Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki o książkach. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 lutego 2024
"Wtem denat" Marta Kisiel
Jakie to jest fajne, gdy człowiek bierze książkę do ręki, bo chce przeczytać komedię kryminalną, ale w trakcie okazuje się, że może i kryminał, ale bardziej książka o książkach (mam taką etykietę na blogu!). Zaraz, nie. To książka o pisaniu oraz wydawaniu książek. Oraz o tym, co się dzieje, gdy pisarze nie piszą, a wydawcy nie wydają. Otóż dzieją się Rzeczy Dziwne i Straszne.
sobota, 28 maja 2022
"Spacerujący z książkami" Carsten Henn
Książki o książkach to coś, co tygryski lubią najbardziej, a "Spacerujący z książkami" to crème de la crème tego gatunku.
Tytułowym spacerującym jest Carl Kollhoff, księgarz właściwie już na emeryturze, ale wciąż tak związany z pracą, że codziennie przychodzi do księgarni, po czym pakuje zamówienia i rusza w obchód. Zajmuje się bowiem dostawami bezpośredni odo klientów. Niektórzy z różnych względów nie chcą lub nie mogą przyjść do księgarni i zamawiają w ten sposób książki. Właściwie taką rolę spełnia też kurier, rzecz w tym, że z Carlem można porozmawiać o książkach.
poniedziałek, 25 kwietnia 2022
"Biblioteka szaleńca. Największe kurioza wydawnicze" Edward Brooke-Hitching
Na tę pozycję miałam chrapkę od dawna. Piszę to jako osoba, która ma na blogu oddzielny tag "książki o książkach" (polecam kliknąć) i uważa, że "Biblioteka szaleńca" jest dokładnie taką książką. To swoiste kompendium, opracowanie, album - obejmujące jakże szeroki temat kuriozalnych, niecodziennych wydań książkowych.
piątek, 7 kwietnia 2017
"Lucky Luke: Daily Star" Morris, Fauche, Léturgie - chodźcie zobaczyć zadrukowaną krowę!
Jeśli w jakimś komiksie czy książce poruszany jest temat związany z szeroko pojętym słowem pisanym, to dla mnie taka pozycja jest szczególnie warta uwagi. Dlatego ukazanie się "Daily Star" w serii "Lucky Luke" od razu mnie zelektryzowało.
Bohaterem komiksu tym razem wcale nie jest słynny kowboj, tylko Horacy P. Greely. Drukarz, redaktor, zecer, właściciel gazety, korespondent, słowem ktoś, kto urodził się z gazetą pod pachą. Wydawanie prasy na Dzikim Zachodzie wcale nie jest taka łatwą sprawą, ale dzięki pomocy Lucky Luke'a oraz swojej olbrzymiej determinacji Horacy daje radę.
Bohaterem komiksu tym razem wcale nie jest słynny kowboj, tylko Horacy P. Greely. Drukarz, redaktor, zecer, właściciel gazety, korespondent, słowem ktoś, kto urodził się z gazetą pod pachą. Wydawanie prasy na Dzikim Zachodzie wcale nie jest taka łatwą sprawą, ale dzięki pomocy Lucky Luke'a oraz swojej olbrzymiej determinacji Horacy daje radę.
wtorek, 4 kwietnia 2017
"Wysypisko książek" Katarzyna Grzybek
To cudowna książka. Dlaczego? Bo jest o książkach, czytaniu, o miłości do literatury i o tym że czytanie jest bardzo ważne; słowem o tym wszystkim, co dla mnie jest takie ISTOTNE.

środa, 1 marca 2017
"Baśnie z 1001 nocy Królewny Śnieżki" Bill Willingham
Ograne motywy, nic nowego pod słońcem, wciąż te same baśnie, tysiąc opowieści, które znamy. Po co więc w ogóle sięgać kolejny raz po to samo i przerabiać, przepisywać na nowo?
Ponieważ można.
Zawsze znajdzie się ktoś, kto lubi bawić się konwencją, przerabiać klasykę, dopisywać nowe zakończenia baśniom i legendom. Znajdą się też tacy, którzy to będą czytać. Na przykład ja. Przeczytałam i przeoglądałam z przyjemnością.
![]() |
Litery!!! Mniam! |
- Hej, sułtanie! Adwersarz nadciąga, pali i niszczy. Zewrzyjmy szeregi i stańemy się sojusznikami!
Na co sułtan:
- Hola hola! Żadne tam sojusze! Usiądź tu koło mnie, opowiedz mi coś miłego, a rano cię zetnę, albowiem mam taki kaprys.
sobota, 16 lipca 2016
"Profesor Andrews" Dominik Szcześniak, Grzegorz Pawlak, na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk
Dziś będzie więcej ględzenia okołoksiążkowego niż o samej książce, właściwie komiksie. Niektóre książki obrastają bowiem w legendę, no, może za duże słowo, legendkę - od momentu kupienia.
W "Profesora..." zaopatrzyłam się na Komiksowej Warszawie 2016, skuszona (jakżeby inaczej) podtytułem "Na podstawie opowiadania Olgi Tokarczuk". Nie jestem ogromną fanką jej powieści, "Księgi Jakubowe" wciąż leżą na półce i czekają, ale lubię, gdy w literaturze jedna pozycja wynika z drugiej. A że na komiksową adaptację "Anny In w grobowcach świata" muszę jeszcze poczekać, "Profesor Andrews" znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
czwartek, 7 lipca 2016
"Niebieska Kapturka" Sztybor, Nowacki
Zrobiłam eksperyment i zaczęłam czytać "Niebieską kapturkę" synowi (7l.). Skończyłam na trzeciej stronie, he he. Po pierwszej stronie dostałam komunikat "A jak to będzie po polsku?", a po trzeciej "Nie, nie czytaj mi tego". Nawet jak obiecałam, że wszystko będę tłumaczyć na bieżąco, Krzyś odmówił słuchania.
Wniosek: to nie jest lektura dla mojego dziecka. Ja jednak się ubawiłam, bo to całkiem udana zabawa w ciuciubabkę z klasyką literatury dziecięcej. Zabawa słowem, obrazem, żarty sytuacyjne, całość mocno, mocno współczesna.
wtorek, 22 marca 2016
"Czytuś odkrywa tajemnice. Skąd się biorą książki?" Urszula Witkowska, Iwonka Witkowska
Do tej książki mieliśmy dwa podejścia. Pierwsze, wakacyjne, jakoś tak nie do końca udane. Zaczęłam czytać Krzysiowi i nie skończyłam, bo młodzieniec nie wykazywał absolutnie żadnej chęci, żeby poznać zakończenie opowieści. Zmartwiłam się, bo chciałam, żeby zaiskrzyło pozytywnie, a tu nic. Trudno, odłożyłam.
A całkiem niedawno Sardegna przypomniała mi o Czytusiu, toteż spróbowałam jeszcze raz.
piątek, 5 lutego 2016
"Kwintesencja" Krzysztof Gawronkiewicz, Grzegorz Janusz
Jak ja czekałam na ten album! Wisiał w zapowiedziach i wisiał, przesuwano premierę z kwartału na kwartał, co jakiś czas wysyłałam zapytania do wydawnictwa, szarpana niecierpliwością, aż w końcu doczekałam się! Tuż przed końcem 2015 roku zawitał do mnie, hura!
Moja niecierpliwość była pochodną uwielbienia do "Esencji" i "Romantyzmu" tychże autorów. Uznałam, że spod ich ręki mogą wyjść tylko dobre rzeczy, ba, "Achtung Zelig!" kupiłam sobie z tego samego powodu (nawiasem mówiąc, wciąż nie opisany, ech).
Wojciech Szot uprzedzał, że "Kwintesencja" to coś zupełnie innego, więc nie nastawiałam się na komiks w stylu Ottona; jednocześnie sprytnie nie zdradził, o czym ten album jest.
I bardzo dobrze.
wtorek, 14 lipca 2015
"Kotku, jestem w ogniu" Dawid Kain
Jeśli chodzi o literaturę, to mam taki malutki książkowy konik - lubię książki o książkach. Wiem, że to zapętlanie się i pożeranie własnego ogona, ale mnie to kręci. Dlatego sięgnęłam po "Kotku, jestem w ogniu" Dawida Kaina. Co znalazłam? Mnóstwo książek, sporo światów, wątek poszukiwawczy. Do tego święty Graal literatury oraz wiecznie naćpany albo sprawiający takie wrażenie bohater.
Słówko o fabule? Proszę bardzo: główny bohater Edward dostaje zadanie - ma odnaleźć Raport, utwór literacki na miarę Ostatecznej Odpowiedzi. Po co ma to zrobić? Nie wiadomo. Ale chłopak łapie się na przynętę i rusza, myśląc sobie, że w ten sposób odpocznie nieco od beznadziejnego życia, jakie prowadzi. Trafia do miasta, które mieni się Mekką literatów, plącze się chłopak po barach, knajpach, bibliotekach i czytelniach, szukając, rozmawiając, czytając i rozmyślając. Odkrywa (albo mu się wydaje), kto go w te poszukiwania wrobił, próbuje się zemścić za krzywdy i cierpienia, jakich zaznał, i.... na tym może skończę.
Kłopot mam z tą książką, bo mi się jednocześnie podobała i drażniła.
Podobał mi się świat pełen książek. Wszyscy czytają, wszyscy piszą, wszyscy chcą być publikowani, a jeśli wydawcy się do tego nie kwapią, wydają się sami. Wyraźnie widać tu nawiązania do obecnej sytuacji na rynku literackim - tyle że autor mocno wynaturzył i przesadził.Przesadyzm zresztą uprawia Dawid Kain w każdą stronę: bez czytania ludzie wpadają w obłęd i umierają. Utworów literackich używa się jako narkotyku (można się uczytać po pachy - genialne wyrażenie) i Edward żyje z dystrybucji takich właśnie tekstów. Religia opiera się na literaturze, są kościoły pod wezwaniem np. Becketta, są sekty i odłamy. A pomiędzy wyznawcami poszczególnych sekt mogą toczyć się walki na śmierć i życie.
Tak na marginesie: ciekawe, że autor tyle miejsca poświęcił na opisywanie mechanizmów i zwyczajów opartych na słowie pisanym, a kompletnie pominął wszystkie inne aspekty życia. Przygotujcie się więc na mocno skoncentrowany zastrzyk książek w książce.
Teraz sobie wypunktuję ciekawostki, które mi się podobały.
Dobrze mi się czytało pojawiające się tu i ówdzie nazwiska, np. "haiku Orbitowskiego" czy "Cezary Zbierzchowski - zbiory prozatorskie". Niezwykle ciekawy fragment to ten opisujący napaść grafomanów na podróżnych - zginąć przez zasypanie bełkotem pseudoliterackim, no naprawdę straszna śmierć. Intrygujący był opis wpakowania Edwarda do trumny, a może nawet nie do trumny, tylko do zamkniętego pudła bez światła, żeby nie mógł sobie poczytać. Bliski był śmierci, więc skojarzenie z trumną jak najbardziej słuszne.
Jeszcze kilka takich fragmentów mogłabym przytoczyć, ale może przejdę do minusów.
Autor ma pomysł na opowieść: ma być o książkach. I dobrze. Każdy wątek, zamysł, sen, historyjkę, rozmowę - opiera na książce, literaturze, pisarzach. Rozwija te opowieści, dopisuje szczegóły, ubarwia, upiększa (lub wręcz przeciwnie, gdy opowiada o okropnościach). Wtyka książki wszędzie, ile fabryka dała. Tylko że zebranie tego wszystkiego do kupy daje mocne wrażenie przegadania. Intryga, ta mocna nić, za którą powinien podążać czytelnik, rozmywa się jak strużka atramentu w wodzie.
Przepleplałeś swoją książkę, autorze.
Drażniło mnie też to, że powieść jest taka hejterska, taka na nie. Wszystko wynaturzone, rozwiązłe, naćpane, uczytane, agresywne i schizofreniczne. Jad się wylewa. Zdaję sobie sprawę, że można się wkurzać na grafomanię, na pozerstwo i obłudę istniejące w świecie pisarzy (w innych światach też), ale żeby całe to wkurzenie upchnąć w jedną książkę? Emocjonalne to bardzo.
Choć drażniło, czytałam z zainteresowaniem, ciekawa mimo wszystko Raportu.
Dziękuję za książkę wydawnictwu Genius Creations! Dodam jeszcze, że dobrze zredagowana, jedna literówka to tyle co nic. Tylko w mobi jeden fragment mi się rozjechał przy zmianie czcionki na większą i stał się przez to kompletnie niezdatny do czytania.
"Kotku, jestem w ogniu" Dawid Kain, Genius Creations, Bydgoszcz 2014.
![Kotku, jestem w ogniu [Dawid Kain] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
czwartek, 7 maja 2015
"Co czytali, kiedy byli mali?" Ewa Świerżewska, Jarosław Mikołajewski
Swego czasu zachwyciła mnie pozycja Barbary Łopieńskiej "Książki i ludzie". Książka ta zaglądała do mieszkań, szperała po regałach, przeglądała stosiki upchane pod stołami czy łóżkami.
Natomiast "Co czytali..." szpera po wspomnieniach rozmówców i wyciąga z nich najwcześniejsze doświadczenia związane z książkami. Czyli: jak i dzięki komu nauczyli się czytać, po jakie tytuły sięgali najpierw, co wypożyczali z biblioteki.
A kto? Przepytano mnóstwo osób: Michał Rusinek, Andrzej Wajda, Krystyna Janda, Anna Czerwińska, Jacek Cygan.... razem dwudziestu czterech rozmówców!
Jak to się stało, że mimo tak wielu rozmów książka nie jest przegadana? To przez lekkość narracji, ot, żadne tam wykłady, a swobodne gawędziarstwo. Przepadam za takimi gawędami o książkach.
Uwaga! Lepiej nie czytać jej od deski do deski jednym ciągiem. Wydaje mi się, że więcej przyjemności dostarczy czytanie kawałek po kawałku, po dwie, trzy rozmowy. Wtedy można wśród lektur znanych ludzi odnaleźć te swoje z dzieciństwa, te dawno czytane i już zapomniane książki. Można przypomnieć sobie a to tytuł, a to okładkę, a to ilustracje.
Westchnąć, uśmiechnąć się i zadumać.
"Co czytali, kiedy byli mali?" rozmawiali Ewa Świerżewska, Jarosław Mikołajewski, Egmont, 2014.
niedziela, 11 stycznia 2015
"Baśnie" Bill Willingham - czy Królewna Śnieżka ożeni się z Wilkiem?
Janek pożyczył mi komiks "Baśnie", trzy tomy, a że dziś nadarza się okazja, by mu przeczytane oddać, siadam szybciutko, żeby skrobnąć parę słów na ich temat. Inaczej zapomnę, jak mi się podobało.
Bo podobało mi się, że hej. Przepadam za książkami, które wykorzystują w jakiś sposób historie znane z innych książek, mitów czy bajek. Lubię, jak autorzy bawią się znanymi motywami, ale piszą je na nowo, piszą po swojemu, od drugiej strony czy od końca. Z grubsza można to nazwać intertekstualnością (właśnie znalazłam to pojęcie w wikipedii, wiecie, że są aż cztery koncepcje intertekstualności?). Związki i rozwiązki między tekstami, to naprawdę ciekawe!
Powracając do Billa Willinghama: wziął bohaterów z popularnych bajek dla dzieci i stworzył komiks, gdzie ci bohaterowie mieszkają w Baśniogrodzie, ale też w świecie zwykłych ludzi - oczywiście ci, którzy ludzi przypominają (królewna Śnieżka, Sinobrody czy Jaś od magicznej fasoli. Ci zwierzokształtni przebywają poza miastem, ale o tym potem.
Miałam okazję przeczytać początek serii, czyli "Na wygnaniu", "Folwark zwierzęcy" oraz "Kroniki miłosne".
Pierwszy tom to wstęp, ale z niezłym przytupem, bo leje się masa krwi i ginie gdzieś siostra królewny Śnieżki. Hm, właściwie to ledwo pamiętałam, że ona miała siostrę (zresztą mało kto pamięta i to właśnie zapomnienie też autor skrzętnie wykorzystał). Śnieżka zleca przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie detektywowi Wilkowi (tak, temu od Czerwonego Kapturka). Śledztwo to jest to, co lubię, a Wilk przypomina nieco Blacksada, którego uwielbiam.
Tom drugi trochę bardziej przybliżył mi historię tego, jak to się stało, że baśniowcy zamieszkali w Nowym Jorku i okolicach - po prostu musieli uciekać przed najeźdźcą, Adwersarzem, który bezpardonowo podbił baśniowe ziemie. Ci, którzy upodobnić się do ludzi nie byli w stanie, zamieszkali na Farmie i żyją tam sobie jak u Pana Boga za piecem. Właśnie tak myśli Śnieżka, która, jako prawa ręka Burmistrza, co jakiś czas wizytuje Farmę i właśnie przyszedł czas kolejnej wizytacji. Myli się okrutnie, bo zamiast sielanki jest rebelia. Tak, skojarzenia z Orwellem jak najbardziej prawidłowe, zresztą, z takim tytułem nie mogłoby być inaczej.
Trzeci tom jakoś mniej gładko mi wszedł niż poprzednie, bo to tom mocno romansowy. Ten z tamtą, on i ona, takie trochę fiu bździu. Niby się czubią, ale się lubią. To kilka odrębnych opowieści. Myślę, że ten służy bardziej zapoznaniu się czytelnika ze światem Baśniowców i jego mieszkańcami niż czemukolwiek innemu. Miło było, nic ponadto.
Kreska świetna. Baśniowcy są bogato przedstawieni, tło pełne szczegółów, jest akcja - jest ekspresja. Zachwyca mnie fizys Wilka, która płynnie przechodzi od człowieczej do bardzo wilczej - pamiętacie "Wilkołaka" z Nicholsonem? To właśnie tak.
Jedno mnie tylko nieco irytowało. W każdym dymku (dotyczy pierwszego i drugiego tomu) pogrubiono jedno, dwa lub trzy słowa. Pogrubienie w piśmie traktuję jako sygnał, że coś jest szczególnie ważne, bardzo istotne, powiedziane z naciskiem. Ale jak na takie ważne rzeczy natykam się co rusz, to mi zgrzyta, bo niemożliwe, żeby aż tyle słów było niezwykle istotnych. Przy czym te słowa wcale nie są ważne. Pogrubiono po prostu jakieś losowe słowa. Po jaką cholerę, nie wiem.
Panie Willingham, szacuneczek za pomysł na serię!
- "Baśnie: Na wygnaniu" scenariusz Bill Willingham, rysunki Lan Medina, tusz Steve Leialoha i Craig Hamilton, kolory Sherilyn van Valkenburgh, okładki James Jean i Alex Maleev, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2007.
- "Baśnie: Folwark zwierzęcy" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, tusz Steve Leialoha, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.
- "Baśnie: Kroniki miłosne" scenariusz Bill Willingham, rysunki Mark Buckingham, Lan Medina, Bryan Talbot i Linda Medley, tusz Steve Leialoha, Craig Hamilton, Bryan Talbot i Linda Medley, kolory Daniel Vozzo, okładki James Jean i Aron Wiesenfield, tłumaczenie Krzysztof Uliszewski, Egmont Polska 2008.
niedziela, 9 listopada 2014
"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha"
W literaturze mam takie swoje malutkie hobby - lubię czytać książki o książkach (mam nawet taką etykietę na blogu). Ten zaś komiks doskonale pasuje do tej kategorii, bo jest o rysowniku komiksów, który jest zafascynowany pracami i ogólnie postacią innego rysownika komiksów. W skrócie "komiks o komiksie".
Zaczyna się od tego, że Seth w jakimś magazynie widzi rysunek, który nadzwyczajnie mu się podoba.
"Jego kreska jest hipnotyzująca i naprawdę do mnie przemawia".[1]Rysunek jest podpisany "Kalo", jednak to nazwisko/pseudonim nic Sethowi nie mówi, a co ciekawsze, poszukiwania czy to w innych magazynach, czy to w bibliotekach nic nie dają. Jednak bohaterowi udało się odnaleźć kilka innych rysunków Kalo, niektóre z pomocą przyjaciela, inne wygrzebuje gdzieś w archiwach czy sklepach ze starzyzną.
Czy Sethowi udało się zidentyfikować Kalo, czy udało mu się znaleźć więcej jego prac, o tym można dowiedzieć się z komiksu. Jednak oprócz tych poszukiwań równie ważne są wątki autobiograficzne. Mówiąc wprost, Seth bez przerwy gada. Gada o sobie. Gada o tym, jak nie lubi ludzi, jak nie podoba mu się ten świat, jak nie potrafi porozumieć się z dziewczynami, a jak już się z jakąś porozumie, to na krótko. Seth spaceruje, mając u boku przyjaciela, i non stop nawija mu o swoich rozterkach i wątpliwościach, a ten, święty człowiek, słucha i tylko ze zrozumieniem kiwa głową.
Szczerze powiem, że czasami miałam tego dość, tej megalomanii, wewnętrznego ostracyzmu (Seth odsuwa się od wszystkich). Czy ten człowiek ma depresję? - pytałam sama siebie. A może właśnie z pomocą tego komiksu z depresją sobie radzi? Nie wiem, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak było.
Właściwie to taka autoterapia książkowa wcale nie jest taka rzadka. A jeśli skutkuje - to pop prostu super. Nie mówię przez to, że polubię Setha - a raczej postać, którą mi pokazał na kartach komiksu, ale też go nie znielubię.
Rysunki są ciekawe. Kolorystyka utrzymana w błękitnej tonacji, postacie oddane pojedynczą kreską, ale wiernie (brat Setha na przykład, jakże naturalny). Tłum na ulicach, sklepach - wszyscy oni żywcem są wyjęci z populacji miejskiej i wsadzeni do komiksu. Miałam na początku niejakie obiekcje, że mało koloru (to po tych nieszczęsnych mutantach, gdzie kolorki są nalane prosto z wiaderka z farbą), ale potem pojęłam, że za dużo koloru odciągałoby uwagę od głównego bohatera, a to na nim trzeba się mocno skupić, na Sethu właśnie.
On wypełnia sobą cały ten komiks, jego szczupła osoba rozpycha kadry, na Kalo jest tam jeszcze miejsce, ale niewiele. Kalo jest tylko pretekstem do rozważań. Ale też i dzięki niemu Seth przestaje skupiać się tak bardzo na sobie. Widać to mocno na spotkaniu bohatera z matką Kalo - piękny moment pod koniec komiksu. Ale i wcześniej też, podróż Setha w poszukiwaniu Kalo daje mu okazję do wyciszenia się, do zadumy.
Wisienką na torcie są rysunki Kalo, zamieszczone na końcu książki. Prawdę mówiąc, do tej pory nie byłam na 100% przekonana, czy on istniał naprawdę, bo przecież kto zabroni artyście wymyślania postaci i wątków. A tu proszę! No chyba że Seth narysował te rysunki, ale to przecież niemożliwe, sam w tekście skarży się, że nie umie ich nawet przerysować.
Dzięki temu komiksowi miałam też możliwość jakby sięgnięcia głębiej w ten świat. Oto Seth, autor. Oto jego przyjaciel, Chet. Aż tu nagle dzięki Michałowi Misztalowi dowiedziałam się, że Chet to Chester Brown! No dobrze, pod sam koniec komiksu jest wymienione nazwisko Brown, jest szansa, że bym się domyśliła, ale na samym początku opowieści na pewno nie. Dowiaduję się, że to przyjaciele, widzę zdjęcie, porównuję z komiksem, wszystko się zgadza.
Chester Brown to autor komiksu "Na własny koszt. Komiksowy pamiętnik bywalca burdeli" - zważywszy na to, jak ten facet potrafi słuchać, założę się, że potrafi też to, co usłyszy (i zobaczy oczywiście) przenieść na papier. I gdy byłam niedawno w Krakowie na Targach Książki, wypatrzyłam "Na własny koszt" na półce Centrali i już miałam szczery zamiar go kupić, ale przejrzałam i zrezygnowałam. Ma identyczna wadę jak "Życie..." - drobniuteńka czcionka na niewielkich planszach. Och, co ja się naklęłam w duchu na tę czcionkę! Mam swoje lata, oczy już nieco wysłużone i te robaczki sprawiały mi kłopot, zwłaszcza że zastosowano krój pisma imitujący pismo ręczne, nieco trudniejsze do odcyfrowania niż drukowane. A jeszcze jak było białe pismo na czarnym tle, odpadałam zupełnie. Mam okulary, ale od niedawna, wyciągam je rzadko, bo przy dobrym oświetleniu jeszcze całkiem nieźle sobie radzę. Tu były ciągle w użyciu. A pisałam już, że Seth ciągle gada, prawda?
Toteż z zakupem komiksu Browna..." poczekam, aż będę nosiła okulary na stałe i nie będzie mnie irytowałą konieczność ich zakładania, żeby coś przeczytać.
Tak jeszcze na koniec dodam (chaotycznie mi to dziś wyszło), żę jednak polubiłam Setha. Trochę za to:
"Czy nie jest tak, że wszystko nam się udaje, tylko jeśli nie grzebiemy wszystkiego pod grubą warstwą oczekiwań? Pewnie, ze są od tego wyjątki... Ale przeważnie tak właśnie bywa, czyż nie?" [2]A trochę pomimo tego:
"Ten ktoś, kogo poznaję, musi mieć w sobie coś wyjątkowego, inaczej włącza mi się krytykowanie. Wystarczy, że przyzna się do czytania powieści kryminalnych, komiksów Marvela albo czegoś takiego, i już jest spalony". [3]Czytam powieści kryminalne. Byłabym spalona.
Dziękuję Wydawnictwu Komiksowemu za książkę!
P.S. Macie świetne logo.
---
[1]"Życie nie jest takie złe, póki starczy sił. Nowela rysunkowa autorstwa Setha" Seth, tłumaczenie Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, 2014, s. 29
[2] Tamże, s. 39
[3] Tamże, s. 25
piątek, 30 maja 2014
"Romantyzm" Gawronkiewicz i Janusz - seta z zagrychą!
"Esencja" tak mi się spodobała, że musiałam, po prostu musiałam dokupić sobie drugą część przygód Ottona i Watsona. A co w niej?
Ta sama Warszawa, obdrapana i zaśmiecona, ten sam Otto, zarośnięty i w wymiętym prochowcu, ten sam Aptekarz, czy też jego wspomnienie (zaraz do niego wrócę), ten sam Watson... a nie, stop, wróć, Watson jest na wycieczce i Otton z nową sprawą musi sobie radzić sam, przynajmniej na początku.
Co to za nowa sprawa? Znika przyjaciel Ottona, właściwie znajomy, no, tak naprawdę to sąsiad, człowiek wykształcony, humanista i romantyk. Jego zniknięcie (i nie tylko jego, ginie więcej osób) wiąże się jakoś z wskrzeszeniem Trzech Mistrzów, przeprowadzonym z wielką pompą przez ministra kultury. Phi, jakie tam wskrzeszenie, to zwykłe zombiaki są, może tylko przez duże Z. Do tego krwiożercze i paskudne. Rozprawić się z nimi trudno, Otto ma twardy orzech do zgryzienia, dobrze, że Watson wraca w samą porę, by pomóc detektywowi.
Miałam wrócić do Aptekarza. Otóż żaden z wymyślonych przeze mnie tytułów nie pojawił się w drugiej części. Są za to min. "Kwiaty zła" w wazonie, "Piana złudzeń" w szamponowym opakowaniu (ale na to opakowanie wpadłam, ha!) i "451 Fahrenheita" w kanistrze (boskie!).
![]() |
Źródło - http://www.komiks.gildia.pl/komiksy/otto_bohater/2 |
Mnie ten pomysł zachwyca, ale sąsiad Ottona jest konserwatystą:
"Powiem panu szczerze, że nie lubię tych skroplonych książek. A gdzie zapach papieru i druku, gdzie szelest przewracanych stron?No, no, nie unoś się tak, drogi sąsiedzie. Ta skłonność do poświęceń (własnych czy cudzych?) może cię drogo kosztować. I będzie.
Wypić skroploną książkę to tak, jakby zamiast poznać człowieka wyssać jego krew... Kazałbym całą tę literaturę w płynie do kanałów wylać!! Nie można przyswajać sztuki bez wysiłku, tak jak nie można jej tworzyć bez wysiłku!!! Sztuka wymaga poświęceń!!!"*
Notabene, kiedy przepisywałam ten cytat, zdałam sobie sprawę, że w tekście zaszyte są malutkie wskazóweczki albo raczej odniesienia do zwrotów akcji czy wątków i ich rozwinięć. Wynika z tego, że komiks trzeba czytać albo bardzo uważnie albo kilka razy. To "wyssanie" będzie miało potem swoje parę minut, "poświęcenie" również. Istotne będzie to, że Bohater strasząc gołębie strzela ślepakami, że męczony głodem nikotynowym wiecznie gryzie zapałkę...
Sporo tu takich malutkich, ale świetnych drobiazgów i to zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej. Wyszukiwanie ich to czysta radość. Na przykład: Otto mieszka pod numerem "13f", a jego sąsiad, mieszkanie obok, na tym samym piętrze, na drzwiach ma tabliczkę z numerem "44" (a imię jego...). Albo: jak można dostać się do zamkniętego na kłódkę pomieszczenia? Trzeba wyciągnąć z kieszeni malutką olejarkę z etykietką "Zamek", otrzymaną od Aptekarza. Lub też wszechobecne znaki zakazu: przekreślone oko, trąbka, aparat, książka wpadająca do kibla...
Same smaczki. Chociaż całość nie przypomina smacznego dania, tylko setę z zagrychą, to jest to tego rodzaju seta z zagrychą, po której robi się jasno w głowie i ciepło w żołądku. Czego i wam serdecznie życzę.
---
[*]"Romantyzm", scenariusz Grzegorz Janusz, rysunek i kolor Krzysztof Gawronkiewicz, Mandragora, Warszawa 2007, s.10
niedziela, 18 maja 2014
"Esencja" Grzegorz Janusz i Krzysztof Gawronkiewicz - CUDO!
Jak ja lubię, gdy znienacka trafiają mi w ręce takie perełki! Komiks przywędrował do mnie z wielką paką komiksów od kolegi kolegi (pisałam o tym tu). Jakoś nie zachęciło mnie to wielkie, przekrwione oko na okładce, ani pokancerowany szczur na ramieniu, ale otworzyłam komiks myśląc sobie - to no zobaczymy, co to jest. Wpadłam jak śliwka w kompot. Autorzy kupili mnie błyskawicznie - na czwartej stronie natknęłam się na rysunek, który jest po prostu genialny i w pomyśle i w wykonaniu. Czołem biję!
Podtytuł komiksu brzmi "Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona". Co to za osoby? Otto Bohater jest detektywem, ma biuro w zapyziałej norze na ulicy Kusej w Warszawie, Watson to jego towarzysz, biały szczur, wyjątkowo inteligentne zwierzątko. Do biura Ottona zgłasza się... nie, nie piękna kobieta (a już myślałam, że będzie jak w klasycznych kryminałach noir), zgłasza się starszy mężczyzna z powodu śmierci brata bliźniaka. I tu kolejne zaskoczenie - klient wcale nie chce wiedzieć, kto zabił, ba, ba nawet nie sugeruje, że śmierć była dziełem osób trzecich. On chce wiedzieć, JAK brat umarł, ponieważ on chce umrzeć w dokładnie taki sam sposób. Otton bierze tę sprawę i rusza w miasto.
Już widać na tych dziesięciu początkowych stronach, że autorzy uwielbiają bawić się gatunkami, schematami, rozwiązaniami fabularnymi. Że, jak w klasycznym kryminale, podrzucają czytelnikowi tropy i poszlaki, ale jednocześnie wodzą go za nos, bo ślady są tak niejasne, że tylko Otton potrafi je rozszyfrować.
Wszystko to narysowane jest kreską, która w ogóle mi się nie podobała! Jakaś taka rozedrgana, chwiejna, szczurek wyliniały, detektyw skacowany, Warszawa brudna i nieporządna z obdrapanymi murami. Czyli taka odwrotność różowych okularów. Ale to tu pasuje! Kadry pasują do treści i już nie chcę innych, ładniejszych czy wygładzonych, tu wszystko jest dopasowane do siebie i tworzy zamkniętą całość. Idealną. Perfekcyjną.
Szczerze i uczciwie muszę przyznać, że nie wątkiem kryminalnym autorzy mnie przekonali do tej pozycji, tylko postacią Aptekarza:
"Aptekarz był genialnym tłumaczem. Zamieniał związki frazeologiczne na związki chemiczne".[1]
![]() |
Kadr ze strony http://www.komiks.gildia.pl/. Napoje to "Ubik", Solaris", "Wehikuł czasu" z terminem ważności na maj 802701r, "Czerwone i czarne" (przed użyciem wstrząsnąć), "Pachnidło" i "Mechaniczna pomarańcza". |
"Wypijasz litr literatury i znasz treść. Wielka oszczędność czasu i nerwów".[2]
Sama wymyśliłam "Akademię pana Kleksa" Brzechwy w gustownym kałamarzu, "Pannę z mokrą głową" Makuszyńskiego w szamponowym opakowaniu, "Przygody dobrego wojaka Szwejka" Haska w kuflu od piwa, koniecznie z pianką na trzy palce, no i "Lód" Dukaja w termosie. Ktoś coś dorzuci?
---
[1]"Esencja", scenariusz Grzegorz Janusz, rysunek i kolor Krzysztof Gawronkiewicz, Mandragora, Warszawa 2005, s.3
[2] Tamże, s.4
czwartek, 1 maja 2014
"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska - czyli książka dla mnie!
Justynę Sobolewską znam z jej bloga, na który kiedyś zawędrowałam, poszukując ilustracji do "Małej złej czarownicy". Kiedy pojawiła się szansa przeczytania "Książki o czytaniu", skwapliwie z niej skorzystałam, bo uwielbiam książki o książkach, nawet mam specjalny tag na blogu.
"Książka o czytaniu" jest super. Tyle tematów jest tu poruszonych, tyle tytułów przytoczonych, autorów wymienionych... Muszę przyznać, że autorka znalazła chyba każdy aspekt czytania i go zanalizowała, pisząc przy tym żywo, potoczyście, ze znawstwem i pasją. Polubiłam ją!
Oto, o czym pisze:
- o pozycjach przybieranych podczas czytania,
- o głośnym i cichym czytaniu (tu mi zabrakło, mocno zabrakło, jakieś komentarza dotyczącego audiobooków)
- o traktowaniu książek, czyli zaginaniu rogów itp, (nie zaginam prawie nigdy!)
- o sposobach układania książek na półkach,
- o czytaniu w toalecie (czytam, oczywiście),
- o ebookach i czytnikach (no właśnie, ebooki są, a audiobooków nie ma, to niesprawiedliwe),
- o tytułach,
- o pierwszych zdaniach (niektórzy kolekcjonują),
- o pisaniu, czyli męki twórcze,
- o książkach nieistniejących (zaginionych, wymyślonych),
- o czytaniu na wakacjach (jeśli o mnie chodzi, takie czytanie nie różni się od zwykłego czytania na co dzień),
- o fetyszystach książkowych, takich, co to jadą odwiedzić Zielone Wzgórze,
- o książkach nieprzeczytanych,
- o dzieciach, którym czytamy, z którymi czytamy, które czytają.
Uff, to chyba wszystko, co można wymyślić o książkach, prawda? Chyba że ktoś jeszcze ma coś do dodania, to zapraszam do komentowania.
Bardzo podoba mi się, ze przy każdym z rozdziałów jest miejsce na notatki własne, do czynienia których autorka bardzo zachęca. Ale że książka jest wędrująca, nie śmiałam nic zapisywać (moi poprzednicy czynili tak samo).
A przywędrowała stąd - Podaj książkę dalej - i tam też można się na nią zapisać.
Świetna, chciałabym mieć ją na półce. Tylko format jest wyjątkowo idiotyczny.
"Książka o czytaniu, czyli resztę dopisz sam" Justyna Sobolewska, Biblioteka Polityki, Warszawa 2012.
![Książka o czytaniu [Justyna Sobolewska] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
sobota, 23 lutego 2013
"Babunia" Frédérique Deghelt - polukrowana książka
Och, moja kochana Mamo, wzięłaś do czytania tę książkę, przepadłaś w niej, zatopiłaś się, czytałaś w dzień i wieczorami; a gdy skończyłaś i zapytałam Cię, czy się podobało, beztrosko zdradziłaś mi zakończenie. Grr. Ale i tak Cię kocham. I dziękuję, że ją przeczytałaś, bo dzięki temu wzięłam książkę do ręki zaraz po Tobie.
Rzecz cała dzieje się we Francji, gdzie młoda dziennikarka dowiaduje się, że jej babcia ma zostać oddana do domu spokojnej starości; nie godzi się na to, więc jedzie po babcię i zabiera ją do siebie. Odtąd jest im cudownie. Babcia przyznaje się, że jest wykwalifikowaną czytelniczką i oferuje wnuczce pomoc w krytycznej ocenie jej świeżo napisanej powieści, której nikt nie chce wydać. Wnuczka rzuca się w nowy romans, gorący i namiętny. Babcia uprawia roślinki na balkonie i gotuje obiady. Wnuczka zarabia na życie i pracuje nad poprawkami w powieści. Babcia nawiązuje znajomość z pewnym wydawcą i daje stanowczy odpór córce, która chce ją zabrać z Paryża i umieścić w domu opieki.
Idylla, sielanka i lukrowany obrazek - czy tak się dzieje w życiu, że udaje się wszystko, wszyściusieńko? Na pewno mogłoby, to zależy przecież od ludzi, od nas. I o tym jest ta książka, jak pięknie mogłoby być, gdybyśmy tylko chcieli.
No i te piękne wstawki o książkach, czytaniu i pisaniu. Cudo. Wynotowałam sobie trochę.
"W miarę upływu czasu dziennikarze zaczęli zajmować się artykułami bez zawartości, które ani nie miały w sobie krytycyzmu, ani niczego nie uczyły". [1]
"Gdyby autor musiał stać obok czytelnika, żeby wyjaśniać mu swoje intencje, książka nie miałaby sensu". [2]
"Ci, którzy piszą, mają niezwykły sposób patrzenia na to, czego my nie potrafilibyśmy zauważyć. Jestem czytelniczką. Nigdy nie będę zdolna napisać najkrótszego tekstu, ale kiedy czytam dzieło pisarza, zawsze uderza mnie to szczególne spojrzenie: ten sposób zauważania banalności i zdawania nam z niej sprawy, sztuka tkania relacji między sprawami, które, jak się zdaje, nie pozostają w żadnym związku". [3]
"Umiejętność uczenia się od zawsze daje mózgowi elastyczność". [4]
"«Czy mówi o czymś nowym i ważnym? Czy robi to dobrze? W dobrym stylu, tempie, rytmie i... momencie? Niektórzy zastąpili dziś te podstawowe pytania innymi i zastanawiają się przede wszystkim nad tym, czy dzieło się sprzeda»". [5]
"Odróżniała pisarstwo od sympatycznych opowieści. Dostrzegała, że niektórzy, celebrując swoje pisanie, nie zauważyli, że ich historie nikną za zimnym pięknem starannego, lecz pozbawionego duszy języka". [6]
---
[1] "Babunia" Frédérique Deghelt, przełożyła Magdalena Krzyżosiak, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 54 [2] Tamże, s. 75
[3] Tamże, s. 116
[4] Tamże, s. 145
[5] Tamże, s. 206
[6] Tamże, s. 249-250
poniedziałek, 11 lutego 2013
"Nie myśl, że książki znikną" Umberto Eco, Jean-Claude Carrière - ależ wcale tak nie myślę!
To, zdaje się, miała być polemika na temat: czy książki elektroniczne, a więc czytniki i ebooki wyprą książki papierowe. Z tym zagadnieniem rozmówcy rozprawili się krótko i bez wahania - nie wyprą. Nie ma mowy.
Po czym przeszli do innych tematów, gawędząc ze swadą i pasją, z rzadka tylko autor wywiadu (wywiadowca?), to znaczy prowadzący wywiad Jean-Philippe de Tonnac kierunkował ich rozmowę na ten czy inny temat.
Czytało się... lekko. Pozytywnie. Inteligentnie. I ciekawie, dowiedziałam się na przykład, że:
"Na soborze nicejskim biskupi dokonali wyboru czterech ewangelii spośród kilkudziesięciu świętych tekstów. Dopiero w XX wieku natrafiono na tak zwaną Ewangelię Tomasza, która jest starsza niż Ewangelie według świętego Marka, Łukasza, Mateusza i Jana. Zawiera ona wyłącznie nauki Jezusa".[1]
Kilkudziesięciu. Czym się kierowali podczas wyboru?
"Udowodniono, że żadna z najsłynniejszych bibliotek średniowiecznych nie miała więcej niż czterysta ksiąg!".[2]
Oczywiście nie chodzi tu o słynną Bibliotekę Aleksandryjską, bo w tej ilość ksiąg szła w tysiące, ale to był ewenement i tyle. Czterysta. Do licha, w małym mieszkanku mam dwa razy więcej książek.
"Znam kilka sposobów udzielania odpowiedzi osobie, która przebywając po raz pierwszy u kogoś z wizytą i zauważając okazałą bibliotekę, zdobywa się jedynie na pytanie: »Przeczytał pan je wszystkie?« Jeden z moich kolegów odpowiadał wówczas: »O wiele więcej, proszę pana, o wiele«.
Jeśli o mnie chodzi, mam przygotowane dwie odpowiedzi. Pierwsza: »Nie. Są tu tylko książki, które muszę przeczytać w przyszłym tygodniu. Te, które już przeczytałem, znajdują się na uniwersytecie«. I druga: »Nie przeczytałem żadnej z nich. W przeciwnym razie po co miałbym je tutaj trzymać?«".[3]
Który sposób wam się podoba?
![Nie myśl, że książki znikną [Umberto Eco, Jean-Claude Carriere] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE](http://cyfroteka.pl/images/BRD.png)
---
[1] "Nie myśl, że książki znikną" Umberto Eco, Jean-Claude Carrière, Jean-Philippe de Tonna, przełożył Jan Kortas, W.A.B. Warszawa 2010, s.32
[2] Tamże, s.167
[3] Tamże, s 218
czwartek, 21 kwietnia 2011
"Galeria złamanych piór" Feliks W. Kres
Podchodziłam do tego zbioru felietonów trochę jak pies do jeża. Sama nie wiem dlaczego. Ale jak już się wkręciłam w lekturę, to poszło jak z płatka. Z kilku powodów.
Po pierwsze, odpowiada mi poczucie humoru autora.
Po drugie, swego czasu czytałam namiętnie forum s-f, gdzie też rozbierano twórczość młodych talentów na drobne kawałki, a każdy kawałek porządnie obijano kijami.
Po trzecie, Kres pisząc, jak należy pisać oraz jak nie należy, wskazuje jasną i świetlaną ścieżkę dla przyszłych pisarzy.
Po czwarte wreszcie, nie lubię, jak ktoś kaleczy język polski, czy to ortograficznie, czy stylistycznie, czy rzeczowo. Nie lubię, jak młody autor zafascynowany wiedźminem czy innym nekromantą, łapie pośpiesznie za długopis i pisze nowe przygody, nie zawracając sobie głowy podstawowymi regułami ojczystego języka. Ot, natchnienie go sparło i nie strzyma, musi, po prostu musi wyrzucić to z siebie na papier, bo inaczej pęknie z hukiem.
I pęka, bo Kres ze szpileczką już czyha i dziabie te nadmuchane baloniki.
Bang! Popracuj nad zaimkami, bo się mnożą jak bakterie. Bang! Styl do bani. Bang! Piszesz znośnie, ale żadnego w tym polotu, żadnego pomysłu, nie wiem, czy coś z tego będzie.
Skacze sobie Kres z tą szpilką w dłoni, łamie i przetrąca kręgosłupy młodym autorom, a ja się z tego cieszę, nie lubię bowiem zalewu literatury średniej, bylejakiej, niedopracowanej. Takie mamy czasy, że książkę może wydać każdy, wystarczy napisać i zapłacić - są wydawnictwa oferujące taką usługę. I to może być byle co, nikt tego nie sprawdzi, chyba że ortografię, wątpię, by pracował nad tekstem ktoś oprócz autora. Miałam okazję przeczytać taką książkę, chyba była wydana przez takie właśnie wydawnictwo. Nie chcę takich książek na półkach w księgarniach.
Kres też nie chce i cześć mu za to i chwała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)