnych rządców Polski. Autor bezlitośnie pokazywał, do czego doprowadzić muszą wszelkie próby eksperymentowania na żywej tkance społecznej, demaskował mechanizmy manipulacji, zastraszania i ogłupiania wszechobecną propagandą. Bohaterowie jego powieści - a są nimi zarówno ludzie z najwyższych kręgów władzy, jak i zwykłe męty - powoli odkrywają prawdę o świecie, w którym przyszło im żyć, i podejmują próbę przeciwstawienia się wszechpotężnemu państwu."

Podobno to nowe wydanie jest nieocenzurowane. Nie wiem, na ile poprzednie było cięte przez cenzorów, nie mam jak porównać, bo nie mam książki. Czemu więc o niej piszę? Bo jakoś nagle sobie o niej przypomniałam, to znaczy sam tytuł, treści ani w ząb, ale wiem, że to czytałam. Treść przybliżył mi kolega, wyżej jest ogólny zarys, a w szczególe to "Wir pamięci" jest o jednym z prominentów Apostezjonu, który za nieprawomyślne działania został poddany operacji zmiany osobowości. Sprytnym będąc, przewidział to i przygotował się odpowiednio, by skutki operacji jakoś odwrócić, czyli powrócić do swojego prawowitego ja.
Dygresja: to mi przypomina film, gdzie jeden gość sam sobie zostawiał wskazówki, by przypomnieć sobie ważne rzeczy po operacji czyszczenia pamięci. Potrzebna mi wskazówka, bo nie pamiętam tytułu filmu. Koniec dygresji.
Czemu upieram się, że książka jest mi znana? Bo doskonale pamiętam okładkę, widać ją wyżej. Bardziej pasuje do kryminału, pewnie dlatego znalazła się w naszym domu, tym, gdzie się wychowałam, rodzice lubili kryminały. Miałam kilkanaście lat, może 11, a może 15, na pewno czasy podstawówki. Tak sobie teraz myślę, że raczej mniej niż więcej, bo byłam jeszcze na etapie "domkowania", czyli urządzania sobie kryjówek czy też miejsc przesiadywania w różnych zakamarkach gospodarstwa. Tym razem było to pięterko w stodole, małe pomieszczonko, całe białe, bo poniżej stał śrutownik i pylił aż miło. Miałam tam coś do siedzenia i szafkę i tam trzymałam parę książek, dobrze mi się czytało w takich miejscach. I teraz nie wiem, ocalała ta książka czy nie? Bo w któreś wakacje stodoła się spaliła (okropne wspomnienie), pięterko uleciało z dymem i parę książek też.
Właściwie to można by ją sobie kupić i przeczytać na nowo, może to śliczne, nowe wydanie? Ale nieeee, ja to jestem sentymentalna i będę szukać tego z kratkowaną okładką, bo takie było tamto.
Albo nie. Nie kupię, nie przeczytam, zostanie mi ta okładka i mgliste strzępy i wspomnienia pięterka, gdzie oprócz czytania przemywałam i bandażowałam siostrze stopę, co ją sobie przebiła widłami i bała się pokazać mamie. Pewne wspomnienia są bezcenne.

sobota, 7 sierpnia 2010

"Tabliczka marzenia" Halina Snopkiewicz

Czytałam to już wcześniej, jak byłam nastolatką, ale kiedy w jednym z konkursów biblionetkowych pojawił się fragment tejże powieści, nie mogłam się oprzeć chęci przypomnienia sobie książki.
Wspaniale się ją czyta po latach. Postać Ludki, nastolatki, właściwie nie różni się tak bardzo od wielu innych nastolatek sportretowanych w literaturze, ale jest wyjątkowo sympatyczna. Widzimy tę dziewczynę o niezdarnym wdzięku długonogiego źrebaka, towarzyszymy jej, gdy się zakochuje, gdy ma problemy w domu, gdy próbuje uporać się sama ze sobą - i lubimy ją, zwyczajnie ją lubimy, bo da się lubić, bo jest dobra, miła i ma piękną duszę. Dlatego trzymam za nią mocno kciuki, żeby jej się poukładało w szkole, żeby rozwiązała swój konflikt z bratem i żeby była szczęśliwa z chłopakiem, równie jak ona sympatycznym.
Do tego wszystkiego przecudowne są rozmowy nauczycieli z uczniami w szkole, do której uczęszcza Ludka:
"Tylko nie idziemy jak burza, a wyjątkowo cicho, bo naokoło nasi koledzy w trudzie i znoju czołgają się właśnie z suchymi gardłami do krynicy nauki. I bylibyśmy okrutni i niehumanitarni, gdybyśmy im w tym przeszkadzali"*.
Ocena: 5/6.
---
* - Halina Snopkiewicz "Tabliczka marzenia", Nasza Księgarnia, Warszawa 1973, s. 78.

wtorek, 13 lipca 2010

"Niebo na dłoni" Eduard Pittich, Dušan Kalmančok

Wydawnictwa albumowe, a jeszcze z gatunku astronomicznych trudno zrecenzować, prawda? Bo cóż rzec o książce, która nie ma fabuły, traktuje o rzeczach znanych nam chociażby pobieżnie i okraszona jest ilustracjami, fotografiami i rycinami? Że ładne obrazki? Że sporo się można dowiedzieć?

Zacznę więc od zupełnie innej strony. Ksiażkę kupiłam niedługo po jej ukazaniu się w księgarniach, kosztowała, jak na tamte czasy, spore pieniądze i długo się zastanawiałam, czy tyle wydać, zwłaszcza, że wtedy jeszcze nie zarabiałam. Podjęłam decyzję, kupiłam, przeczytałam i byłam zachwycona. Po pierwszym czytaniu wracałam do niej wielokrotnie, zgłębiając poszczególne dziedziny wiedzy astronimicznej: czy to rozmieszczenie gwiazdozbiorów, czy to systematykę ciał niebieskich, czy to zagadnienia astrofotografii. Samo przeglądanie map nieba to była wielka frajda, zwłaszcza kiedy po wyjściu na dwór w rozgwieżdżoną noc mogłam rozpoznać nie tylko Wielki i Mały Wóz, ale wszystkie znaki zodiakalne, najważniejsze mgławice i inne obiekty na niebie. Potem pożyczyłam książkę znajomemu, bo interesował się astronomią. Książka pogłębiła jego pasję w tym kierunku, napisał program komputerowy z dziedziny astronomii, potem zdobył nagrodę w konkursie “Wiedzy i Życia”, a obecnie prowadzi Koło Miłośników Astronomii. Nie ma co się więc dziwić, że choć było mi szkoda, to książkę już mu zostawiłam, wiedząc doskonale, że znakomicie ją wykorzysta. Tęskniłam jednak za tą pozycją i no proszę, traf chciał, że po kilkunastu latach zobaczyłam ją na półce u kolegi, z radością pożyczyłam na jakiś czas, przypomnieć sobie - i tu historia się powtórzyła, znajomy podarował mi ją, widząc, jak ją lubię.
Bo ja tu jej nie lubić, skoro oprócz informacji typowo naukowych (ostrzegam jednak, że obecnie nie całkiem aktualnych) dostajemy takie:
“W «Atlasie» Bayera i innych starych mapach nieba gwiazdozbiór Strzelca przedstawiany jest jako półczłowiek-półkoń, trzymający w rękach naciągnięty łuk wymierzony ku Skorpionowi. Według mitów greckich, Strzelec wyobraża Krotosa, jednego z nielicznych centaurów, którzy wyróżniali się nie tylkjo siłą, ale i rozumem, i byli przyjaźnie nastawieni do ludzi. To odróżniało ich od pozostałych centaurów, występujących w mitach zawsze tylko jako anonimowe stado (o mitologicznych centaurach wspominaliśmy już przy omawianiu gwiazdozbioru Centaura). Sam Krotos był ulubieńcem muz. Bogowie Olimpu umieścili go na niebie za jego liczne zasługi, ale głównie dlatego, że wynalazł łuk”. *


Ocena: 6/6.
---
*- Niebo na dłoni -Eduard, Pittich DušanKalmančok, tłum. Jerzy M. Kreiner, PW “Wiedza Powszechna”, Warszawa 1990, s. 268

poniedziałek, 12 lipca 2010

"Złoty kolczyk" Maria Ziółkowska i Jan Ziółkowski

Książka albo zapomniana, albo też nigdy zbyt dobrze nie znana, a ja jakoś ją pamiętam, choć tyle już lat upłynęło od czasu, kiedy ją czytałam.

Główną bohaterką jest Antolka. Mieszka na wsi, chodzi do szkoły, pomaga rodzicom w gospodarstwie, kocha się skrycie w synu sąsiada, po skończeniu szkoły średniej bardzo chce wyjechać do miasta, no i uwielbia czytać książki (za to jedno można ją polubić).

Plany, jak to często bywa, rozpadają się w proch i w pył pod wpływem czynników niezależnym, tak jest też z planami Antolki - jej ojciec przechodzi bardzo skomplikowaną operację nogi i okazuje się, że bez pomocy nie poradzi sobie w gospodarstwie. A że Antolka jest jedynym potomkiem (żyjącym), naturalnym jest, że od niej oczekuje się przejęcia obowiązków. Tylko że ona nie bardzo chce... Boli ją trochę, że wciąż porównuje się ją do zmarłego dawno brata, Antosia, właściwie nawet nie chodzi o porównywanie, tylko o to, że ona ma jakby przejąć jego obowiązki, ma być jak chłopak: dzielna, pracowita, ba, nawet imię ma po bracie. A co z jej własnymi dążeniami i marzeniami? Ot, dylemat, przed jakim staje bez mała każdy z nas, wcześniej czy później.

 Antolce w zrozumieniu, czego tak naprawdę chce i co jest dla niej ważne, pomagają Cyganie. Spora grupa Romów przybywa do wioski Antolki, osiedlają się, chcą nauczyć się uprawy roli, gospodarki, a przede wszystkim chcą nauczyć się osiadłego trybu życia, bo z tym u nich najtrudniej, jak sami przyznają.

Sporo się dowiedziałam z tej książki o Cyganach. Jak byłam mała, w mojej rodzinnej wiosce funkcjonowały tylko mity, takie jak porywanie małych dzieci przez Cyganów, albo łapanie pałętających się kur, albo sprzedaż obrączek z fałszywego złota (muszę podpytać Mamę, o tych obrączkach to ona mi mówiła). Mity to mity, Cyganie to społeczność barwna, wesoła, ale na pewno nie przestępcza. Tylko że zbyt przywiązana do koczowniczego trybu życia i zarabiania wróżbami czy drobnymi pracami ręcznymi, by łatwo im przyszło przestawienie się na ciężką pracę na roli.

 Tak na tle kolorowego taboru cygańskiego Antolka zaczyna rozumieć, o co jej naprawdę chodzi, znajduje cel i sens życia. Nie szkodzi, że ten cel ma natrętnie dydaktyczno-prlowski charakter, może to sobie odsiać, zostaje samo złoto. Jak złoty, naprawdę złoty, cygański kolczyk w uchu.

Ocena: 5/6.

sobota, 10 lipca 2010

"Szesnaste lato Hanki" Janina Górkiewiczowa

Spaceruję sobie z Mamą (ona ma urlop i jest u mnie, potem będzie odwrotnie) i Krzysiem w wózku, a ona co i rusz zagląda do ogródków i ogląda kwiaty. A tam różności, kolorowe, duże, małe, popularne i wyjątkowe. Malwy. Niby zapomniane, staroświeckie, a pojawiające się dumnie w ogródkach, przed blokami, wysokie, obsypane kwiatami pojedynczymi, półpełnymi i pełnymi. Zaczęłam się zastanawiać, jaka książka kojarzy mi się z malwami, tymi wyglądającymi zza płota, rosnącymi przed bielonymi wiejskimi chatkami...

Znalazłam "Szesnaste lato Hanki" Janiny Górkiewiczowej. Najczęściej czytana książka tej autorki (w bNETce oceniło ją osiemnaście osób łącznie ze mną), bardzo słoneczna, pełna zarówno radości, jak i smutku.
Hanka ma szesnaście lat, mieszka na wsi, a jej rodzice wysłali ją do miasta, do szkoły z internatem, gdzie radzi sobie jak może - zarówno z nauką, jak i z towarzystwem rówieśników. Z tym drugim jest jej trudniej, z racji pochodzenia - i nie chodzi tu o żadne punkty, tylko jakby zderzenie światów: wiejskiej chałupy z wygódką za domem i szkolnego internatu z wykafelkowaną łazienką. Hanka kłamie na swój temat (wstydzi się), ubarwiając życie na wsi, ale trochę jej głupio. Najbardziej wtedy, gdy na wakacje razem z nią do domu jedzie jej przyjaciółka Danusia, sierota z domu dziecka...
Tego, jak zachowała się Danusia na widok zwykłego domu we wsi zamiast bogatej wiejskiej rezydencji, można się domyślić, a dziewczęta odtąd stały się nierozłączne. Tu następuje część słoneczna, wakacyjna, z malwami zaglądającymi do pokoju i lśniącą wodą w strumieniu. Wspaniała.
Smutek też się pojawia, głęboki ból po stracie bliskiej osoby jest dla Hanki jak czarna otchłań, w którą wpada, miota się i nie umie się wydostać.

Bardzo miło wspominam "Szesnaste lato Hanki", zawsze będzie kojarzyć mi się z upalnym latem.

Ocena: 4/6.

piątek, 18 czerwca 2010

"O Królu Cukrowym, Marcepanowej Królewnie, Piernikowym Paziu i Kucharce Pelasi" Ewa Ostrowska

Historia tej książki sięga zamierzchłych czasów, kiedy to miałam kilka lat, nauczyłam się czytać i zachwycona nową umiejętnością czytałam co popadnie. Wpadła mi w ręce mała cienka książeczka, obstrzępiona, porysowana długopisem, bez okładki... Nic nie szkodzi, czytać można było, więc przeczytałam. Zachwyciła mnie ta opowieść.

To historia następcy tronu, który się zgubił. Poważnie, okazał się był potrzebny, a jego nie było, ani w pałacu, gdzie widziano go kiedyś jako małego chłopczyka, ani nad rzeką, gdzie ktoś go widział jak chłopczyk przyglądał się liściom płynącym po wodzie, ani w ogrodzie, gdzie jako młody człowiek otaczał opieką krzaki róż. Na szczęście, zanim ministrowie całkiem zdarli buty od biegania po pałacu w poszukiwaniu następcy tronu, znalazła go kucharka Pelasia. Właściwie nawet nie musiała szukać, książę Andrzej (czyli Jędruś) pomagał jej w kuchni. Objęcie tronu mogło odbyć się bez przeszkód, król wyprawił przyjęcie i przyjął tytuł Króla Cukrowego, władał bowiem Królestwem Cukrowym. Potem w książeczce natykamy się na maleńką dziewczynkę i towarzyszącego jej maleńkiego chłopca - okazało się, że to Marcepanowa Królewna i jej obrońca Piernikowy Paź. Oczywiście, nucimy sobie pod nosem "Był sobie król, był sobie paź, i była też królewna..." - bo i w książce nucą tę kołysankę i jest bardzo ważna.
A król, co ważne, jest romantykiem i wymyśla przepiękną bajkę: o tym, jak z ziemi zniknęły wszystkie kwiaty. Zaś kiedy śpi, śni o łódeczce z księżycowego światła i o podróży nią przez rozgwieżdżone niebo, a co gwiazda, to przygoda... Spotyka więc Królewnę z Bardzo Długimi Włosami, chłopczyka jedzącego pomarańcze, królestwo, gdzie panuje Wszechwładca Szczęśliwości, a także trafia na stację kolejową, na której zatrzymuje się tylko jeden pociąg jeżdżący Stamtąd Tam. Troszkę te przygody pachną Małym Księciem, ale tylko troszkę. Bo jak czyta je osoba dorosła, to wie, że ta podróż to trochę jak przez PRL i te absurdy ówczesne...
Na szczęście dzieciom można czytać bez żadnych przeciwskazań. Polecam mocno, bo nawet po latach czyta się znakomicie.

Ocena: 5/6.

piątek, 28 maja 2010

"Dziadek do orzechów" E.T.A. Hoffmann

Siła wspomnień jest wielka. Czerwono-biała, twarda, lakierowana okładka tak mocno wryła się małej Agusi w pamięć, że dorosła już Agnieszka musiała zakupić sobie egzemplarz na miejsce tego, który zginął w mrokach czasu. Nie ukrywam, że ilustracje Szancera miały w tym swój wielki udział.

O czym jest "Dziadek do Orzechów"? O małej dziewczynce, Klarze, która w gwiazdkowym prezencie otrzymuje lalkę, dziadka do orzechów. Traktuje tę lalkę jak kogoś żywego i co się okazuje - istotnie Dziadek do Orzechów jest zaczarowanym księciem. Klara jest w stanie zdjąć z niego zaklęcie... no przecież to znacie, każdy zna. Jeśli ktoś nie czytał, to pewnie oglądał jakąś bajkę w telewizji, czy też balet (prześliczna muzyka).
Jak byłam mała, przerażał mnie Król Myszy. Zachwycała słodka, cukierkowa kraina, gdzie władcą był Czekoladowy Król. Fascynowała historia o księżniczce Pirlipacie. A klimat oczekiwania na gwiazdkowe prezenty, przepięknie oddany na samym początku bajki, jest mi tak bliski, że aż mój.

Ilustracje są prześliczne. Czarno-białe, z lekką, figlarną nieco kreską, i kolorowe, mięciutkie, pełne ukrytych w tle szczegółów. Zgrabniutkie twarzyczki, wiotkie kibicie i drobne stopy - bohaterowie są jak porcelanowe figurki, zastygłe w pełnych wdzięku pozach.

Piękna książka. Baśń, bajka, historia dla dzieci. Dla dzieci?...

Ocena: 6/6.

Historia O Dziadku Do Orzechów [Ernst Theodor Amadeus Hoffmann]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 26 maja 2010

"Anna Nie" Agustín Gómez-Arcos - cytat

Po narodzinach małego jego ojciec nie dał mi nic w upominku. Tylko pokazał mi łódeczkę, która jak na morzu spoczywała na jego dłoni. I pokazał mi, że na kadłubie widnieje napis. Ale ja nie umiałam przecież czytać i jeszcze raz wyznałam mu to bez najmniejszego wstydu. Przeczytał mi: Anita radość powrotu. Umiał go zresztą na pamięć. Dorzucił: "To nasza łódź. Łódź, którą zbuduję dla nas i dla naszych dzieci. Będzie ona nosiła twoje imię. Imię, którym nazywano cię wówczas, gdy cię poznałem, a którego ja nie ośmielałem się wupowiedzieć. Chcesz, żebym ci powiedział, że cię kocham?"

Kiedy mówi coś podobnego mężczyzna, który oddycha trzydzieści centymetrów ponad czubkiem naszych włosów, ma się ochotę wołać, że jest się kimś najważniejszym na świecie, ale ja pokręciłam tylko przecząco głową i to nie ze skromności, lecz dlatego, że pomyślałam, iż trzeba na serio zacząć oszczędzać na tę łódź. A jeśli się zbyt wiele mówi, to człowiek się rozleniwia. Zatem szybko wzięłam do ręki sieci i drewnianą igłę. A zresztą miłości się nie wypowiada. Miłość się przeżywa. Dotąd żyliśmy tą miłością dzień po dniu, nie odczuwając potrzeby, by o niej mówić. Od chwili mego małżeństwa przestałam oddawać się fantastycznym marzeniom, szukać wymyślnych słów. Pedro Paücha był moimi myślami. Pedro Paücha był moimi marzeniami. Te myśli i marzenia skoncentrowały się na samej esencji Paucha - na moich trzech synach. Nadeszła pora, by pomyśleć o nich. Pedro zrozumiał mnie i wyruszył na morze.


--
"Anna Nie" Agustín Gómez Arcos, tłum. Ewa Fiszer, Czytelnik, Warszawa 1980, s.144

sobota, 22 maja 2010

"Anna Nie" Agustín Gómez-Arcos

W czasopiśmie "Archipelag" znajduje się notka o blogosferze książkowej, wymieniony jest tam między innymi blog o książkach zapomnianych. Przeczytałam i nieco smutno mi się zrobiło, wiem bowiem od autora tegoż bloga, że zarzuca, a właściwie już zarzucił, jego prowadzenie. Szkoda, bo istotnie wyciągał z otchłani niepamięci ciekawe książki.

Toteż pomyślałam sobie, że i ja wyciągnę taką jedną. Znacie takie nazwisko: Gómez-Arcos? Agustín Gómez-Arcos? Napisał powieść "Anna Nie". W biblioNETce oceniły ją trzy osoby, łącznie ze mną. Bardzo mało, a szkoda, bo książka jest piękna. Nie, nie piękna, to złe słowo. Przejmująca, wzruszająca, poruszająca czułe strony w sercu, smutna, trudna, a do tego piękna. Tak, piękna, jednak to dobre słowo. Opis z okładki głosi: "Tłem książki jest Hiszpania w okresie dyktatury generała Franco. Opis wędrówki Anny Paücha, zwanej Anną Nie, z południa na północ kraju stanowi przejmującą alegorię losu ludzkiego, dając nam zarazem - jak to jednogłośnie uznali krytycy francuscy - jeden z najpiękniejszych portretów kobiecych w literaturze współczesnej."
Anna to prosta, niepiśmienna kobieta znad morza, żona rybaka, matka trzech synów. Osoba na wkroś szczęśliwa, rozświetlona blaskiem dni płynących jeden za drugim, miłością męża, bielą mew na niebie, synów rosnących jak dęby. Wojna domowa w Hiszpanii zabrała jej męża i dwóch synów, po kolei. Ostatni syn, najmłodszy, trafił do więzienia z dożywotnim wyrokiem - to również prawie jak śmierć. Po trzydziestu latach od momentu, kiedy Anna dostała wiadomość o wyroku od syna, postanawia do niego jechać. Zobaczyć syna.
Jej wędrówka przez cały kraj jest... brak mi słów. Heroiczna. Straszna. Zachwycająca. Jak muzyka poważna, przy słuchaniu której wilgotnieją oczy. Ta podróż do syna, kontynuowana za wszelką cenę, wyczerpująca siły, podróż wysiłkiem woli, podróż miłości, podróż matki- to coś wielkiego. Nie czytałam jeszcze czegoś takiego, tak prawdziwego, napisanego prostym, pięknym językiem. Cudo.

Przeczytajcie, jeśli możecie. Gorąco polecam. Będę szczęśliwa, jeśli ktoś jeszcze (oprócz tych trzech osób) weźmie książkę do ręki, ta powieść jest tego warta, powinna mieć wielu czytelników, powinno się o niej rozmawiać, pisać, dyskutować. Błagam, niech to nie będzie książka zapomniana. Wyciągnijmy ją na światło dzienne.
Chciałam jeszcze dorzucić jakiś cytat, ale miałam problem z wyborem. Gdziekolwiek otworzę książkę, słowa toczą się jedne za drugim, jak perełki na sznurze, jak tu wyrwać je z książki? Stracą urok może? Później. Wybiorę, zamieszczę w osobnej notce.

Ocena: 6/6.

czwartek, 25 marca 2010

"Fortele Jonatana Koota" Janusz Przymanowski

"Psssssy...
Bul - bul - bul - bul - bul.
Psssssy...
Bul - bul - bul - bul - bul.
Syczenie dobiegało spoza żywopłotu, a bulgotanie od rzeki." *

Można mnie obudzić w środku nocy i przytoczyć powyższe, a ja bezbłędnie rozpoznam, co to jest. Można mnie spić na umór i przytoczyć DOWOLNY fragment z tej książki, a ja rozpoznam, co to jest. Są po prostu takie książki, które kocham miłością bezwarunkową i bez zastrzeżeń, a "Fortele" do nich należą. Bezapelacyjnie. Czytałam to, jak miałam kilka lat, parę lat temu kupiłam własny egzemplarz, bo zatęskniłam znienacka. I mam, stoi sobie przyjaźnie na półce. Czasem poklepię z czułością po grzbiecie, czasem wezmę do ręki z zamiarem przeczytania fragmentu, przeważnie kończy się to pochłonięciem całości (zajmuje to godzinkę, bo duża czcionka, no i znam na pamięć niemalże), czasem tylko oglądam ilustracje autorstwa Danuty Przymanowskiej-Boniuk (zbieżność nazwisk to przypadek?).
No kocham i tyle, kota Jonatana, kowalika Eryka, żółwia Bikiego - tych wojowników o czystość środowiska naturalnego. Uwielbiam ich przygody. Podziwiam pomysłowość. Trzymam za nich kciuki. I w ogóle.
Na pewno będę tę książkę czytać synowi.
A jak uda mi się zdobyć film, to puszczać mu też będę (choć film darzę daleko mniejszym sentymentem).


---
* "Fortele Jonatana Koota", Janusz Przymanowski, Nasza Księgarnia, Warszawa 1981, ilustracje Danuta Przymanowska-Boniuk, s.5.

sobota, 13 lutego 2010

"Córka czasu" Josephine Tey

Nie czytałam sztuki Williama Szekspira "Ryszard III", ale wiem, że dzieło to trwale ukształtowało negatywne opinie na temat króla Ryszarda III - przede wszystkim jako karierowicza, który dla tronu zamordował dwoje młodych bratanków. Oprócz tego był potworem żądnym krwi, złym i okrutnym władcą, zapewne miał też parchy i świerzb.
Alan Grant, mój ukochany detektyw ze Scotland Yardu, łamie nogę - podczas pościgu za złoczyńca nie zauważa braku pokrywy studzienki kanalizacyjnej, scena jak ze slapstikowej komedii, prawda? Trafia do szpitala, noga na wyciągu, długie tygodnie nudy i marazmu przed nim...
Na szczęście ktoś dostarcza mu kilka portetów, między innymi Ryszarda III, a Alan, fizjonomista, zaczyna mu się przyglądać. Coś mu się nie zgadza. Nie zgadza się z tym, że twarz osoby z portretu jest twarzą osoby złej.
Tak się zaczyna całe dochodzenie, śliczne śledztwo historyczne, wybielanie króla sprzed kilkuset lat. I mimo że cała akcja dzieje się w jednym, szpitalnym pokoju, a krąg osób jest wybitnie ograniczony, całość czyta się wyśmienicie.
No i nie wierzę, że Ryszard III był zabójcą, wierzę, że go oczerniono, zresztą, o ile wiem, nie ja jedna, powstawały rozprawy naukowe na ten temat, gdyby moje zainteresowania bardziej grawitowały ku historii, pewnie bym do nich dotarła.

Ocena: 6/6

niedziela, 31 stycznia 2010

"Bartomiej Farrar" Josephine Tey

Pani Josephine Tey jest moją ulubioną autorką kryminałów, a "Bartłomiej Farrar" jest drugą (zaraz po "Tam piaski śpiewają") moim ukochanym kryminałem jej autorstwa.Przeczytałam to wieki temu, ale chyba się nie zestarzało.

Mamy taką typową angielską posiadłość, na prowincji. Troszkę podupadającą, ale wciąż będącą domem dla rodziny Ashby - Simona, Eleanor oraz bliźniaczek Ruth i Jane. Opiekuje się nimi ciotka Bee, ponieważ rodzice ich dawno temu zginęli w wypadku. Simon, jako najstarszy, szykuje się do objęcia schedy po rodzicach (wraz z ukończeniem 21 lat), reszta rodziny szykuje przyjęcie urodzinowe. I w te sielsko-anielskie nastroje wkracza z hukiem tytułowy Bartłomiej.
Bartłomiej (Brat, jak na niego mówią) jest sierotą, wychowywał się w przytułku, potem zarabiał na życie ujeżdżając konie za oceanem, póki nie złamał paskudnie nogi. Wrócił więc do Londynu, a tam natknął się na niego Loding, mieszkający kiedyś w sąsiedztwie Ashbych. Loding jest porażony uderzającym podobieństwiem Brata do Simona, i w mgnieniu oka układa intrygę. Mianowicie chce podstawić Brata za zaginionego brata bliźniaka Simona - Patryka, który przed laty popełnił podobno samobójstwo (ciała nigdy nie znaleziono). Jeśli plan się uda, Bartłomiej (jako że Patryk urodził się pierwszy), zgarnie posiadłość i dochody z niej (ach, to rozczulające angielskie prawo pierworództwa).
To zaskakujący, przewrotny plan, który prawie nie ma szans na powodzenie, ale Loding jest zdeterminowany, a Brat oszołomiony perspektywami - i o dziwo, to się udaje!
Po pierwszym szoku rodzina Asbych przyjmuje Brata z otwartymi ramionami, a on do reszty wyzbywa się skrupułów, gdy okazuje się, że znów będzie miał do czynienia z końmi, bowiem kocha z nimi pracować.
Potem jednak pojawiają się rysy, Brat zaczyna mieć wątpliwości co do śmierci Patryka i postanawia je wyjaśnić, nie bacząc, że to zaprzepaści całą misterną intrygę. Nie dba o to, bo w jego życiu, tym nowym, pojawia się kobieta, której nie jest godzien jako oszust... No i tu zaczyna się najciekawsze, którego już streszczać nie zamierzam, bo kto ciekawy, to sobie doczyta.

Książka wyjątkowo mi się podoba, uwielbiam takie przejścia bohaterów z ciemnej na jasną stronę mocy. Do tego ten angielski klimat, dystyngowany, chłodny, troszkę wyniosły - no perełeczka.
Oprócz tego coś, co jest absolutnym mistrzostwem świata: czytałam tę książkę kilka razy i wciąż, do tej pory nie wiem, w jaki sposób Patryk poniósł śmierć. Obłęd. Jakby ktoś wiedział, to go ozłocę!

Ocena: 6/6.

PS. Nakręcono film telewizyjny na podstawie tej książki, w 1986 roku, niestety w Polsce chyba nie był wyświetlany. Podobno planowany jest kolejny film, z Benem Affleckiem, ale news sprzed 6 lat i cisza. Chętnie bym obejrzała, ale nie z tym aktorem.